Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kosmetyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kosmetyki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 grudnia 2016

O prezentach udanych i nie.

Ponieważ ostatnio zrobiłam się monotematyczna, i ciągle mi w głowie mydło i mydło, postanowiłam, że tym razem większość prezentów, jakie wylądują pod rodzinnymi choinkami, będzie mojej produkcji, ale niekoniecznie mydlana. Przejrzałam przepisy na blogach, i wybór padł na:
Po pierwsze musiałam wybrać odpowiednie słoiczki, przyjrzeć się objętościom i zdecydować, czego ile robię. Na pierwszy ogień poszła pianka do golenia. Wszystko przygotowałam, obliczyłam, rozpuściłam mydło, odpaliłam mikser, dolałam oliwy, i tu przeżyłam lekki szok, bo masa chyba trzykrotnie zwiększyła objętość. A może więcej? Sama nie wiem. Pododawałam wszystkie potrzebne składniki i zapachy, i tym co wyszło, zapełniłam przygotowane słoiczki i kilka nieprzygotowanych. Czyli po słoiczku pianki dla każdego, dobrej, bo na własnym mydle oliwkowym i z oliwą z oliwek, do tego jeszcze całkiem przyjemne zapachy; a na dodatek po mydełku piwnym i sosnowo-lawendowym. To chyba nieźle, prawda?

Teraz wzięłam się za scruby dla pań. To była słodka i pachnąca praca co się zowie! Każdy na cukrze, nie na soli - tak wybrałam. W sumie trochę się pomyliłam, bo do waniliowego chciałam dać brązowego cukru, a sypnęłam białego. No i postanowiłam nie dawać aromatów poza ziarenkami prawdziwej wanilii z dwóch lasek. Nie byłam przekonana, czy tego zapachu będzie dosyć, ale zaryzykowałam. Co do scrubu cytrusowego, był ze wszystkim co potrzebne: startą skórką z cytryn i pomarańczy, i z bardzo esencjonalnym olejkiem pomarańczowym (Eko-Mama), i z resztką nierafinowanego oleju kokosowego, która akurat wystarczyła na tę porcję. Nawet niedługo to się robiło, i bardzo, ale to bardzo przyjemnie. Popakowałam do słoiczków, a resztki z misek zachowałam dla siebie. Jest ich dość, żeby się nacieszyć.


Spędziliśmy Wigilię z liczną rodziną, dostaliśmy piękne prezenty i rozdaliśmy nasze (przepraszam, Święty Mikołaj przyniósł pod choinkę, a małoletnie aniołki wyciągały i roznosiły). Pośpiewaliśmy kolędy, poszliśmy na Pasterkę, i tak nam czas miło upływał, aż następnego wieczoru zachciało mi się spróbować, jak się zachowuje pianka do golenia. W końcu wyszła mi z blisko półlitrową nadwyżką...

Tego, co się po dwóch dobach zrobiło w słoiku, nie spodziewałam się ni w ząb. Kochani, to był jakiś koszmarny, ciągnący się glut! Glut zapychający na amen maszynkę do golenia (dobrze, że damską jednorazówkę), niedający się wyjąć ze słoika, zwisający z brzegu jak wąsy, i na dodatek zostawiający na skórze naprawdę nieszczególny zapach. Porażka na całego. Zaraz wysłałam SMS-a do obdarowanych, żeby nie bali się wyrzucić tego cuda. Ech. Dobrze, że choć mydełka uratowały mój honor.

Swoją porcję też wyrzuciłam; dobrze, że większość poszła do kosza. Potem domywałam słoiczki, bo porządne i szkoda mi ich było. Ta substancja przylepiała się do wszystkiego i nie na żarty bałam się, że zapcha mi odpływ w zlewie. Jeśli kiedyś coś takiego mi się jeszcze przytrafi, wytrę słoiki papierem toaletowym, a potem dopiero będę myć.

Natomiast scrubami jestem absolutnie zachwycona! Na pierwszy rzut poszedł cytrusowy. Zapach jest nie do opisania, przewspaniały. Cukier szoruje jak szczoteczka, a że całość jest zalana bardzo przyjemnymi olejami, po kąpieli nie trzeba balsamu do ciała.  Byle tylko nie zapomnieć domyć wanny, bo śliska się robi.


Scrub waniliowy wyszedł w porównaniu z poprzednim dość niepozorny, szarawy, z drobniutkimi kropeczkami nasionek wanilii i cętkami posiekanych strąków. Podobno używa się tylko nasionek, ale mnie się te strączki tak podobają, że im nie darowałam. Bałam się, że bez dodatku olejków eterycznych zapach będzie taki sobie; pewnie równie niepozorny, jak wygląd. Myliłam się. Teraz po tygodniu ta wanilia daje z siebie wszystko. W dodatku tłuszczu poszło tam dużo, cukier tonie pod jego warstwą, i teraz chodzę cała szczęśliwa, bo co mi dłonie przeschną, biorę sobie parę kropli oliwy z tego scrubu, nacieram ręce po łokcie, i nie mogę się nacieszyć i nawdychać. A jaka skóra jest gładziutka!


Pomyśleć, że tyle lat przeżyłam i mogłam się bez nich obyć. Jak ja to robiłam?

środa, 20 lipca 2016

Postępy Alchemii, nr 4/2016

Donosimy Wielce Szanownym Czytelnikom naszym, iż imość Piwonia nie dosyć, że ingrediencyj już napsuła na swe eksperymenta co niemiara, to jeszcze fiksum-dyrdum swoim infekuje bliźnich bliskich i dalekich, o rodzinie nie wspominając.

1. Masło shea niezbędnym się stało w jej domu. Całe półtora kilo zużyte zostało z kretesem, a teraz kolejna porcya lada chwila do osiedlowego paczkomatu zawita, na co imość oczekuje wielce niecierpliwie.

2. A to z przyczyny, iż masełko do ciała, rozcierane z tegoż masła wraz z oliwą z oliwek, skończyło jej się, i w braku jego używa sklepówki, a mimo, iż kosmetyk to zacny, cyrylicą opisany jako "Bańka Agafii", imość do swego ulubionego smarowidła tęskni, i nawet sosnowy aromat erzacu owego jej nie pociesza.

3. Co więcej, nowy pomysł w imościnej głowie się ulągł, mianowicie, pasta do zębów. Wypróbowane zostały już dwie odmiany tejże: pierwsza prosta, na trzy łyżeczki surowego oleum kokosowego trzy łyżeczki sody oczyszczonej zamieszać a do zębów mycia używać; druga zasię wymyślna bardziej jest. Tak się mianowicie złożyło, iż imość jakiś czas temu zamówiła większą ilość olejków eterycznych, które w pakieciku maluchnym otrzymała wraz z papierkami lakmusowymi oraz gratisem - porcyjką glinki zielonej. Toteż, kiedy skończyła się owa prosta pasta, imość Piwonia zaraz zamieszała drugą, skądsi przepis zdobywszy: na sześć łyżeczek oleum owego trzy łyżeczki sody dać, a do tego trzy łyżeczki glinki zielonej i kapinkę olejku miętowego. Ta mieszanina zajmuje teraz pudełko po kremie Nivea, z którego imość nakłada porcje na szczoteczkę, plastikowej łyżeczki od lodów w tym celu używając.


4. Dezodorant zużywany jest systematycznie, przy czym ulubiony jest taki doprawiany zapachem lawendowym. Wersja z olejkiem cytrynowym i jałowcowym serc domowników nie podbiła, albowiem wszystkim im się zgodnie kojarzy z aromatem sosu do mięsa z baru mlecznego. Imość się tym przestała przejmować, i skoro jej porcyjka lawendowa została zużyta, korzysta z odmiany gastronomicznej, ze słusznego założenia wychodząc, iż aromaty w niej, słabymi i ulotnymi będąc, wstydu jej zbytniego nie przyniosą.


5. Do jakiego-takiego ładu doszła imość z włosami, które nie tak dawno przyprawiały ją o frasunek srogi. Zraziła się mianowicie do wszelakich maseczek na oliwie, których nawet kilkukrotne mycie szamponem usunąć nie mogło, wskutek czego nieszczęsna straszyła bliźnich swoich aparycją na kształt topielicy jakowejś upiornej, całej w strąkach wokół twarzy wiszących. Nie odważyła się na kuracyję sodą oczyszczoną, przeczytawszy wielce niepochlebne opinie niewiast, które skusiły się a włosy sobie z kretesem zepsuły, i już nawet nie mają czego sobie z głowy rwać. Skuteczne okazało się mycie jajem roztrzepanym z sokiem z cytryny, do którego imość Piwonia kropelkę olejku arganowego dodawała, atoli dzieci jej czuły zapach jajeczny wrażliwym swym powonieniem, co skłoniło matkę ową troskliwą do innego eksperymentu. Obecnie mianowicie ulubionym jej szamponem jest łyżka lekkiej mąki żytniej (typ 720), rozrobionej z wodą do konsystencyi śmietany, która włosy doskonale myje. Spłukać ją trzeba solidnie a uważnie, po czem zakończyć przelaniem włosów i solidnym natarciem wodą z domieszką jabłkowego octu, dla miękkości i łatwego rozczesywania.


6. Nie może być tak, aby nowy, tak oczekiwany numer periodyku naszego obył się bez dramatycznego finału. Mianowicie imość mydło poczyniła! A robota to niebezpieczna wielce, i gospodyni nasza przygotowywała się do niej niczym do ekspedycyi dalekiej a trudnej. W ruch poszły specjalne rękawice, całkiem nowy blender, ba, i garnki nowe emaliowane, i miski stalowe. Koty imościne na wygnaniu eksperymenta te muszą przeczekać, to jest na balkonie zamknięte, bądź też w drugim pokoju uwięzione. A co jest przy tym sprzątania, przestawiania, szurum-burum, ważenia, mierzenia, obmywania wszelkich kącików przed i po robocie, ręka ludzka tego nie spisze. Jaka też satysfakcyja, kiedy z dysz blendera, włożonego w tłuszcz złocisty zmieszany z ługiem, strzelają białe smugi tworzącej się masy mydlanej! A ile jest czekania, aby można było zestalone już mydło z forem wyjąć i pokroić. I tak, jedna partia mydła już w użycie poszła i rodzina kolejne kawałki podbiera, bo długo nie czekało, więc miękkie jest wielce, choć pH od dawna do przyzwoitego poziomu doszło. Teraz z kolei cztery kubełki o aromatach różnych czekają na swą kolej w piekarniku, zmartwienia imości przynosząc, bo z oliwy uczynione, wolno zastygają i faza żelowa trwa już całą niemal dobę. Tak to marne mydło cierpliwość imościną na próbę wystawia, a fantazyję pobudza. Bo imość ma w zapasie olej rycynowy, a i sezamowy, ale z drugiej strony znalazłby się i miód, i wosk. Takie to myśli słabą głowę niewieścią zaprzątają: i to pachnie, i to nęci, a spać nie daje po nocach.

Pierwsze mydło, którego niewiele już się ostało.

A tu drugie, wciąż w fazie żelowej, w piekarniku schowane z obawy przed kotami i ich wścibstwem.

Którym to akcentem numer zamykamy, na dalszy czekać zachęcamy, a nadmieniamy, iż krąg miłośników masła shea tudzież mazideł rozmaitych pomaluśku rośnie i o dokładki prosi.

środa, 25 maja 2016

Postępy Alchemii, nr 2/2016

Donosimy Wielce Szanownym Czytelnikom naszym, iż imość Piwonia sporządziła i wypróbowała na własnej swej osobie dezodorant, na który ingrediencyje i sposób ich mieszania podan był w księdze przez imość niedawno zakupionej. Po dniach kilku używania substancyi owej imość podaje co następuje:
  • dzień cały letni wytrzymać się daje, a o powonienie naszych bliźnich spokojni być możemy;
  • uprzykrzona powłoka soli aluminiowych, tak trudna do zmycia, zanikła;
  • dezodorant zostawia tłuste ślady na ubraniach, przez co najlepiej jest odziewać się po chwili pewnej, aby odżywcze tłuszcze i masełka wsiąkły w skórę. Niestety zatłuszczone miejsca na materiale trzeba będzie dodatkowo dopierać, co imości przysporzy utrapień. 
Drugie mazidło przez imć Piwonię sporządzone to krem na maceracie z nagietka i rumianka, takoż z księgi owej zaczerpnięty.  Przyjemne to skądinąd mazidło ma wady dwie: primo, imość nie lubi zapachu oleju sezamowego i więcej go używać nie zamierza.  Secundo, substancyja ta dosyć się lepi, i dopiero po czasie jakimś wsiąka w skórę na tyle, aby człek nie tłuścił wszystkiego, czego się dotknie. Wszelako jest ona zbyt cenną, aby ją tak po prostu zmarnować i wyciepać na zatracenie. Jeszcze nieraz się przyda.


Imość Piwonia znika zaraz od klawiatury, albowiem drugą porcyę chleba upiekłszy (bochny trzy solidne), natychmiast otrzymała zlecenie od rodziny, poparte spojrzeniem zwanym "królicze oczy", aby zaraz następne piec, celem napchania kałdunów rodziny owej oraz obdzielenia obu babć z okazyi Dnia Matki.


Nota bene, z bochenków na zdjęciu wyżej zamieszczonym ukazanych zostało pół tego okrągłego.

niedziela, 15 maja 2016

A może by zamieszać sobie krem?

Skoro tak mi gładko poszło z chemią domową, przyszła pora, aby się zająć suchą skórą. Czytałam, kombinowałam, marudziłam, że koszty, aż wreszcie szarpnęłam się na całe pół kilo masła shea z Ziołowego Zakątka. Super towar, nówka sztuka nie śmigana: masełko nierafinowane, surowe. Zapach ma specyficzny, ni to smar, ni drewno. Sama nie wiem, do czego go porównać. W sumie nie jest ciekawy, choć lepszy, niż olejku arganowego. I kiedy już to masło do mnie dotarło, wystarczyło wyciągnąć oliwę z oliwek (też wzięłam extra virgin, w rafinowanej byłoby niewiele dobrych składników, ot, sam goły tłuszcz), do tego blender do koktajli, i ukręcić sobie masełko do ciała.





Kocham je od tej pory miłością gorącą. O, to prawdziwie po arabsku wyszło. Uhibbu-ha hubban dżamman. Ta właśnie składnia. Robi się je prosto: odmierza 60 g masła shea i 40 g oliwy, rozpuszcza się pomalutku w kubełku w wodnej kąpieli, a potem, gdy się ochłodzi i zacznie gęstnieć, wkrapla się olejek eteryczny dla zapachu. Dałam lawendę. W sumie niewiele ona zmienia, i nie wiem, czy nie zrobię następnej porcji takiego bez zapachu. Oba tłuszcze pachną po swojemu, dosyć silnie, i po prostu tej lawendy nie czuć. I na tym też etapie, kiedy ono robi się gęste, uruchamia się blender i miksuje. Pobełtamy chwilę, zostawimy znowu, żeby tłuszczyk gęstniał sobie dalej, znowu pomiksujemy, i w końcu ubijamy tak, żeby zrobiła się sztywna piana niemal jak z białek. Ono sobie w tej formie zastygnie, bo masło shea w domowej temperaturze jest samo z siebie dość twarde.

Bardzo fajnie rozsmarowuje się toto po ciele. Co więcej, ono się wchłania. Na początku oczywiście jest tłusta warstwa, ale potem skóra po prostu się odżywia. W ogóle straciłam ochotę na smarowanie się fabrycznymi mazidłami. Skoro coś jest niejadalne, wręcz trujące, to jakim cudem będzie dobre dla skóry? Ona jest moim największym organem, ma wielką powierzchnię, i co ona ma tą powierzchnią wchłaniać - "isopropyl palmitate, PEG-40 stearate, methylparaben, disodium EDTA, propylene glycol"... i tak dwa razy dziennie, przez kilkadziesiąt lat życia? Bez żartów proszę.

Samo masło shea też bardzo polubiłam. Na spierzchnięte usta - rewelacja. Na szorstką, suchą skórę jest po prostu fantastyczne. Rozsmarować je jest na początku ciężko, ale to się daje zrobić ciepłą dłonią, a efekt jest świetny.



Kolejny zakup to był wosk pszczeli. Przeszperałam Allegro i zamówiłam pół kilo wosku w takiej płytce. Pachnie przecudnie: słodko, pszczelo, miodowo. I już mogłam zrobić sobie coś bardziej skomplikowanego, lawendowy krem dla dzieci.



Pewnie następnym razem dam więcej wosku, albo dokładniej odmierzę proporcje, bo chyba wyszedł odrobinę za luźny. Poza tym być może spróbuję czymś zastąpić samą oliwę, bo w tym kremie trochę mi przeszkadza zapach. Na przykład takim olejem z pestek moreli, o którym pisała Klaudyna w przepisie na masełko. Tak czy inaczej, znowu mam całkiem jadalny kosmetyk, i to w ilości prawdziwie przemysłowej, bo prawie pół litra. Obdzielę nim rodzinę, a i tak mi nie zabraknie.

Co dalej? Wczoraj uszczknęłam trochę kwiatków bzu lilaka. Jeszcze część kiści trzyma się na krzaczkach, tę ktoś zerwał i rzucił na trawnik. Za rok może zrobię sobie bzową pomadę, bo kocham ten zapach. Na razie zasypałam solą w słoiczku i mam nadzieję, że wyjdzie mi z tego pot-pourri. Będę polować na wonne kwiatki tego lata. Z innej beczki, kończy mi się dezodorant, i pewnie wypróbuję przepis z książki Ewy. Jeśli to będzie działać, niech się schowa Rossman i półki z chemikaliami.

Rozczarowała mnie soda kaustyczna, którą kupiłam razem z całą tą paką chemii: za tę cenę i bez dodatkowego objaśnienia co do jakości, to raczej jest soda techniczna. Cóż, będzie do przepychania rur. W takim układzie potrzebuję NaOH cz.d.a., ochraniaczy na oczy dłonie i nos, być może też osobnego garnka i taniego blendera. Zrobiłabym sobie mydło.