Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różne prace. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różne prace. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 grudnia 2018

Seryjna produkcja pomponów

Mam do zrobienia na szybko większą ilość czapeczek z pomponami. Zwykle robię na widelcu, do większych przydają mi się szablony kupione kiedyś w Biedronce, ale trzydzieści pomponów to zdecydowanie za dużo i za długo tymi metodami. Zresztą góra po dwudziestu narobiłabym sobie bąbli na palcach.


Przypomniałam sobie pomysł, który widziałam gdzieś w odmętach Internetu, jak robić większe ilości pomponów. Do tego potrzebna jest jakaś rama: może być odpowiednie oparcie krzesła, rama od obrazka (najlepiej bez szybki), a ja po namyśle wyciągnęłam moje stare szkolne liczydła.

Robi się to tak: najpierw należy ramkę na grubo omotać włóczką na pompon. Im grubiej, tym lepiej. Ja na razie chyba mimo starań nawijam trochę za mało, choć w sumie i tak fajnie to wychodzi.


Następnie przewiązujemy nasz nawój nicią czy włóczką co kilka centymetrów, zależy, jak duże pompony chcemy uzyskać. Staram się, aby to było związane naprawdę solidnie, żeby potem włókienka nie próbowały z pomponów uciekać. Używam podwójnej włóczki, bo pojedyncza potrafi pęknąć, i ściskam nawój jak mocno dam radę.


Następnie przecinam nici pośrodku między przewiązaniami. Po drugiej stronie ramki robię to samo.


Tak to się przedstawia po zdjęciu z ramki. Oczywiście, jeśli tylko odległości na to pozwalają, przewiązuję w połowie te długie odcinki, które były na bokach ramki.


Teraz mogę już poodcinać resztę pomponów. Pilnuję, aby nie przeciąć nici, którymi są przewiązane, bo przydadzą mi się przy mocowaniu do czapeczek.


 Takie świeżo poodcinane pompony przypominają klepsydry.


Należy je poczochrać i pobawić się we fryzjera, żeby zrobić z nich kształtne kulki.


I już można przymierzać do czapeczek.


poniedziałek, 11 lipca 2016

Rożki contra ufoki

No to sobie namotałam.
  • Mam do skończenia dwie ośmiorniczki.
  • Wciągnęłam się do akcji Tęczowy Kocyk.
Tymczasem po kątach zalegają mi: 
  •  obrazek z zimową rzeką,
  • kwadracik poduszkowo-kołderkowy z piłkarzami,
  • biżuteria mojej mamy do poprawek,
  • kolczyki do sklejenia i oddania,
  • dwie bransoletki do zrobienia,
  • moherkowa chusta w kolorach warzywnych,
  • nowa nitka do testów,
  • serwetka do opracowania i rozrysowania, 
  • trzy prace domowe z Krasnegostawu: haft florencki, makramowa różyczka i wstążeczkowe kwiatki.
No i cóż - muszę się po kolei łapać za zaległości i robić. Z dzisiejszych osiągnięć:

  • Przywróciłam do łask moherkową chustę. Będzie z nią jeszcze sporo zabawy, ale grunt, że posuwa się naprzód.
  • Zamówiłam wypełnienie do ośmiorniczek. Wreszcie będzie można je wypchać, zamknąć i porobić buźki.
  • Poprawiłam błąd w hafcie florenckim. Czarny kontur wreszcie jest wyprostowany. Mam jeszcze kawałek tego czarnego kordonka, ale w sumie mogę już zaczynać pierwszy kawałek wypełniać kolorem.
  • Dwa rożki i trzy czapeczki są gotowe. Pomponiki robię - a jakże - na widelcu. Wielkość wychodzi w sam raz. Myślę pomału, co i jakiej wielkości robić dalej, ale na razie chcę podgonić inne prace.

niedziela, 10 lipca 2016

Jak zrobić pomponik na widelcu

Metoda podpatrzona gdzieś w odmętach Internetu, ale gdzie i kiedy?

1) Bierzemy widelec. Ucinamy ok. 25 cm włóczki na przewiązanie pompona. Wsuwamy w środkową szparę między zębami widelca; końce włóczki z obu stron niech będą równe.


2) Bliżej środka widelca owijamy ząbki dookoła włóczką z kłębka. Nie powiem, ile razy - to jest na oko. Gdy uznamy, że starczy, obcinamy koniec włóczki, ale dbamy, żeby nam się całość nie rozmotała. 


3) Teraz bierzemy krótką nitkę, która nam sterczy spomiędzy ząbków. Przewiązujemy nią nawiniętą włóczkę. Ja przeciągam między ząbkami jeszcze raz, żeby włóczka była dwa razy okręcona. Robimy węzełek i dobrze zaciskamy. Możemy nawet poprawić jeszcze raz dookoła. 


4) Możemy teraz porozcinać włóczkę z obu stron widelca. 


5) Gotowy pompon. Jeśli wydaje nam się nierówny, możemy go przystrzyc nożyczkami.  Zwisające końce włóczki służą mi do przyszycia pompona.


niedziela, 29 maja 2016

Powolutku

Tak właśnie ostatnio mi się pracuje. Jest tyle spraw, że nie nadążam, mam nawet coś w rodzaju niechęci do kolejnych prac. Może ma to jakieś plusy. Postanowiłam rozstać się z szaliczkiem tkanym na zaimprowizowanym krośnie. Zawalało mi pokój, a nie cierpię na nadmiar miejsca w domu. Trzydzieści centymetrów to dość jak na próbkę. Pobawiłam się i starczy. Będzie na dywanik dla lalek albo coś w tym stylu.


Na drutach siedzi mi chusta, a nawet dwie. Najpierw zabrałam się za motek moherku w żywych jesiennych kolorach:


Chusta miała być dla mamy. Im dłużej ją robiłam, tym większe miałam wątpliwości. Jakoś mi to dyniowo-liściowo-marchewkowe zestawienie nie leży. Jesienny ogródek z amarantowymi astrami. W miarę, jak wyłaniały się na kłębku kolejne warstwy kolorów, dochodziłam do przekonania, że to nie jest też zestaw dla mamy. Wreszcie przełożyłam tę robótkę na inne druty - tymczasowo, bo numer całkiem nie ten co trzeba - i zaczęłam jeszcze raz:


I to jest chyba dobry wybór. Tyle, że Dzień Matki minął, a ja w lesie. Cóż, bywa i tak. Ostatnio za wiele jest rodzinnych spraw i robótki muszą poczekać na swoją kolej.

niedziela, 17 stycznia 2016

Co tam nowego słychać

Drobiazgi. Dzień jest dłuższy, i to już troszeczkę widać. Cieszy mnie to za każdym razem. Może to dziecinne, ale w pierwszej połowie roku moja ulubiona strona to kalendarz wschodów i zachodów słońca. Każdy zresztą może wpisać tam dowolny punkt na mapie i oglądać własną miejscowość, albo przelecieć po Polsce i przekonać się, o jak różnych porach potrafi wschodzić i zachodzić słońce tego samego dnia w różnych częściach kraju. Pouczająca rzecz, można też pokazać to dzieciom przy nauce geografii.

Skończyłam choć jedną zaległość: moherową chustę. Nic straconego, drugi kłębek już siedzi na drutach. Tym razem chyba mniej się będę zastanawiać nad zakończeniem.


Oczywiście gdzie jest miękka chusta, znajdzie się i kot:


Szaliczek tkany urósł o kilka centymetrów. Och, obiecuję sobie, że zbyt długo nie posiedzi na "krosnach", bo niepięknie ta ozdoba wygląda i chętnie już bym zabawę skończyła. Nie ma tak dobrze, to żmudna praca i zastanawiam się, czy jednak nie szybciej jest na drutach. Będę twarda.


czwartek, 7 stycznia 2016

Tkanie na kolanie - jak to zrobić, żeby nie zwariować.

No właśnie. Krosien nie mam, a przyszedł Impuls. Tak, właśnie Impuls, który każe robić coś wbrew rozsądkowi. No więc jak tu sobie utkać szaliczek? Widziałam taki film, chyba japoński, gdzie dziewczyna tka szalik na osnowie z włóczki zamotanej wokół długiego (tak z 1 m) kawałka tektury. Miała bardzo grubą włóczkę, więc ponoć dawało się to zrobić w godzinę. I ten kolorek kawaii różowy... Ja tak dobrze nie mam. Moje zapasy są jednak sporo cieńsze niż palec.

W każdym razie naoglądałam się, naczytałam, i po krótkim namyśle zrobiłam tak: za podstawę służy mi stoliczek w stylu "śniadanie do łóżka podano". Może być i co innego, byle zmieściła się połowa długości szalika. Wzdłuż niego zamotałam osnowę (80 nici w tym przypadku) z oddzielnych kawałków włóczki, oczywiście każdy z zapasem na zawiązanie, na dodatek trzeba się liczyć z tym, że w trakcie roboty te nici trochę się skrócą.



Nie mam czółenka tkackiego (o frywolitkowym można zapomnieć), więc robię inaczej: używam szydełka tunezyjskiego. Przetykam je cierpliwie przez całą szerokość, chwytam haczykiem włóczkę i ciągnę, aż po jednej i drugiej stronie zostanie mi niewielkie uszko - po stronie kłębka tyle, aby nie ściągało roboty, a po stronie drugiej akurat, aby przewlec przez nie ostatnią, luźną nitkę osnowy, która mi je zabezpieczy przed wywlekaniem. Potem widelcem przybijam nowo przetkaną nić do reszty, i poprawiam szydełkiem, gdy je przetykam kolejny raz.





W ten sposób za każdym razem nitka wątku jest podwójna. Na pewno przyspiesza to pracę, na pewno wpływa na wygląd całości.

Aby ułatwić manewrowanie szydełkiem, pod spodem umieściłam niewielki piórniczek (akurat on mi wpadł w ręce), który unosi nici znad stolika.

Ma to wszystko swoje wady: przede wszystkim praca mimo moich starań wychodzi dość nierówno. No i jest to czaso i pracochłonne. Ale tak przecież miało być. Ludzie nie po to tworzyli wielkie warsztaty tkackie, żeby sobie pokonstruować, tylko dlatego, że utkanie kawałka czegokolwiek to była koszmarna robota. Nawet u mojej cioci Tosi w Gadce stały krosna, które w porównaniu z tym stolikiem to absolutny cud mechanizacji. No ale okolice Kołbieli to było zagłębie tkactwa. Jakież tam piękne pasiaki robiono! Jakie wzory różne, najróżniejsze!

Ależ by się staruszka ciotunia uśmiała, jakby zobaczyła ten mój wynalazek.

środa, 6 stycznia 2016

Tkanie na kolanie.

Ja już dawno się bałam, że pewna stara książka zrobi mi krzywdę. Stefania Czyżkowska, "Tkactwo ręczne". Kupiona pińcet lat temu za 30 groszy na jakimś straganie.



To tak w kwestii poprzedniego wpisu. Stolik nałóżkowy, trzy kłębki włóczki i szydełko tunezyjskie. Widelec zamiast bidła. Nie do wiary.

czwartek, 31 grudnia 2015

Znowu roczek sobie poszedł

Ludzie robią podsumowania starego roku, czyli 2015. Tak, fajna rzecz. Nie robiłam tego dotąd, a na pewno nie w tej formie. No to jedziemy:



* Ukazały się dwa artykuły mojego autorstwa, oba w "Twórczych Inspiracjach" i oba o podstawach koronki pętelkowej.

* Dwa razy prowadziłam sama kurs tych koronek - raz na zjeździe w Krasnymstawie, i drugi raz w Ustroniu.

* Zdobyłam wyróżnienie na wystawie "Z nici Ariadny" w Łodzi, też za koronkę pętelkową. Pokazałam trzy prace. Nie uważam, żeby były wielkie i widowiskowe, ale więcej w tej technice nie było. Dążę do tego, by na następnej wystawie była już rzeczywiście konkurencja w naszej dziedzinie.



* Parę osób pochwaliło mi się własnymi pętelkami, i to jest ogromna frajda, bo widać, że tak niszowa technika potrafi kogoś zainspirować i spodobać się. Fotografia kolczyków według moich kursów nawet została opublikowana w ostatnim numerze "Twórczych inspiracji". Kilka osób zrobiło koronkowe wstawki, nieraz nawet spore. Ktoś zrobił już całkiem udaną i bardzo foremną serwetkę. Inna osoba pochwaliła mi się pięknymi, kolorowymi, trójwymiarowymi kwiatkami, choć nie prowadziłam jej krok po kroku - tylko pokazałam krótko, o co chodzi. Jestem dumna ze wszystkich!



* Grupa koronek pętelkowych na Fejsbuku została założona i rośnie w siłę.

*  Forum, na którym zostałam pomocniczym adminem, żyje i nie wyleciało w powietrze.

* A nawet odbyło się na nim kilka wymianek, w mniejszym lub większym gronie. Brałam udział w dwóch. Na tę okoliczność zrobiłam kilka dobrze już opanowanych świecidełek ze sznurka i grubych koralików oraz poduszeczek ozdobionych koronką palestyńską, pierwszy w życiu kompletny wisiorek z kwiatem z koronki pętelkowej, poeksperymentowałam z ozdobnym pudełeczkiem robionym szydełkiem na usztywnieniu ze sznurka, i z haftami - czarnym (pierwsze biscornu zresztą) i płaskim ze wzorów ukraińskich.

* Kolejny eksperyment, to nauka puncetto valsesiano, czyli kolejnej techniki koronki igłowej. Nawet powstał szereg bransoletek.


 * Zrobiłam mały kroczek w nauce naalbinding, w dużej mierze dzięki odpowiedniej włóczce. Teraz dajcie mi jeszcze czas, pomysł i impuls - bo na razie mam po uszy innych planów.



* Na cele fundacji zajmujących się bezdomnymi zwierzętami nadzióbałam sporo biżuterii, nie liczyłam ile sztuk. A teraz liczę na to, że znajdą się chętni i nie pożałują grosza. Niech zwierzaki mają z tego pożytek!

* Kociaki z listopada 2014 znalazły dobre domy, a nawet bardzo dobre.  Cieszę się, że choć tę dwójkę udało mi się uratować z całego miotu. Czasem widzę nowe zdjęcia Stokrotki. Nadal jest długa, chuda, i nieźle się bawi w towarzystwie dwóch poważnych kocurów. Znalazł się również dom dla ich mamy, Zuzi.





* Słowik przestał się pojawiać. Żal. Nie dowiem się, co go spotkało. Za to obecnie mam na balkonie dwa do trzech dzikich kotów nocujących w ocieplanym pudle. Zimno na dworze. Pocieszam się, że pudło jest solidnie wyściełane polarowymi ścinkami, a sierściuchy są o tej porze grube i bardzo puchate. Kto wie zresztą - może z pomocą dobrych ludzi uda się znaleźć im domy?


To tyle z grubsza. Rok to sporo. Co się uda zdziałać w następnym?

środa, 28 października 2015

Kłębki na mnie napadły.

Tego jeszcze nie było. Tonę w motkach. Z Ustronia przyjechało do mnie siedem sztuk: cztery do igły, trzy na chusty, do tego drutełko rozmiaru 4mm, a w domu czeka na zblokowanie szalik we wściekle żółtym kolorze, oraz cieniowane mitenki z bloga Yellow Mleczyk, z których jedna jest zrobiona prawie-prawie, bo bez kciuka, a druga doczekała się dopiero falbanki na dole. Tej włóczki mam jeszcze ponad półtora kłębka, co się prosi o ciąg dalszy. Czapka? Ogrzewacz?

Cieniowany moherek już siedzi na drutach, jedna chusta pomalutku sobie rośnie. Córka zdążyła zaklepać kłębek na drugą. Męska część rodziny obmacała robótkę i stwierdziła, że to mięciutkie wychodzi. Czyżby się kroił zakup kolejnego kłębka? Bo te melanże zdecydowanie nie są w męskich kolorach.

To mi się trochę z planami pętelkowymi, bo muszę uzupełnić pudełko z eksponatami oraz zapasy materiałów dla kursantek. W Ustroniu nóżek dostała moja drobnica - obrębione kółeczka z filcu, gwiazdki itd. I tak sobie myślę, że chciałabym dorobić gwiazdek na choinkę, takich ze złotą i srebrną nicią, mam pomysł na zawieszki z filcu obrębione koronką, do tego tych małych kółeczek trzeba trochę wydziergać, a dla kursantek znowu potrzebny będzie zapas szmatek, po dwa rzędy pętelek podstawowych na każdej.


wtorek, 27 października 2015

Zdobycze ze Zjazdu

W niedzielę wieczorem wróciłam ze zjazdu w Ustroniu. Konkretnie z VI Zjazdu Twórczo Zakręconych. Przeżyłam cztery szalone dni, spracowałam się jak dziki osiołek, jestem szczęśliwa. Poprzywoziłam różne różności, i ciągle przypominają mi się kolejne, i tak je wyciągam do zdjęcia. A to niteczki, a to szydełko...


To prawie komplet. Prawie.


Wreszcie skusiłam się na włóczki. Ja tak nieśmiało, bo jeszcze nigdy nie zrobiłam na drutach nic poważnego, pomijając szaliki dwa czy trzy, ale co to za problem wydziergać prosty szalik? Chusty mi się zachciało, a jeszcze policzyłam sobie, że jedna by była dla mnie, a dwie na prezent. I wzór prosty, cała gładka, tylko pod koniec jakieś ząbki machnąć. I trzy motki ze mną przyjechały do domu. Jeden już się dzierga.



A to nieoczekiwany prezent od pani Marysi Branny: fantastyczna, mięciutka wełenka do naalbindingu! Jejku, mam wełnę, która nic a nic nie gryzie, a do tego potrafi się sfilcować na końcach. Kto wie co to naalbinding, zrozumie, o co chodzi. Dokupiłam więcej kłębków, bo jak sobie jakąś czapkę zrobię na drutach, muszę mieć i tak materiał do wprawek igłą. Jak dobrze pójdzie, to kto wie, może i tą techniką zrobię coś konkretnego. Cieplutkie będzie.


I pamiątka po pokojowych warsztatach z haftu węgierskiego. Warsztaty ekspresowe, w godzinkę trzeba się było ze wszystkim wyrobić, ale mam kawałek kwiatuszka, a co ważniejsze, kawałek cudownego ażurka. Już wiem o co chodzi, teraz jeszcze wszystko to skończyć.



Z materiałów, jakie przygotowywałam na warsztaty koronki pętelkowej, zostało bardzo niewiele. Aż byłam zdziwiona, ile osób się zjawiło! A poduszeczka powstała któregoś wieczoru, gdy siedziałam już sama w pokoju na kwaterze, ale jeszcze nie chciało mi się spać.



Od razu na stoisku Coricamo kupiłam nowy numer gazetki...



... i mam niespodziankę, ktoś wziął się za kolczyki z mojego kursu! Pani Natalio, gratuluję i dziękuję, bo to dla mnie wielka satysfakcja!



Zaopatrzyłam się w szydełko do knookingu, i przyglądam się czapce z kursu w nowych "TI", lecz widzę, że potrzebne jest jeszcze jedno, grubsze, i włóczka - takiej na stoisku nie było. Na razie zrobiłam tylko próbkę i muszę poradzić sobie z pewnymi problemami technicznymi.



I na koniec drobiazg - nowe niteczki w dżinsowych kolorach. Myślę, że nieraz bardzo się przydadzą.

Relacja z samej imprezy będzie za trochę. Zdjęcia już są na Picasie. 

piątek, 9 października 2015

Naalbinding, needle binding, tkanie igłą

Natrafiłam kiedyś na technikę, która mnie zupełnie zaskoczyła. Chodzi o tkanie igłą, czyli naalbinding, needle binding - różne nazwy w różnych językach. Rzecz bardzo, bardzo stara: dość dziwacznie wyglądająca skarpeta wytworzona właśnie w ten sposób została znaleziona na jakimś cmentarzysku w Egipcie, datowana jest na IV wiek naszej ery. Myślę, że w średniowieczu tkanie igłą znane było i w Polsce, ale potem zostało wyparte przez druty i zapomniane. Do dziś zajmują się nim norweskie babcie, które ponoć równie chętnie machają kościaną igłą jak drutami czy szydełkiem i robią czapki i rękawice. Zainteresowały się tym grupy rekonstruktorskie. Jak odtwarzać średniowiecze, to ze szczegółami.

Dopytałam, rozejrzałam się po sieci, znalazłam nawet u nas w Polsce sklep z różnymi takimi cudeńkami, gdzie mają również odpowiednie igły w różnych rozmiarach, ale najszybciej było kupić lody na patyku, a potem ten patyk trochę zastrugać i opiłować na końcu...



Teraz mogłam zabrać się za naukę ściegów. W sumie jak dobrze poszukać, są całkiem obfite strony o tej technice. Dla mnie najlepsza okazała się seria filmów na Youtubie, dwujęzyczna, bo po fińsku i angielsku:

https://www.youtube.com/watch?v=p7eOlUDyy1Q

Wydłubałam nawet dwie czy trzy próbki:





Spodobało mi się... a potem niestety skończyło i zostało odłożone na nie wiadomo kiedy. Przyczyna jest konkretna: brak odpowiedniej włóczki. Musiałaby to być prosta, najlepiej domowego przędzenia wełna. Nie akryl, nie co innego, a zwykła owcza wełna, taka, która potrafi się sfilcować. Chodzi o to, że na igłę można nawlec tylko pewien odcinek nici, który starcza zaledwie na kilkadziesiąt oczek, a potem trzeba dołączyć nową nić. To się robi filcując końce. Wiązanie węzełków absolutnie się nie sprawdza. Nie mam teraz takiej wełny. Kto wie, może kiedyś albo kupię, albo sobie sama uprzędę. W końcu tak jak igłę zrobiłam z patyka do lodów, wrzeciono byłabym w stanie zmontować, bo ja wiem, z podstawki pod kubek i patyczka od pędzelka. Tylko kiedy?

poniedziałek, 5 października 2015

Wspomnienia z łódzkiej wystawy - nareszcie koniec


Sale w muzeum są duże. A nawet duuuuuże. Na naszą wystawę też miejsca nie pożałowano. W końcu było ponad 500 prac do wystawienia. Te malutkie można było oglądać w gablotkach, ale przecież były i obrusy, i firany, i wszelkiej maści stroje.


Nie darowałam sobie. Musiałam obejrzeć wszystko. Zaczęłam od lewej strony. Najpierw znalazłam różnej maści hafty:


 - haft ze Schwalm - pierwszy raz widziałam go w naturze, i jeszcze nigdy nie zrobiłam takiego;










 
 - taki śliczny haft płaski z mereżką, te maki do zakochania;












 - makatka, jaką kiedyś łatwo było zobaczyć w kuchniach, tylko te serduszka były robione bardzo zmyślnym ściegiem, a w ogóle całość dopracowana i udana nad podziw;








 - śliczny, stonowany haft Richelieu;












a im dalej, tym większe cudowności znajdowałam. Czego tam nie było: mnóstwo prac szydełkowych i na drutach, koronki klockowe, frywolitki, a i po gablotkach cuda-cudeńka. Różna biżuteria, drobiazgi, nawet całe koronkowe szachy się znalazły. I haftów krzyżykowych było mnóstwo (te z biedronkami były świetne na przykład), i płaskich, i... sama nie wiem. Szybko przestałam fotografować, bo czułam coraz większy zamęt w głowie, a na dodatek oświetlenie nie sprzyjało zdjęciom. Wszystko doskonale się oglądało własnymi oczami, ale aparat nie lubi ani sztucznego światła, ani odbić świetlówek w szybkach. Zaryzykowałam jeszcze zdjęcie fragmentu tej cudownej koronki koniakowskiej:


i haftów płaskich, przepięknych:


Potem już tylko chodziłam i pilnowałam, żeby niczego nie przeoczyć. Pełna relacja to zadanie dla fotografa ze sprzętem, i to na dobrych kilka godzin. Znalazłam i swoje prace, a potem dowiedziałam się, że koronka Asi Akacji wisiała tuż koło mojej serwetki. Świat jest mały! Więcej zdjęć robił kto inny:

http://deccoria.pl/galeria,id,120541,1,wernisaz-v-ogolnopolskiej-wystawy-rekodziela-artystycznego.html
http://made-by-ela.blogspot.com/2015/06/z-nici-ariadny-2015-centralne-muzeum.html

- i całe szczęście. Te nasze prace - moja i Asi - też tam są:

http://deccoria.pl/galeria/foto,id,120541,1496079,1,wernisaz-v-ogolnopolskiej-wystawy-rekodziela-artystycznego.html

Wyszłam stamtąd po długim, długim czasie, mocno oszołomiona, ale dzielnie przeszłam przez ekspozycję o modzie XX wieku (od początku do lat 90-tych) - polecam, bardzo ciekawa rzecz, a na końcu trafiłam do maszynowni, czyli wystawy urządzeń przemysłu tekstylnego od dawnych czasów po współczesność. Czego tam nie było! Istnienia niektórych w ogóle się wcześniej nie domyślałam. A że napisy były dwujęzyczne, po polsku i po angielsku, warto by jeszcze raz tam się zjawić i obfotografować tabliczki. Lubię atmosferę takich miejsc. Jedyne czego mi brakowało do kompletu, to zapachu smaru. Porządne maszyny są naoliwione, nasmarowane towotem i czym to tam jeszcze smarowane być powinny, i wtedy chodzą aż miło. Te były doczyszczone i dopieszczone, ale tak, żeby się zwiedzający nie ubrudzili.



Kto by na przykład sam wpadł na pomysł maszyny, która robi pończochy? Nie wiem, jak wyglądają współczesne, ale stuletnia staruszka z wystawy zaopatrzona była w solidny wianek igieł do załapywania oczek. Ta wielka leciwa machina na zdjęciu, z różnymi kołami i mosiężnym napisem, jakież to cudo! Dawniej maszyna miała nie dość że działać, to jeszcze zdobić - na ile było to w ogóle możliwe. A po prawej mamy stosunkowo niewielkie urządzenie do produkcji koronek klockowych. Nie wszystkie sploty koronkarskie wykona, ale przeplatać i krzyżować nici jak najbardziej potrafi!

Spędziłam w muzeum tak długi czas, że naprawdę należał mi się solidny obiad. Całe szczęście, że zjeść można tuż obok. Do kompletu przydał się proszek od bólu głowy. Tyle czasu w dusznych salach dało mi się we znaki. A potem sprawdziłam, ile jeszcze zostało mi do pociągu, i postanowiłam jeszcze powędrować po mieście. Zdjęć było wiele, wybrane są w albumie na Picasie, tu daję już tylko kilka, niemal symbolicznie.


Susza trwała nadal. Z pociągu widziałam strasznie poniszczone pola, a w mieście ptaki korzystały z wody gdzie tylko się dało - fontanna pod pomnikiem Św. Faustyny była idealna.

Ten kolorowy dach ogromnie mi się spodobał. Cokolwiek ma tam być, zazdroszczę łodzianom widoku. Taka piękna bańka mydlana wsparta na dmuchawcach.


Ale dookoła jest na razie, generalnie, remontowy rozgardiasz.


 Przeszłam choć kawałek słynnym deptakiem na Piotrkowskiej:


I widziałam Reymonta przed sądem:


A potem zegarek kazał mi wykonać w lewo zwrot, i dziarskim marszem wracać na dworzec.  Po całej tej wędrówce i wszystkich godzinach w pociągu, do domu dotarłam niemal na czworakach. Nieprawdopodobnie zmęczona, ale szczęśliwa. A Łódź przestała być tylko plackiem na mapie. O tak!