Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mydło potasowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mydło potasowe. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 lipca 2018

KOH i truskawki, czyli coś nowego razy dwa

No, nie żebym jakąś Amerykę odkrywała. Ostatnio zrobiło się głośno na Pianie Mydlanej o mydłach potasowych na zimno. Dotąd byłam przekonana, że wodorotlenek potasu, jako ten cięższy, wolniej reaguje od NaOH, a mydło na nim robi się godzinami, i to wyłącznie na gorąco. Co więcej, ja w tym przekonaniu tkwiłam od dobrych dwóch lat. Dlatego wieści, że wystarczy zredukować wodę i przetłuszczenie, a reakcja zajdzie sama, potraktowałam jak rewolucję. No i skoro potasiaki na zimno weszły w modę i kolejne osoby chwaliły się słoiczkami takiego mydlanego miodku lub kisielu w różnych kolorach, musiałam w końcu wziąć się za to i ja.


Druga moda sezonowa to wszelkie owoce, z truskawkami na czele. W tym roku był na nie urodzaj. Po tak ciepłej wiośnie, bardziej przypominającej lato, truskawki były wielkie i słodkie. Oczywiście najedliśmy się kilka razy po uszy, aż - wstyd się przyznać - w końcu tempo nam osłabło i część owoców się zmarnowała... Wzięłam przykład z koleżanek-mydlarek, i garść truskawek przeznaczyłam do ługu. 

Czego ja tam dałam i ile: 

wody 233 g
KOH 90% 165 g
oleju kokosowego 113 g
masła shea 113 g
oliwy z oliwek 115 (część virgin, część z wytłoków)
oleju ryżowego 152 g
oleju z pestek winogron 114 g
oleju lnianego 50 g
oleju rzepakowego 121 g

Liczby wyszły mało okrągłe, bo nie udało mi się idealnie nalać, i potem wszystkie poprawki na powrót wbiłam w SoapCalc, żeby raz jeszcze wyliczyć KOH. 


Co do wody, połowa wagi to były truskawki, zmiksowane z resztą wody na idealny płyn z pływającymi pesteczkami. 

Dało się całkiem ładnie zrobić na tym ług. Trochę to szumiało i oczywiście zachowywałam ostrożność, bo odrobinę obawiałam się, że wodorotlenek będzie szaleć. Niby te mydła potasowe zawsze wymagały dużo czasu i zachodu, jakby KOH był wolny i nieruchawy, tymczasem to on jest tym wariatem, który chłonie wodę jak szalony, i o ile nad NaOH opary unoszą się dopiero przy mieszaniu z wodą (no, nie żebym pakowała nos do otwartego pojemnika), przy KOH muszę cofnąć twarz już jak odkręcam przykrywkę, bo wierci w nosie. Czyli nie taki on powolny. 

g. 20:57
g. 20:58
Okazuje się, że wystarczy zredukować wodę i zmniejszyć przetłuszczenie do minimum (ja dałam 1%), i można spokojnie wymieszać budyń blenderem i zostawić garnek w spokoju, niech to sobie samo reaguje pod pokrywką. 

Poczekałam, aż temperatura nieco spadnie (na zdjęciu jest już poniżej 55 stopni). Sądząc po czasie robienia zdjęć, nie czekałam, aż będzie 40 stopni. Potem wlałam pomalutku ług do tłuszczy, aż się zrobił taki czerwonobrązowy płyn...

g. 21:00
Przemieszałam parę razy łopatką i uruchomiłam blender, aż się zrobiła masa:

g. 21:01
A potem postawiłam na kuchence pod pokrywką. Nie, nic nie grzałam. Kuchenka ma stalową powierzchnię, więc gdyby coś się działo, nic mi się nie zniszczy, poza tym tam miałam cały garnek na oku. Mogłam sobie do niego podchodzić i przemieszać czasem, albo nie, i tylko patrzeć, co się w środku dzieje. 
g.21:19 - żeluje! 
g. 21:33 -  żel w całej objętości
 Ekspres! Tak się zachowywały tylko niektóre mydła sodowe, te, które miały w składnikach jakiś "podgrzewacz". Piwo, mleko itp. Żałuję, że nie zapisałam, o której godzinie przyłożyłam do mydła papierek lakmusowy, i pokazał mi około 9. Dwie godziny od rozpoczęcia pracy? Półtorej? I to wcale nie znaczy, że mydło nie było gotowe wcześniej. To mnie nie przyszło do głowy sprawdzić, czy już nie jest po reakcji.

Mam teraz solidny kubełek mydła o bardzo fajnym składzie, lecz o minimalnym przetłuszczeniu. Z takimi parametrami świetnie się sprawdzi do mycia kuchni, ale do ciała czegoś mu jednak brakuje. Uroda mydeł potasowych polega na tym, że mogę choćby za miesiąc wygarnąć z kubełka trochę mydła, dodać do niego powiedzmy 10% jakiegoś fajnego oleju (hmmm... awokado, konopny, arganowy, co jeszcze?), do tego olejek zapachowy, i uzyskuję - tadaaam!


- naczynko świetnego mydła do kąpieli, w tym przypadku o zapachu różanym. W sumie mogłam nawet z tego zapachu zrezygnować, bo samo mydło pachnie słabiutko, lecz dosyć miło. Karmelem chyba, na pewno nie truskawkami. Pesteczki można potraktować jako peeling. Mogłabym jeszcze pokusić się o lekkie rozprowadzenie wodą, bo jest gęste, i najlepiej jest używać do niego myjki. Mam taką szorstką rękawicę, nieźle się sprawdza.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Mydło potasowe, czyli relacja z garnka

Ponieważ mydło rzepakowe gospodarcze z Całkiem Lubię Chwasty może służyć nie tylko do prania, ale w ogóle do domowych porządków, bo na przykład wspaniale zmywa kuchenny tłusty osad na szafkach, musiałam go sobie dorobić. Starego mało mi zostało, a na dodatek ta resztka zdążyła zjełczeć. Czyści świetnie, ale wygląda gorzej.

Zmniejszyłam ilość, bo mydło z kilograma tłuszczu to jest aż nadto, i zrobiłam masę z 1000 g oleju rzepakowego, 413 g wody i 206 g KOH. Tu uwaga - kiedy otwieram słoik z NaOH, nic specjalnego nie czuję, ale przy KOH natychmiast wierci mnie w nosie i muszę pracować przy wiatraku. Ciekawe.

Masę blendowałam dosyć długo, nie chciała się połączyć, tłuszcz wypływał na wierzch. Co zbielała, znowu robiła się złota i przezroczysta po wierzchu. Tak czy owak wstawiłam ją do garnka z gorącą wodą i podgrzewałam, pilnując 70 stopni w kąpieli wodnej, zastanawiając się, czy dobrze zrobiłam, że dodałam 75 g wódki na popędzenie reakcji w chwili, gdy po raz pierwszy wydało mi się, że mam jednolitą masę. Za aparat złapałam chyba pół godziny później, gdy odetchnęłam na chwilę od bełtania blenderem - co ma być, to będzie!

21:52
A ono bez przerwy mi się warzyło. Co gorsza, blender dostawał czkawki z wysiłku, a masa nic a nic nie chciała mi się wyrównać. Wciąż tłuszcz pływał w dołkach.


Przez chwilę wydawało mi się, że jest lepiej...

21:56
Ale to była krótka chwila. Potem były tylko gęstsze grudy i głębsze dołki.

22:27
Blender oszczędzałam, bo choć taniutki, wcale nie chcę się z nim rozstać.

22:37
Wreszcie w garnku zrobiło się coś na kształt zacierek, nadal z tłuszczem w dołkach. Co jakiś czas mieszałam łyżką i czekałam na żelowanie.  Garnek przykrywałam, żeby masa się nie chłodziła od góry.

22:54
Wreszcie zaczęło się pojawiać coś konkretnego. Uff. Widać było, że są postępy.

23:06

Faza żelowa w całej masie:

23:17
Wtedy wszystko potoczyło się już bardzo szybko. Masa zeszkliła się, wygładziła, a papierek wkrótce pokazał 9. Tak wygląda gotowe mydło:

23:30
23:33
No i gotowe. Przełożyłam do pojemników i mam takie szkliste, złotawe mydło. Ciekawe, że za każdym razem ono się zachowuje inaczej. Jeszcze nie miałam takich problemów z uzyskaniem zwartej masy, ale widać może być i tak, a mydło wychodzi mimo wszystko.

niedziela, 8 października 2017

Kokosowe z pianką

To jest post pisany na wariata, w porze, kiedy mocno już zamykają mi się oczy, absolutnie na świeżo po robocie. Mianowicie złamałam się wreszcie, pokonałam niechciejstwo i niezdecydowanie, zmobilizowałam się do roboty nie mając pojęcia, ile ona potrwa, i zrobiłam mydło gospodarcze kokosowe na KOH według Magdy Prószyńskiej (Całkiem Lubię Chwasty). Co prawda nie odważyłam się pójść za jej radami, czyli najpierw wsypać KOH, potem do niego lać strumyczkiem wodę, i na podgrzany i rozmieszany ług wykładać po odrobinie tłuszcz. Bałam się, i tyle.

 Zaryzykowałam, że wodorotlenek nie będzie chciał się rozpuszczać, że będę go długo mieszać, i tak dalej, i tak dalej, ale zrobiłam to mydło w tradycyjnej kolejności: rozmieszałam ług wsypując płatki KOH do wody, i to wylałam pomalutku do rozpuszczonego oleju kokosowego, po czym całość podgrzewałam w wodnej kąpieli, miksując blenderem dokąd było to możliwe.

Ilości składników w każdym razie obliczyłam na podstawie przepisu z bloga Magdy, tyle, że zamiast z 1500 g oleju kokosowego robiłam z 1000 g. Do tej ilości tłuszczu dodałam 1133 g wody i 285,5 KOH. Tak było najlepiej, bo nie miałabym garnków (dwóch) dość dużych, aby gotować mydło z pełnej porcji.

Po wlaniu ługu do oleju kokosowego masa szybko uzyskała konsystencję rzadkiej śmietanki. Czytałam, że trzeba uważać, bo zbyt mocne grzanie i za szybkie blendowanie mogą doprowadzić do wulkanu, więc z termometrem w ręce utrzymywałam temperaturę 70 stopni w garnku z wodą. Miksowałam co chwila i sprawdzałam, czy nic się nie dzieje, i tak to sobie stało. Po pół godzinie mniej więcej nadal było dosyć rzadkie:

19:27
Dwadzieścia minut później zaczęło gęstnieć, a miejscami na blenderze pokazywały się jakby kawałki galarety:


19:48
Od tej pory zmiany poszły piorunem. Mieszało się coraz ciężej:


19:52
Po chwili pozostało mi bełtać masę wyłączonym blenderem, bo ryzykowałam, że się spali:

19:56
I trochę żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia kolejnego etapu, kiedy nawet tego nie dawało się zrobić. Masa mi się skawaliła. Nie było mowy o mieszaniu. Mogłam co najwyżej powyciskać w niej dziury silikonową łyżką. Głowiłam się, ile jeszcze to potrwa, i na jakim w ogóle ona jest etapie. Żeluje już, czy nie? Po mydle kokosowym słabo to widać, bo przed żelowaniem i w trakcie masa jest biała i trudno zobaczyć różnicę. Pogadawszy z ludźmi na Pianie Mydlanej z głupia frant nalałam na to 20 ml wódki i powciskałam w masę jak się dało. Czy to co zmieniło, nie mam pojęcia. Czekałam i tylko co jakiś czas mierzyłam temperaturę kąpieli. Podobno po jakimś czasie masa rzednie - moja była wciąż skawalona.

Aż wyciągnęłam z szafki papierki lakmusowe, zrobiłam w mydle dołek, nalałam wody, pomieszałam, aby zrobiła się taka mydlana kałużka, i okazało się, że pH jest ok. 9!

21:06
Wierzyć mi się nie chciało. Obmierzyłam papierkami do mocnych zasad, słabych zasad, i jeszcze raz do mocnych i słabych... Wreszcie uturlałam z mydła całe pudło białych kulek, a resztę porozkładałam do pudełek.

21:49 - już popakowane, a garnki pomyte.
No i jest po robocie. Mam bazę do płynu do prania, płynu do naczyń i fafnastu innych wynalazków. Jutro będę próbować, jak to działa. Na razie widzę, że się pieni (i prawidłowo, bo kokos ma się pienić) i mam wrażenie, że mocno zmywa tłuszcze (też prawidłowo, zgodnie z tym co powinno być).

Przydałaby się jakaś błyskotliwa puenta, ale nic mi nie przychodzi do głowy.

czwartek, 29 grudnia 2016

Pierwsze mydło potasowe

Gdzieś pomiędzy poszczególnymi partiami mydeł na gorąco zabrałam się za mydło potasowe. Konkretnie za to na rzepaku. Pamiętam, że to była niedziela, ale która? Otworzyłam sobie bloga Całkiem Lubię Chwasty, znalazłam przepis na mydło gospodarcze rzepakowe*, wydobyłam jak się patrzy całą wielką butlę oleju, wodorotlenek i cały ekwipunek potrzebny do pracy, i ruszyłam z robotą.


* Blog Całkiem Lubię Chwasty właśnie przeprowadził się do nowej domeny. Widzę, że przepis ze starego bloga został udoskonalony, i tej wersji nie testowałam. Wygląda na kozacką. Zmniejszona ilość wody, wlewanie wody do płatków, podgrzewanie ługu, wlewanie oleju do ługu... Nie wiem, czy mam odwagę. Na dodatek mam w tej chwili naprawdę dużą porcję mydła rzepakowego z pierwszej produkcji, które nie wiem, kiedy zużyję - albo kiedy rodzina mi je wybierze. Jak zobaczę dno w słoikach, zacznę myśleć o powtórce.

Rozmieszałam wodorotlenek. KOH rzeczywiście jest w formie płatków, nie granulek, co widziałam po raz pierwszy, bo do tej pory nie otwierałam tamtej butelki. Widoczna była różnica w reakcji z wodą: odbywała się znacznie gwałtowniej, całość burzyła się, a przy mieszaniu słychać było ciche trzaskanie - pewnie tworzyły się albo pękały bąbelki. Szczególnie mocno uważałam, żeby opary nie zaleciały mi w twarz.

Potem wlałam ług do garnka z olejem i dość długo blendowałam, wreszcie wstawiłam całość do piekarnika nastawionego na 60-70 stopni. Tam się to grzało, a ja co jakiś czas podchodziłam i mieszałam. W sumie odbywało się to spokojnie, bez wielkiego rozwarstwiania się i prób kipienia. Trwało dłużej, niż zakładałam, choć i tak nie osiem godzin, a trzy i pół. W końcu po coś wlałam tę setkę wódki do masy.


Wyszło mi z tego ładne mydło, jak złotawy kisiel albo bardzo gęsty krochmal. To duża porcja, wystarczyła na dobrych kilka słoiczków i pudełek. Jest wydajne: wystarczy delikatny, lśniący ślad na kuchennym zmywaczku, aby wymyć do czysta cały zlew. Pomogło mi też dotrzeć osad z herbaty na różnych szklankach i kubkach, choć nie do końca je lubię w tej kwestii, bo mam wrażenie, że samo zostawia warstewkę osadu i trzeba je solidnie domyć. Do spraw kuchennych zamierzam zrobić mydło potasowe z oleju kokosowego. Jestem go bardzo ciekawa.

Jak widać na zdjęciu, kolor ma bursztynowy, dość jasny. Podobno innym wychodziło ciemniejsze. Powierzchnia jest taka lśniąca i jedwabista. Pachnie bardzo delikatnie, czystym mydełkiem. Lubię ten zapach. Ktoś narzekał, że rzepakowe śmierdzi. Nie wiem, widać tak niektórzy mogą to odbierać. Może użyli oleju innej produkcji, a może są szczególnie wrażliwi? Do mycia rąk i ciała jest za ostre, bo proporcje dobrane zostały tak, aby wyszło zerowe przetłuszczenie, albo prawie zerowe, skoro skład oleju rzepakowego może się zmieniać w zależności od miejsca pochodzenia, gleby i innych czynników. Czyli zedrze tłuszcz i brud, ale nic nie zostawi w zamian. Zdarzało mi się jednak coś tam nim czyścić, zostało mi na rękach, zmyłam - i żyję. Nie mam gorzej wyługowanych, niż po latach stosowania płynu do naczyń.


Oczywiście musiałam wypróbować przepis na płyn do prania z Całkiem Lubię Chwasty**. Nie robiłam jednak sześciolitrowej porcji, a poprzestałam na dwóch litrach. Znowu zgodnie z instrukcją rozmieszałam mydło w wodzie, używając blendera, bo rzeczywiście rozpuszcza się dosyć trudno i długo. Domieszałam boraksu i sody kalcynowanej i zostawiłam całość na dzień albo dwa w garnku. Na początku mieszanina była po prostu wodnista i przejrzysta, ale po odstaniu zagęściła się do konsystencji niezbyt mocnego krochmalu. Przelałam ją do dwóch pojemników. Do jednego dałam odrobinę zapachu lawendowego, w drugim zrobiłam odważniejszą mieszankę, choć olejków nie było wiele. Zdaje się, że znalazła się tam lawenda, róża i petitgrain. Tego właśnie płynu używam teraz do prania, na przemian z proszkiem z Zielonego Zagonka, który chcę wykończyć, i sklepowym płynem na usunięcie osadu po zagonkowym proszku. Wydaje mi się, że pierze nie gorzej od tego sklepowego. Pewne miejsca muszę i tak zaprać ręcznie, lecz Persil też by ich nie doprał bez pomocy.

** Ten przepis na płyn najwyraźniej zniknął ze strony, albo ja go teraz nie umiem odnaleźć. Pojawiła się za to pasta do prania, podobno szybsza do zrobienia i inaczej dozowana do pralki. Czemu nie, wypróbuję i ją, jak mi się płyn skończy.