Pokazywanie postów oznaczonych etykietą frywolitka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą frywolitka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 kwietnia 2015

Wymianka wielkanocna

Brałam udział w kolejnej wymiance wiosenno-wielkanocnej. Wymieniamy się w kole, pierwsza wysyła drugiej, druga trzeciej i tak dalej, ostatnia pierwszej. I tak otrzymałam piękny prezent od Bernadety: 




 Mamy po kolej frywolitkę, karczocha (zając), koraliki i cekiny utykane na szpilkach, jajko owijane sznurkiem i muliną - to z tymi kwiatuszkami i koronką, i całą masę przepięknych quillingowych drobiazgów. No i makramową bransoletkę z kolczykami do kompletu :) 

Sama nie wiem, co najfajniejsze. Zając jest słodki, tak mu te ząbki i wąsiki sterczą. Białe jajko w kwiatki jest takie eleganckie. I ta różyczka na wisiorku, cudeńko. 

Bernadeta, dziękuję!

Ja z kolei zamotałam się strasznie. Wybrałam sobie haft z jednej z ukraińskich gazetek, i go nie doceniłam. Przestrzeliłam się z wielkością chyba. Czas mijał, a ja tak haftowałam i haftowałam. Było już po terminie, kiedy wreszcie mogłam zabrać się za obrębianie. I tutaj też wyszło inaczej niż planowałam na początku, bo chciałam tak minimalistycznie obrębić rządkiem krzyżyków czy czegoś, wysnuć nitki i zostawić frędzelki, ale ktoś mnie zniechęcił, że to się będzie kosmacić i w ogóle straci kształt. Wobec tego trzeba zrobić to porządnie, z podwinięciem i mereżką dookoła. Przeprosiłam się z materiałami od Oksany Jacykiw z kursu w Ustroniu, pół dnia chodziłam dookoła tego zastanawiając się, czy w ogóle mi to wyjdzie, ale wreszcie zrobiłam i nawet nie jest źle. 

Do tego już prostsze rzeczy: jakieś biżu i trochę pętelek. 

Dwa tygodnie zwłoki. Ech, Piwonia...
 




niedziela, 10 lutego 2013

Wracaj, słońce!

Trudno jest nadgonić zaległości w zdjęciach. Zimą pogoda nie sprzyja. Słońce rzadko wygląda, a bez słońca światło jest niebieskie. Nie jestem mistrzem obróbki spapranych fotografii. Gdy się ma do dyspozycji światło elektryczne, nie pomaga balans bieli w aparacie:


Cóż, trzeba przeprosić się z programami w komputerze i trochę go podrasować:


I jak bym nie kombinowała, w rzeczywistości te kolczyki mają inny odcień. Zabieram je na zimowe słoneczko, i







wreszcie wyglądają tak jak bym chciała. Nie było to łatwe, bo słońce co i rusz się chowało, a dookoła odwilż mlaskała w najlepsze, ale my turyści się nie zrażamy. Kolczyki zostały częściowo obpstrykane, pozostałe odkładam na najbliższy słoneczny dzień. Podobno człowiek wynalazł lampę, która potrafi imitować światło słońca. Ja takiej nie mam. Muszę poczekać na oryginał.

środa, 26 grudnia 2012

Prezenty, prezenty

Przed Bożym Narodzeniem miałam tak zajęte ręce, że zabrakło pary do pisania na blogu. Tym bardziej, że pewnych rzeczy nie pokazuje się przed czasem. Brałam udział w wymiance na przemiłym forum. Dostałam takie śliczności:



i szczególnie podziwiam aniołki, bo dotąd ani jednego takiego sama nie zrobiłam. Śliczne!
A sama wyprodukowałam parę gwiazdek, na przykład taką:


i poduszeczkę na igły obrębioną pętelkową koronką:


Lubię pętelki. Świetnie obrębia się nimi właśnie takie drobiazgi. Główny problem to dobrze wyliczyć ilość pętelek. Potem problem następny to cierpliwość, ale szybko się okazuje, jak bardzo ona się opłaca.

Nici - do frywolitki Ada 15, do pętelek Altin Basak 50 - jednak z równym powodzeniem używałam już naszej polskiej Ady 30, bardzo podobnej grubością.

niedziela, 16 grudnia 2012

Farbowane frywolitki

Złamałam się. Miałam oszczędzać, ale jak sobie skalkulowałam co mi się opłaca, kupiłam w hurtowni całe pudełko białej Ady 15. Już jeden motek zafarbowałam, rozdzieliwszy na pięć części. Każda w inne kolorki. Przede mną jakieś prezenty i tak sobie myślę, że będę mieć większą swobodę w doborze kolorów dla różnych osób. Te co miałam są śliczne, ale trochę mi się opatrzyły. Na razie zrobiłam trochę drobiazgów z poprzedniego farbowania:




wtorek, 27 listopada 2012

Pstrokato

Może to odreagowanie po stresującym tygodniu, może niedobór kolorów za oknem. Złote brzózki są coraz mniej złote, niestety! A dozorcy zgarniają na płachty i wywożą taczkami sterty brązowiejących listków z trawnika. Wpadła mi w ręce torebeczka pstrokatych szklanych koralików, i... już jej nie ma. Jest to:


A z farbowanych kordonków rosną kwiatki:


Ten jest pierwszy. Inne już się pchają na czółenko.

Koty pojawiają się w różnym zestawie kolorystycznym. Nasz domowy futrzak jest ciemnoszary (podobno to się nazywa "niebieski", więc całkiem przyjemnie). Kontrastuje z nią Rudy, rudo-biały. Ostatnio przychodzi też bardzo rozmruczana i rozmiauczana Łatka, czarno-biała. Czasem widuję trójkę jej kociąt, dwa białe a jedno czarne, ale to dzikusy. Syjam, płowo-czekoladowy, pojawia się dość rzadko. Na oknie kwitnie intensywnie różowy grudniak, lecz grudniak nie mruczy ani nie ma futerka. Musi być jakieś urozmaicenie w tę burą pogodę.

piątek, 23 listopada 2012

Farbujemy

Coś za mało mam kolorów kordonka. Ładne, nie powiem, ale brak mi fioletu, pomarańczu, żółtego. A zresztą sama nie wiem czego jeszcze. Można kupić trzydzieści motków Aidy, każdy inny. Tak. Albo można zafarbować to co się ma, i wtedy poszaleć sobie troszeczkę. Choćby w ten sposób:



i koniecznie sprawdzić, jak z tego wychodzą wzorki. Za oknem jest szaro i buro, a nam się mieni przed oczami.

poniedziałek, 12 listopada 2012

O czółenkach

Mały rzut oka na moją kolekcję, ciułaną latami:


Co my tu mamy:
  • Pośrodku - czółenko metalowe, moje pierwsze, przywiezione z USA. 
  • Dwie sztuki po prawej - z firmy pana J.S., kupione już w Polsce.
  • Na lewo od metalowego - czółenko ze szpulką i szydełkiem.
  • Ostatnie z lewej - czółenko z dzióbkiem. 
Każdym z nich da się robić i każde odsłużyło swoje. Teraz krótka recenzja poszczególnych egzemplarzy:
  • Czółenko metalowe: nieduże, zgrabne, szpulka ułatwia nawijanie nici, całkiem pewnie siedzi, nie "lata". Haczyk służy jako szydełko, przydaje się przy łączeniach. Przyjemna rzecz. Teraz wady: metal ślizga się w dłoni. Nie lubię, kiedy czółenko wypada mi z ręki przy pracy. Nić potrafi zsunąć się ze szpulki i utknąć po jej zewnętrznej stronie. Trzeba wtedy trochę się postarać aby wszystko ustawić jak należy. Szydełko zaczepia co chwila o nić, więc trzeba nabrać wprawy aby tego unikać. Do wrabiania koralików niezbędne jest zwykłe cienkie szydełko.
  • Czółenka po prawej: o wiele większe, prawdziwe beczułki, mieszczą dużo nici. Nie mają żadnych dzióbków ani szydełek. Wada: nić nawija się na kołeczek pośrodku. Co prawda to nie szpulka, która potrafi czasem zakręcić się bezwładnie, ale nawinięcie czółenka od zera jest żmudne, szczególnie początek wokół wąskiego kołeczka. Kolejny problem jest przy pełnym czółenku: czerwony egzemplarz jest skręcony aż za ciasno i przy nawijaniu trzeba przeciskać nić między dzióbkami, lecz przy końcu jakoś się trzyma, natomiast brązowy jest skręcony luźniej, i tutaj nawija się lekko, lecz później upuszczone przy pracy leci bezwładnie na ziemię, gubiąc nić. Tego też nie lubię. Szydełko trzeba mieć osobno. Oba czółenka dostałam od razu w komplecie. Słuszne założenie producenta: do frywolitek potrzebne są dwa!
  • Czółenko ze szpulką i szydełkiem: fajny patent, zgrabnie wykonane, szydełko jest wąskie i nawet przy co większych koralikach można się nim posługiwać. Szpulka ułatwia nawijanie. Wady: szydełko zaczepia o nić przy pracy, czyli trzeba czółenko odpowiednio trzymać. Szpulka natomiast jest plastikowa, podobnie jak blokujące ją ząbki. Gdy czółenko jest nowe, przy obracaniu szpulki słychać terkocik. Po jakimś czasie terkot cichnie, za to szpulka nabiera luzu. W pechowych przypadkach obraca się zupełnie bezwładnie i nić trzeba przytrzymywać ręką, żeby w ogóle dało się coś zrobić. Mój przypadek aż tak pechowy nie jest, ale ten sprzęt kaprysi. 
  • Czółenko z wygiętym dzióbkiem: tanie, poniżej 10 zł, i to jest główna zaleta. Ponadto do nawinięcia nici służą dwa kołeczki zamiast szpulki. Zalety: nie ma szpulki, która lata. Nawija się stosunkowo łatwo, również na początku, bo przy dwóch kołeczkach jest to mniej irytujące niż przy jednym. Nici mieści się stosunkowo dużo. Wady: dzióbek, który swoją drogą przy łączeniach spełnia funkcję szydełka, po pierwsze jest od szydełka mniej wygodny, po drugie bardzo zahacza o nić. Da się pracować, ale wymaga to dużo wprawy. 
Takim warsztatem dysponowałam jeszcze do niedawna, ale wpadło mi w ręce coś takiego:


i wszystkie poprzednie poszły w odstawkę. Powiecie: tandeta za trzy złote i będziecie mieć rację. One rzeczywiście są taniutkie. Plastikowe, trochę niechlujnie wykonane, bo na dzień dobry trzeba spiłować nadlewki na brzegach. No i co z tego? Pilniczek do paznokci mam, żaden problem. Za to:
  • mogę ich mieć dziesięć i kieszeń nie boli,
  • nie mają szydełka więc o nic nie zaczepiają,
  • zamiast szpulki są dwa kołeczki, co bardzo sobie chwalę przy nawijaniu, a nic mi się nie rozkręca,
  • szydełko po prostu noszę w komplecie,
  • na każdym mogę mieć inny kolor kordonka. 
Jak się gdzieś wybieram a wiem, że się wynudzę po drodze, biorę kosmetyczkę, w kosmetyczce ze cztery takie sztuki, trochę kolorowych nici i koralików, i niech sobie czas płynie.

W kącie z robótkami leży prawie gotowa bransoletka w morskich kolorach. Tylko zakończyć sznureczki:


środa, 7 listopada 2012

Do czego służy czółenko

Z frywolitkami to była dłuższa historia. Jakoś po maturze udało mi się pobyć trochę w Stanach, i tam w dziale pasmanteryjnym w dużym sklepie przypadkiem zauważyłam czółenka. Nie miałam pojęcia, co to za przedmiociki, ale zafascynowały mnie obrazki koronek na opakowaniu. Kupiłam jedno na próbę, a może raczej na pamiątkę, bo absolutnie nie wiedziałam, co się z tym robi. Przeleżało w pudełku wiele lat.

Swoją drogą chciałabym, aby w Polsce były takie regały z pasmanterią jak tam! Czegoż tam nie było! Tak samo zresztą byłam pod wrażeniem, jak parę lat później odwiedziłam DH Bily Labut' w Pradze. Oj, nie wiem, czym by się to skończyło teraz, bo wtedy jeszcze nie robótkowałam!

Dopiero kiedy zaczęłam zbierać numery "Anny", w jednym z nich znalazłam wzory ozdóbek choinkowych toczka w toczkę przypominających obrazki na opakowaniu czółenka. Nawet rozrysowane wzory, tylko, do kroćset, jak niby miałabym to zrobić? W następnym numerze, a może nie następnym tylko jeszcze jakimś późniejszym, dopadłam kurs. I to jak się zdaje drugą część, po czym pracowicie poszukiwałam pierwszej. No i się zaczęło, hi hi.

Okazało się, że mam tylko jedno czółenko, a potrzeba dwóch. Na jedno czółenko miałam chyba jeden wzór, serwetkę pana J.S., więc początek był ambitny. Zrobiłam środkowy kwiatek, supłając pracowicie i kombinując, potem drugi rządek, a potem było wielkie STOP, bo coś mi się tu potężnie nie zgadzało. Tylko co? Motałam się, przyglądałam, zdjęcia studiowałam nieomal z lupą, i im bardziej się w nie wpatrywałam, tym bardziej głupawo wyglądała moja robota.

Wreszcie prześledziłam zdanie po zdaniu całą pierwszą część kursu od samego początku, znowu razem z ilustracjami. I bardziej z ilustracji niż z tekstu doszłam do genialnego odkrycia: węzełki frywolitkowe robi się z przeskokiem! Z "flipnięciem"! Albo nazywajcie to jak chcecie, ale węzełek musi przeskoczyć z nitki od czółenka na tę drugą nić, a nitkę od czółenka się prostuje! No, nareszcie. We wszelkich kursach flipnięcie powinno być drukowane wielkimi złoconymi literami.

Na drugie "nareszcie" musiałam znowu sporo poczekać, bo coś takiego jak czółenko było w naszych sklepach nie do dostania. Wreszcie jednak znalazłam słynną pasmanterię na Śniadeckich, a tam kupiłam komplet dwóch czółenek. Nareszcie mogłam przebierać we wzorach. Nie zgromadziłam ich może zbyt wiele, ale też zrobienie każdego szczegółu było pracochłonne i długotrwałe. Pracy wystarczyło na długo.


Co ja się nad nią nasiedziałam...

wtorek, 16 października 2012

Plotki z Żerania

Przyszło mi dziś przesiąść się do autobusu przy Żeraniu FSO. Uprzedzam wszystkich inwalidów i matki z dziećmi w wózkach, że nie mają czego tam szukać. Ani metra podjazdu, a w przejściu podziemnym zieją głębokie, nieprzykryte odpływy na deszczówkę. Złomiarz zadziałał? Ktoś litościwie podrzucił tam jakieś dechy, które może w połowie je zasłaniają. Błagam, ostrzeżcie niewidomych. Ech, stolica.

Na chwilę wracam do frywolitek. Czarny kordonek plus koraliki: czerwone, błękitne z połyskiem. Różne czółenka miałam w rękach. Pierwsze było metalowe z haczykiem, przywiezione dawno temu ze Stanów. Moje pierwsze, z czasów, kiedy o frywolitce nie miałam pojęcia. Potem dostałam parę pękatych czółenek z firmy samego pana Jana S., czyli Same Wiecie Kogo. Było czółenko z szydełkiem. Było czółenko z wygiętym dzióbkiem. A teraz całkowicie się przestawiłam na najtańsze plastikowe czółenka, bez żadnych szydełek, obracających się szpulek i innych wynalazków. Spiłowałam nadlewki na brzegach, po czym dokupiłam sobie drugą porcję, i stwierdzam, że są świetne. Kieszeń nie boli, mogę od razu mieć ich z dziesięć, a fantastycznie leżą w ręce i - o dziwo - całkiem sporo nici się na nich mieści. Na każdym inny kolor kordonka! Czasem lepsze jest wrogiem dobrego, a najprostsze wygrywa.