Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koty. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 maja 2015

Zuzia ma dom

Udało się - łaciata kocica pojechała do domu! Zamieszkała w domku pod Warszawą. Na razie czeka ją miesięczny lub dłuższy okres, kiedy w zamknięciu będzie oswajać się z nowym miejscem. Inaczej uciekłaby przy pierwszej okazji i już się nie odnalazła. Na dodatek w obcym terenie, bez znajomych miejsc, gdzie zawsze mogła liczyć na miseczkę chrupek. Tamtejsze zwierzęta mają swobodę ruchu, koty wchodzą i wychodzą kiedy chcą, czyli zimą grzeją się w ciepełku, a latem ganiają po dworze. Do ruchliwej ulicy jest daleko, w bliskim otoczeniu są raczej mało uczęszczane uliczki. 

Na miejscu jest bardzo przymilny rudo-biały kocur, i pies, podobno wielki "witacz", który na nasze powitanie został uwiązany przy budzie. Nie było żadnego groźnego ujadania na przybyszy, tylko pisk - no spuśćże mnie wreszcie z tego łańcucha (sznurka, smyczy czy cokolwiek to było). Jednak musiał trochę poczekać. To wielkie psisko, i jakby zaczął skakać po nas na dzień dobry, zestresowana Zuzia chybaby zeszła na zawał. Także została wypuszczona w pokoju na górze, schowała się pod łóżko, i dwa dni później dowiedziałam się, że pije, korzysta z kuwety i dała się pogłaskać. Czekam na dalsze wieści.

niedziela, 17 maja 2015

Dajcie jej dom!

Post z konieczności.

Od wczoraj mój balkon okupuje Zuzia, łaciata mamusia Stokrotki i Sasanki. Śliczna trikolorka z wielkimi, żółtymi oczami. Została wysterylizowana na przełomie marca i kwietnia (znowu była kotna, a kocięta bez szans na przeżycie w tych temperaturach). Przetrzymali ją w lecznicy chyba dwa tygodnie, aż doszła do siebie na tyle, że nie strach ją było wypuścić na dwór. Jakiś czas trzymała się ode mnie z daleka, myślałam nawet, że w ogóle przeniosła się gdzie indziej po nieprzyjemnych przejściach. W końcu na sterylkę została ujęta podstępem u mnie w mieszkaniu - do środka zwabiły ją dzieci na godzinę przed wizytą pani z TOZ, która już wiozła klatkę-łapkę. Daliśmy kocicy posiedzieć pod brzegiem kanapy i uspokoić się, bo po chwili prosiła, aby ją wypuścić. A pani z TOZ-u przyszła, uklękła przy niej, zagadała, zakiciała, i już kocica ujęta wprawną ręką za fałdę na karku, z rozcapierzonymi łapami, ładowana była do transportera. Sądziłam, że tego stresu i ujmy na honorze kotka nie zapomni.

 Jednak nie uciekła z osiedla. Kręciła się trochę po balkonach sąsiedniego bloku, ale zaglądała i do mnie. Dostawała chrupek i szła sobie. A tu wczoraj coś się stało, chyba jakaś decyzja w kociej głowie zapadła czy jak. JA TU BĘDĘ MIESZKAĆ! PROSZĘ MNIE WPUŚCIĆ!

No i mam na balkonie to stworzenie. Rozmruczane, śliczne, spragnione pieszczot, miauczące do nas przez uchylone okno. Nie odważa się wejść do domu, ale też i moja rodzina, i kocie stado jest przeciwko nowemu kotu w domu. Jakiś dom dla tej pieszczochy musi się jednak znaleźć, i to jest teraz moja idee fixe. 

DOMEK DLA ZUZI, NAJLEPSZY I NATYCHMIAST!

Co ja mogę o niej powiedzieć: 

Sterylizacja - tak. 
Kocie choroby - jeszcze nie wiem. Wygląda na to, że muszę jakoś dostarczyć tę gwiazdę do weta na testy. Jeszcze nie wiem do końca jakie i za ile. Na oko jest zdrowa, futro gęste i piękne, je z apetytem. 
Stosunek do psów - no, wolne żarty, lepiej niech przed nimi ucieka, dokąd nie znajdzie się w domu. Czyli nie wiem. 
Stosunek do innych kotów - z moimi futrami się nie lubi, wyją i fukają na siebie. Wiadomo, Zuźka walczy o swoje, nie czas na sentymenty. Znowu nie wiem, jakby to wyglądało po stopniowym, mądrym wprowadzeniu w stado. 
Stosunek do kuwety - mam powody aby przypuszczać, że była domową kotką, więc jestem dobrej myśli. 
Stosunek do ludzi - aaaaabsolutnie pozytywny! 

Udostępniajcie, może znajdzie się wymarzony dom. Dogadamy się w komentarzach albo na mail. 
Najlepiej, jeśli dom byłby w Warszawie. 


"No, wpuścisz mnie wreszcie, czy nie? Miau!"


sobota, 2 maja 2015

Pozdrowienia od Sasanki

Sasanka już w lutym trafiła do nowego domu. Co jakiś czas kontaktuję się i pytam, jak się kicia miewa. Otóż nazywa się teraz Kropka, rozrabia jak pijany zając, czyli jak zdrowy kociak, o ile akurat nie przytula się i nie mruczy. Osiągnięcia w wybrykach ma znaczne. Rośnie szybko. Dostałam zdjęcia - jaki to teraz dłuuuugi kotek!




A Stokrotka nadal jest u nas. Też urosła. Nadal szukam domu. Powiem tak - są widoki. Na razie tyle.


poniedziałek, 9 lutego 2015

Trzy miesiące za nami

Stokrotka niedawno obchodziła trzymiesięczne urodziny. Nie było tortu, ale jakie szaleństwo! Pannica zwiększyła zasięg wielokrotnie. Ulubiony sport to skakanie do naklejek i magnesików, którymi upstrzona jest lodówka. Nic się nie ostało do wysokości stołu. Były też oczywiście pościgi za Topciem, lub dzika ucieczka ze zjeżonym ogonem. Mam wrażenie, że robienie szczoty z ogonka jest bardzo przyjemnym zajęciem, bo nieraz szczota pojawia się nawet bez specjalnej okazji. No i nie ma jak trzymiesięczna pomocnica przy robótkach. Gryzienie sznurków z koralikami, plątanie nici - jakaż to piękna sprawa!



Na balkon nieraz zagląda Zuzia, mama Stokrotki i Sasanki. Jest płochliwa, ale wie, że zawsze dostanie coś dobrego do jedzenia:


A dziś udało mi się złapać Rudego na robieniu tzw. surykatki. Nie zamontowaliśmy dzwonka przy drzwiach na balkon, więc kocio musi radzić sobie inaczej, gdy znudzi mu się spacer i chce wrócić. Staje na dwóch łapach i bębni w szybę. Tak, tak, te szare pionowe smugi to robota jego paluszków.





poniedziałek, 2 lutego 2015

Nie mam pomysłu na tytuł

Moje kociaki mają już prawie trzy miesiące. Wyrosły z nich zwinne, sprytne i bardzo przytulajskie kocie panny. Jedna, Sasanka, już ma dom stały! I zwiedziła wszystkie kąty, ładnie je, problem kuwetki nie istnieje, a nawet zdążyła narozrabiać w nowym miejscu. Konkretnie - pozrzucała obrazki ze ściany i trzeba je było przewiesić. W sumie mogłam się tego spodziewać. W ostatnim okresie zrobiły sobie ze Stokrotką dyscyplinę sportową w skakaniu do magnesików na lodówce. Do wysokości kuchennego stołu żaden się nie ostał. 

Stokrotka ma trafić na stałe miejsce w połowie lutego. Szkoda nam będzie rozstawać się z tą pieszczochą. A jakie to inteligentne! Psa trzeba uczyć aportowania. Stokrotka sama wpadła na to, że człowiek świetnie nadaje się do rzucania myszek. Po dwadzieścia razy potrafi przynosić nam w zębach myszkę-grzechotkę, a potem gania za nią, aż się tupot rozlega. Skoro siostrzyczka gdzieś się podziała, Stokrotka rozrabia teraz z Topciem. Potrafią narobić hałasu! 

A ja siedzę od dłuższego czasu pochłonięta pętelkami. Co z nich ma być, to pokażę później. Moje ulubione słowo: co druga osoba w sieci pisze "pokarzę", a ja mówię sobie: ajajaj, laniem, grzywną czy więzieniem? A poza tym przysługuje mi prawo do adwokata!

W zasadzie mogłabym skończyć, ale dwa drobiazgi mam rozpoczęte. Nie zostawię ich tak, dość mam ufoków. W kącie zalegają mianowicie dwa hafty, kapeć na szydełku tunezyjskim, serwetka pętelkowa, która jest następna w planach i powinnam ją szybko kończyć, serwetka koniakowska, której brakuje ostatniego rzędu, to nieszczęście z motywów, co to kiedyś zaczęłam, a potem na dobre straciłam serce do niego, i nie pamiętam co jeszcze...

A plany jakie mam, ho-ho, i pewnie 90% zdążę zapomnieć zanim będę mieć szanse w ogóle je rozpocząć: 
  1. porobić trochę koralików na różne takie aukcje,
  2. kupić włóczkę Dorę i szydełko tunezyjskie nr 3, bo chcę zrobić kapcie trochę bardziej udane niż ten, który teraz u mnie zalega,
  3. jakieś malutkie hafciki na akcję poduszkową,
  4. przypomnieć sobie, jak się robiło frywolitkowe błyskotki, skoro mam takie zapasy farbowanych kordonków,
  5. zrobić sobie bransoletkę puncetto, a może zakładkę do książki, co oznacza naukę techniki razem z okienkami, pajączkami i łączeniem kolorów,
  6. zawziąć się i popracować jeszcze nad jakimś okazałym pętelkowym cosiem, nie powiem po co.
To dość na wiele, wiele godzin pracy. Ano, co będzie, to będzie.

czwartek, 8 stycznia 2015

Słowik

Mam zakocony balkon. Zwierzaki mogą się tu swobodnie dostać i nieraz je widzę, jak sobie wędrują, albo wręcz siadają pod drzwiami i czekają. Nawet wśród tych dzikich i nieufnych zdarzają się dość sprytne, aby wyniuchać, że tu ludziska mają miękkie serce i wystawią miseczkę chrupek i picie. Aktualnie z dzikusów widuję mamę Stokrotki i Sasanki, tę trikolorkę, która tak nieszczęśliwie - lub bardzo szczęśliwie - urodziła kocięta na balkonach sąsiadów. W sumie nawet, gdyby była najtroskliwszą matką, kocięta nie miały szans przeżycia na dworze. W listopadzie? Niemowlęta wymagające ciepłego gniazda? Nic by z tego nie było. 

Tymczasem obie kicie żyją, mają się świetnie, i Stokrotka w tej chwili właśnie dodała własny wpis na blogu: ]\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\

O. 

Kitka jest jednak nabytkiem dość nowym, na osiedlu zaczęła pojawiać się bodajże późnym latem. A my mamy starszych kocich znajomych. Jednym jest oczywiście Rudy. W tej chwili grzeje się u nas, jednak gdy tylko zrobi się cieplej, będzie znikał na całe dnie. Czasami, choć rzadko, pojawia się Syjamek vel Leon. 0---------------- [Stokrotka, ja cię bardzo proszę, teraz tu nie pisz i nie włączaj opcji]. Zje kilka chrupek i idzie. Nie lubi, jak się go dotyka.

Całkiem często zjawia się za to Słowik. To jest któś! Kiedy zza okna, całkiem dobrze izolującego dźwięki, słyszę przeciągłe "maaaau", nikt nic mi nie musi tłumaczyć. Wiem i tak. Za drzwiami siedzi potężny osiedlowy kocur. "Mordziasty", jak by go określił niezapomniany Wiech. Te świńskie, skośne oczka. I głos nie do pomylenia. Poznaliśmy go w lutym zeszłego roku. Wtedy mianowicie po raz pierwszy od lat usłyszałam kocie śpiewy. Niby mamy na osiedlu stado kotów, które produkuje kociaki przynajmniej dwa razy do roku, ale takich arii jak za mojego dzieciństwa to tu nie bywało. A tymczasem zwierzaki odzyskały głos. Najgłośniej darł się ten właśnie potężny koci oprych. Myślałam, że dziki i drapieżny jak zaraza, a tu masz - dzieci uszczęśliwione, że któregoś razu nie uciekł, gdy tylko otworzyły drzwi, wyciągnęły do niego rękę, a ten dał się pogłaskać i chyba nawet zamruczał. Po paru dniach nawet odważył się wmaszerować do domu na miseczkę chrupek. Był bardzo grzeczny, pozwolił się na do widzenia podrapać za uszkiem, po czym przeszedł przez próg i natychmiast zawrzeszczał na całe gardło: "Maaaau! Maaaau! Maaaaau!" i ze śpiewem zeskoczył na ziemię. 

Styczeń minie, luty się zacznie, potem marzec. Oj, będzie się działo. Już szykuję wiadro i szczotę do zmywania esencji zapachowej "Kocio Szanel No. 5,5" z balkonu. 



Takiemu nikt nie podskoczy!

środa, 7 stycznia 2015

Choinka wciąż stoi

Tak, to nie żarty, w domu pełnym kotów choinka wciąż stoi i ani razu nie leżała. Nie da się tego powiedzieć generalnie o wszystkich ozdóbkach, z których co niższe spadały, turlały się, a nawet były tarmoszone. Jedna czy dwie szczególnie słabo zamocowane bombki już nie wiszą, a są położone w rozwidleniach gałązek. Tak jest pewniej. Szklane bombki pozostały w pudełkach.

Nie wygląda może najokazalej, ale nadal ją mamy. Po Wigilii nawet nabrała kolorów. Święty Mikołaj każdemu z nas przyniósł po bombce-karczochu, każda inna. Przewidział problem, czy tak mu przypadkiem do worka powpadały? Nie wypada dopytywać, ale przydały się! Ta na dole, fioletowo-zielona, jest jednak mojej roboty. 

Przekrój technik na choince jest dosyć spory. Wykorzystałam różne znaleziska z pudła w szafce, niektóre nawet z wymianek wielkanocnych. Jajka omotane szydełkiem i motylki to był wymiankowy prezent od Magmorci. Rybki origami dostałam na Boże Narodzenie od Halszki. Jajko-karczoch na dole też z wymianki, ale tym razem nie umiem zidentyfikować, od kogo. Szydełkowy aniołek - chyba od Moniki. A na dodatek powyciągałam wszystkie gwiazdki (nieliczne), jakie udało mi się wydłubać w ciągu ostatnich lat. Nigdy nie miałam zacięcia do świątecznych ozdóbek. Kilka szydełkowych, nareszcie ukrochmalonych (potrzebowałam impulsu). Jedna szydełkowo-pętelkowa. Jedna teneryfka. O, i aniołki klockowe, jeden mój, jeden od Małgosi z Łomnicy. Bombki filcowe chyba trzy zrobiłyśmy razem z córcią. Gdyby nie brak igieł, byłoby więcej. 

 W naszej sytuacji zresztą grunt to nie ozdóbki, a ciężka donica. Byle kotek tego nie ruszy.

 Jestem nawet zdziwiona. Małe opanowały już wchodzenie na stół, pianino i do wanny (oraz wpychanie się do wszelkich szafek korzystając z chwili nieuwagi), a z choinki ani razu ich nie zdejmowałam. Może więcej zabawek mają w moim kącie z robótkami, i nic ich tam nie kłuje w łapki?

sobota, 29 listopada 2014

Skrzecząca kociasta rzeczywistość - wpis niezbyt estetyczny

Tak się jakoś utarło, że jedenasta wieczorem to niezła pora na ostatnie karmienie maluchów. OK, karmimy. W ruch idą dwie szklanki: jedna z ciepłą wodą, i druga, w której będę mieszać mleczko. W tej chwili na obie panny idą trzy łyżeczki proszku, do tego tak z osiem łyżeczek ciepłej wody. Według przepisu powinno być trochę więcej proszku, ale tośmy ustalili z weterynarzem i z samymi kociętami, które taką porcję są w stanie zjeść.

Butelkę ze sklepu zoologicznego kocham, po tamtej prowizorycznej z puszki z mlekiem to luksus. Smoczek nakręca się a nie naciąga. Różnica kolosalna. Nawet wycior gdzieś jest, tylko mi zginął. Nie wiem, czy łapek w tym nie maczał Topcio. Zrobiłam drugi z paska wyciętego ze ściereczki do naczyń i drewnianego szpikulca do szaszłyków. Bez tego ani rusz, bo kocie mleko na wszystkim zostawia tłusty i lepki osad.

Legowisko kocięta mają w plastikowej wanience. Rozmiar jest akurat taki, że zostaje trochę luzu po włożeniu termofora, a głęboka jest dość, aby panny jeszcze nie były w stanie podciągnąć się na łapkach i z niej wyleźć. No chyba, że za wiele ciepłych szmatek im tam nawkładam. Całość przykrywam płótnem (konkretnie powłoczką na poduszkę), ale nauczyłam się jeszcze dawać na to dwie plastikowe nakładki na biurko, tak na krzyż. Nawet jeśli Topcio na to skoczy, nie powinien wpaść do środka. Z reguły drzwi są zamknięte i kociak jest w innym pokoju, ale życie to życie, nie cały dzień tak się da. Poza tym mam trochę pewności, że małe mimo wszystko nie zdołają same się wydostać.

Odkrywam te wszystkie warstwy. Kicie już nie śpią. Łażą po legowisku albo drapią łapkami w ścianki i piszczą głośno. Od razu czuję siuśki. Jak nic będzie kolejna porcja prania, ale tym się możemy zająć za chwilę. Wyjmuję pierwszego malca z brzegu, tego co się bardziej awanturuje. Podaję butelkę i zaczyna się balecik: drapanie wszystkiego, czego sięgną pazurki (a mamy już takie drapiące pazury, że hej!), wykręcanie buźki w lewo i w prawo, obmlaskiwanie smoczka z otwartą paszczą i wywalonym jęzorem. Po chwili przepychanki odkładam szkraba obok siebie na łóżko, gdzie zrobiłam kącik otoczony poduszkami i wyścielony folią. Sięgam drugiego kotka. Tu idzie gładziej, co prawda muszę się nakombinować, jak utrzymać i zwierconego kociaka i butelkę, ale wreszcie szkrab "zasysa": stoi wspięty na czubki paluszków tylnych łapek, wyciągnięty jak struna do góry, w końcu jednak jest skupiony na ssaniu. Bąbelki powietrza z terkotem wpadają do butelki. Inny styl ssania jest bez bąbelków, tylko butelka się wgina do środka. Jest plastikowa, więc tak też się da. 

Kociaczek-łobuziak wspina mi się z piskiem na kolana i na ręce, odpycha siostrzyczkę, słowem - awanturka. Trzy razy zestawiam z powrotem do zagródki, wreszcie łagodnie odrywam od butelki całkiem już najedzoną siostrę i robię zmianę miejsc. Tym razem wreszcie karmienie "zaskakuje". Butelka pomału się opróżnia. Swobodny kociak tym razem siedzi bardzo skupiony na folii i kawałkach ręcznika, a dookoła rośnie kałuża. Dość potężna jak na kotka. Jedną ręką udaje mi się urwać więcej ręcznika papierowego i jakoś to pozbierać. Przy łóżku mam gotowy worek na śmieci. Bez niego ani rusz. Ciepła woda ze szklanki za chwilę przyda mi się do obmycia rąk.

Obie małe wreszcie mają jako-tako zapełnione brzuszki. Jeszcze parę razy podtykam im butelkę, w której zostały resztki mleka, chyba jednak zjadły dosyć. Teraz masujemy brzuszki. Zamieniam się w kotkę-mamę. Za szorstki języczek musi mi posłużyć wacik zamoczony w ciepłej wodzie. Ułożyć kotka, aby grzecznie wystawiał brzucho do góry, raczej się nie da. One i tak się wykręcą i będą protestować. Masuję więc brzuszki cierpliwie, każdy dłuższą chwilę, i tak samo tyłeczki. Watki zmieniam co chwila, bo pierwszy efekt tych zabiegów to siusianie. Cóż, przynajmniej wszystko na bieżąco jest sprzątnięte i wędruje do worka. Ja czekam na kupę, bo podobno norma to dwa czy trzy razy dziennie, a u nas jest dużo rzadziej, i to z jakimiś sensacjami. Były zatwardzenia, potem rozwolnienie. Udaje się wymasować tylko nieduży żółty kleks.

Do spania jeszcze daleko - małe łażą po zagródce, próbują sforsować granice, czasem muszę je zawracać znad brzegu łóżka. To nowość, wcześniej najedzony kotek to był śpiący kotek. Ano, rośniemy. Sasanka już zaczęła się bawić. Obraca się na grzbiet i macha łapkami na wszystko: Stokrotkę, moje palce, albo cokolwiek zobaczy. Na razie nie ma zbyt wiele do wyboru. No to bawimy się razem. Ja macham jej palcem przed nosem, ona robi śliczny koci "rowerek". Właśnie teraz widać, jak bardzo jest obomboniona mleczkiem. Oho, myślę, jak wreszcie tama puści, to się nie pozbieram z czyszczeniem kota i wszystkich szmatek. 

Zostawiam je na chwilkę na łóżku i szybko zmieniam posłanko w wanience. Kiedy już siedzą w środku, zmieniam wodę w termoforze i przykrywam legowisko od góry. Pozostaje nalać do termosu dobrze ciepłej wody, żeby nie biegać po domu w środku nocy, przygotować małą miedniczkę, nad którą mogę płukać wszystko co trzeba, oraz wymyć butelkę, obie szklanki i łyżeczkę. Godzinkę to trwało. Budzik nastawiam na trzecią, a może na czwartą. Małe powinny wytrzymać tyle czasu.

Dzwonek wyrywa mnie z głębokiego snu. Długo próbuję doprowadzić się do takiej przytomności, aby podnieść się i zapalić lampkę. Mieszam mleczko, odkrywam legowisko, i uderza mnie zapach prawdziwie agrarny. Coś pośredniego między obórką a stajenką. No, trafiony-zatopiony, bardziej opchana kitka wreszcie wystrzeliła. Do licha z mleczkiem, mam w rękach kociaka upaskudzonego po pas. Watka za watką, ciepłą wodą doprowadzam do ładu futerko i wszystkie fałdki. Wycieram do sucha i jeszcze poprawiam. To nie może być, żeby kociątko waliło obórką! Worek ze śmieciami znowu się zapełnia. Wreszcie mogę wziąć się za drugą kitkę. No, ta się nie ubrudziła, całe szczęście. Podkładam tylko folię i ręcznik, żeby miały na co siusiać. Ręce umyte, karmimy. Znowu cyrk z wykręcaniem mordek, ale jakoś to idzie. Posłanko uświnione zwijam w całości i odkładam koło worka. Rano sprzątnę, nie będę w nocy budzić rodziny. Kolejny raz ścielę legowisko. Kotki w całkiem niezłym nastroju łażą w najlepsze. Trzy kwadranse mijają, zanim będę mogła przykryć wanienkę, zgasić światło i zasnąć. 

W tygodniu budzik w dużym pokoju dzwoni za piętnaście szósta. Pomagam dzieciakom pozbierać się do szkoły, a potem jeszcze trochę dosypiam. Teraz jednak mamy sobotę, czyli hulaj dusza, piekła nie ma. Dzieci budzą mnie dobrze po dziesiątej. Tak mi się nieeee chce wstawać! Ale pora, pora, więc doprowadzam się jako-tako do ładu i karmię małe. Tym razem ta, która w nocy odpaliła ładunek, je łapczywie, a druga nic a nic. Masuję brzuszki i kuperki. Nooo, coś tu się kroi. Popiskuje, kręci się, i jakoś tak podejrzanie gmera łapkami po rozłożonej folii. 

- Wszystkie ręce na pokład, potrzebuję natentychmiast kuwety! - wrzeszczę w olśnieniu. - Proszę tu mi dostarczyć pokrywkę od wczorajszego ciasta wypełnioną świeżym żwirkiem! 

W trzy minuty mam prowizoryczną kuwetkę. Wsadzam kitkę, gmeramy w żwirku palcem i łapką - ja trzymam jej łapkę. Mała próbuje żwirek zjeść. To jakiś sygnał może, że będziemy się przestawiać na stałe jedzenie? Sprawdzimy. Obcieram pysio, a z drugiego końca kota już rusza lawina błotka. Jeszcze nie umiemy zagrzebywać, jeszcze nie do końca trafiamy tam gdzie trzeba, ale jest sukces! Wybieram brudy ze żwirku i do oczyszczonej kuwetki wsadzam drugą kitkę, podejrzanie zamyśloną i znieruchomiałą. Znowu gmeramy łapką w piaseczku, uczymy się. Kicia zastyga, i po chwili wiem, że jest sukces! Bingo! Nasiusiała do żwirku jak poważny kot!

Zadanie na dzisiejszy wieczór: uprzątnąć kąt w małym pokoju i rozstawić tam kocią zagródkę z wygodami: wybieg do łażenia, kuwetka do wiadomo czego, cieplutkie legowisko z termoforkiem, i skuteczne zasieki. No to baj!


środa, 19 listopada 2014

Kociej awantury ciąg dalszy

Panny z balkonu szybko dorobiły się imion. Ile można mówić "ta szylkretka", "ta czarno-biała"? Szylkretka nazywa się Stokrotka, pingwinka Sasanka. Pierwszy dzień życia miały wyjątkowo burzliwy, potem też nie brakowało zdarzeń i emocji różnej maści.



Po pierwsze, w klatkę-łapkę zastawioną przez panią z TOZ-u złapała się nie łaciata mamusia, a czarno-biały kocur podwórkowy. Pojechał do lecznicy na sterylizację zamiast niej, a przy okazji TOZ ma już oko na nasze podwórkowe stado, w którym kociaki pojawiają się regularnie, choć raczej nie na balkonach, a w ogródkach okolicznych domów. Łaciatej dadzą na razie spokój. Zimno się robi, kitka nie ma stałego lokum (ciepła piwnica czy coś w tym stylu), a to nie są warunki, aby dojść do siebie po zabiegu. Poczekamy na wiosnę.

Gdy po kilku dniach zagadnęłam panią weterynarz o kocura, natychmiast zawołała: "Ten kot-morderca?!" Był już wtedy po zabiegu i w całkiem niezłym stanie, jednak zatrzymali go jeszcze kilka dni. To był taki kozak, że chyba non-stop wdawał się w podwórkowe awantury i kocio-kocie dyskusje, bo prócz wiadomych ranek trzeba było leczyć jakieś paskudne obrażenia na ciele. Teraz już wrócił na nasz teren.

Po drugie, z kociakami pomalutku idzie ku dobremu. Drugiego dnia ważyły jedna ponad 80 g, druga ponad 90. W zeszły piątek obie osiągnęły 170 g, a teraz nie mam na czym ich ważyć, bo waga jubilerska od dawna nie starcza, a kuchenna jest zbyt niedokładna. Jedzą ładnie, z Convalescenta przeszliśmy na MilVet, czyli już specjalne mleko dla kociąt. Nawet w opakowaniu była butelka ze smoczkiem. Trochę klęłam na ten smoczek, bo jest taki całkiem najprostszy, gumowy, jakie sama pamiętam z dzieciństwa (pomijając rozmiar). Trudno się nakładało go na butelkę i parę razy wylałam mleko. Zawsze to jednak lepsze niż strzykawka i wkraplanie do pyszczka. Wczoraj udało mi się wreszcie dostać inną butelkę dla kociąt, tym razem przyzwoitą, z trzema smoczkami na wymianę i szczotką do mycia. No luksus, tylko teraz muszę te moje dwa oseski przestawić na ssanie innego smoczka, w którym zrobiłam o wiele mniejszą dziurę. Trochę jest o to fochów.

Niestety wozimy się z zaparciami. Do codziennego mleczka doszło z tej przyczyny po pół centymetra oleju parafinowego dwa-trzy razy dziennie, na nasmarowanie kiszeczek. No i tak ze zmiennym szczęściem ten olej stosuję.

Trzeci problem pojawił się u Sasanki, i to już tak zabawnie nie wyglądało. Koło czwartego-piątego dnia maluchy pozbyły się pępowin, przy czym u Sasanki pojawiła się na brzuchu biała, twarda oponka wokół pępuszka. Pani doktor bardzo się to nie spodobało. Stan ropny, niebezpieczna sprawa u tak małego kotka. No i niewiele można z tym zrobić: wyczyścić się nie da, nie w tym wieku. Tylko dać antybiotyk i przykładać rivanol. Smutno mi się zrobiło, że tak szybko mogłaby się kicia wykończyć. Robiłam te okłady, antybiotyk powtarzaliśmy co trzy dni. Nieładnie to wyglądało, najpierw ropień, potem spora rana w jego miejscu. Po paru dniach stał się cud: skóra, która po prostu wokół tego miejsca rozsunęła się na boki, pomalutku zaczęła zsuwać się do środka i przykrywać ranę! W tej chwili prawie nic nie widać. Rivanol przykładam nadal. A już się bałam, że mała dorobi się blizny, której nie schowa się pod futerkiem, o ile w ogóle przeżyje tę sprawę.

Kończymy pomału drugi tydzień. Już trochę rzadziej je karmię. Najadają się większymi porcjami, więc zarządziłam tylko jedno budzenie w nocy po wieczornym mleczku. Niam-niam, zmiana wody w termoforze, i spać od nowa. Co prawda trochę mi marudzą kitki. Może ząbki się wyrzynają?

No i otworzyły oczka: Sasance powieki zaczęły rozklejać się w piątek, Stokrotce w poniedziałek. W tej chwili już można podziwiać ciemne paciorki w drobniutkich buziach. Na razie nie spoglądają zbyt bystro. Pewnie to nie tak łatwo przejrzeć na oczy. Tyle się musi młody mózg nauczyć! Ale poczekamy, poczekamy, jeszcze będą wypatrywać, co by tu spsocić. Łapki mają silne od początku. Sforsowały już trzy pudła, coraz większe. W tej chwili za kojec służy najgłębsza wanienka z łazienki. Jak z nią sobie poradzą, to... no, nie wiem. Będę kombinować.


A Stokrotka śpi, i mleko jej się śni.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Koty od pieluch

Zdaje się, że miałam pomysł na nowy post, ale to było baaardzo dawno temu. Już zapomniałam. Pewnego bowiem ranka, tydzień temu z okładem, rozległo się do drzwi pukanie. Ja jeszcze tak jakby niegotowa do spotkań z ludźmi, poniekąd w dezabilu, zignorowałam. Po kwadransie było już dzyń-dzyń. Tym razem otworzyłam. W drzwiach stał sąsiad.

- Pani nie wie może, co to za kotka, taka w łatki, która chodziła nam po balkonach? Bo widzi pani, ona się okociła, mam na balkonie cztery martwe kociaki.

No i postawił mnie do pionu. Chwyciłam chyba rękawice kuchenne, tak na wszelki wypadek, i truchcikiem pobiegłam do niego. Na balkonie zastałam pod niskim stolikiem znajomą kotkę, która rzeczywiście od kilku miesięcy błąkała się po naszym osiedlu, a obok porozrzucane maluszki.

- Ten jeden chyba przed chwilą żył, bo ruszał łapką.

Ten jeden, oraz drugi obok, akurat już nie żyły. Kotka wyła i prychała, rzucała się na nas. W dwóch podejściach udało mi się zabrać jej najpierw dwa malce, które jakby zdradzały oznaki życia, potem dwa pozostałe biedaki. Natychmiast zabraliśmy się za ogrzewanie żywych kociąt. Chuchanie, masowanie, ciepły termofor, ciepłe szmatki. Coś do pyszczka - wzięłam z domu mleko rozmieszane pół na pół z wodą. Ja nie mam sklepu zoologicznego, żeby ot tak sobie mieć na składzie kocie mleko w proszku. Kotce natomiast wystawiłam zapasowy transporter Simki, okryty ciepłym kocem. Wlazła do niego i wyła na nas ze środka. Sąsiad opatrzył mi rękę, którą solidnie zahaczyła mi pazurem. Dziura niewielka, ale krew lała się kroplami. Widać zwierzak trafił w jakieś naczynie. Dopiero teraz, po tylu dniach, zlazł strupek, a dookoła jest tylko niewielki siniaczek. Gorzej to wyglądało.

Sąsiad zadzwonił po ekopatrol. Umówiliśmy się, że ja przejmuję kocięta, skoro mam możliwość dopilnowania ich, on mi zostawi klucz, ja pogadam z panami eko. Może zabiorą kotkę, może znajdą jakieś dobre miejsce kociętom. Kotka z powrotem już ich nie przyjęła. Wyrzuciła z tranporterka z powrotem na zimne kafle.

Ekopatrol zjawił się po godzinie. Pogadałam z nimi na korytarzu. "Kotki nigdzie nie zabierzemy, bo... - już nie pamiętam co powiedzieli. - A kocięta weźmiemy do lecznicy do uśpienia. Tyle możemy zrobić. Takie mamy przepisy." - "To wiedzą panowie, ja się wstrzymam. Decyzję o uśpieniu zdążymy jeszcze podjąć. Ja spróbuję tym małym dać szansę. Zgoda?" - "Zgoda." No i dałam.

Jak się trochę uspokoiło, zrobiłam szybki wypad do lecznicy po jakieś mleko dla malców. Dogadałam się z panią doktor, że na razie damy im mleko Convalescent. To mała torebka, a ja nie wiem, czy z tych malców coś będzie. Kupię puszkę karmy za 70 zł, koty zdechną, i co? Wydatek w plecy.

Dzień upłynął na pracach domowych przerywanych zapychaniem głodnych pyszczków. Jeden malec był rudy i zdaje się, że kocurek, drugi szylkretowy, najwyraźniej koteczka. Rudasek słabł. Do wieczora coraz mniej się poruszał. Sierść miał przylepioną do ciała. Bieda straszna. Trikolorka żwawiej się ruszała i jadła z apetytem.



Wieczorem zjawiła się pani z TOZ-u z klatką-łapką, aby złapać kotkę. Rozstawiła ją, zrobiła szlaczek z jedzenia, popodziwiała maluszki, zdechlaczki wzięła do utylizacji do lecznicy. Niestety rudasek dołączył do zawiniątka. Dzieci przeżyły to mocno.

Po jej wyjściu nieoczekiwanie zjawił się sąsiad z nowym kotkiem. Piątym. Znalazł go znowu na kafelkach przed transporterem. Biedna kotka, która nieoczekiwanie została matką i kompletnie nie wiedziała, co z tym fantem zrobić. Ogłupiała, nieszczęśliwa i kompletnie zdezorientowana. Kotki bywają fantastycznymi matkami, lecz nie wszystkie. Ta najwyraźniej nie była. Kociątko, ciemna szylkretka, dołączyło do siostrzyczki w pudełku z termoforem, rzecz jasna po solidnym ochuchaniu, rozmasowaniu i rozgrzaniu.

Noc była ciężka. Jaśniejsza szylkretka, ta pierwsza, marudziła, w końcu zaczęła mocno płakać. Zapadała w sen, potem budziła się z krzykiem. Oddychała ciężko, z jakimś dziwnym pochrapywaniem. Zdechła nad ranem. Z pyszczka sączyła się krew. Żal było, bardzo żal. Pomyślałam, że gdybym miała szklaną kulę i wywróżyła, jak skończy ona i braciszek, dałabym te dwa biedaki ekopatrolowi natychmiast do uśpienia.

Rankiem miałam więc pod opieką już tylko jednego kotka. Byłam mocno niewyspana, ale cóż - karmić malca trzeba było co dwie godziny, masować brzuszek, ogrzewać, zmieniać wodę w termoforze - nie odeśpię. Zadzwonił telefon. Tym razem sąsiadka, wtajemniczona w sprawę. - Niech sobie pani wyobrazi, że znalazłam jeszcze jednego kociaka z tą kotką, na zupełnie innym balkonie! I też jest cały zmarznięty, a kotka zamiast go ogrzać, siedzi koło niego i wyje na ludzi!

Mam taki kijek z haczykiem od sklepowego wieszaka, czyli namiastkę pogrzebacza do wyciągania kocich zabawek spod szaf. Uwiązałam toto do kija od szczotki, wzięłam grubą czapkę do owinięcia kociątka, i pobiegłam przed dom. Wygarnęłyśmy szkraba, tym razem kotka nie sięgnęła nas pazurami. Znowu trzeba było rozgrzać, rozmasować, nakarmić. Ten egzemplarz miał pingwinie umaszczenie: z wierzchu czarny, na brzuszku biały.



Przeżyły właśnie te dwa: ciemna szylkretka przyniesiona wieczorem, i pingwinek znaleziony rano (sądzę, że też koteczka). Od tego czasu śpię mając pod ręką budzik i koci osprzęt do mieszania mleka, karmienia pyszczków, masowania brzuszków i mycia wszystkiego co trzeba.

Z robótkami w tej sytuacji nie śpieszę się. Poczekają.

wtorek, 7 października 2014

Pan Kotek był chory...

... i szalał, rozrabiał, wpadał we wszystkie dziury, podkradał starym zwyczajem co się da ze stołu, tylko czegoś mrużył oczko prawe i czasem kichał. Skoro mu to samo przejść nie chciało, wybrałam się z młodym do weta. Dostał antybiotyk, kropelki do oczu i zalecenie kontroli za kilka dni, a ode mnie na wszelki wypadek szlaban na spacery, bo Młode Pokolenie uczy go spacerów w szelkach i na smyczy. Pierwszy spacer to była panika i trzęsionka, ale już drugi i trzeci okazał się fascynujący do tego stopnia, że Topcio waruje a to pod drzwiami wejściowymi, a to na balkon, żeby tylko wydostać się z domu. Niedawno smyrgnął mi pod nogami późno wieczorem, jak już byłam w piżamie, i miałam do wyboru miotać się po balkonie w niekompletnym stroju albo szybko coś wymyślić. No cóż, nałożyłam żarełka na miskę, "zakiciałam" głośno, i niemalże z hukiem wpadła do domu z balkonu Simka, a Topcio za nią ostrym kłusem. Uff.

Nie wiem dokładnie, ile antybiotyku odmierzyła pani doktor pierwszym razem, ale za drugim kicio dostał porcję na 2,5 kg. Gdy go ważyliśmy w Łomnicy, wyszło 800 g, potem 1000! Całkiem niedawno wsadziłam go na wagę w domu, pokazała 1,6 kg, ale czy to było trzy tygodnie temu, czy ile, nie pamiętam. Czas tak leci. I teraz wyciągnęłam wagę, plastikową miskę, wytarowałam i wsadziłam kota na tę konstrukcję. Zanim uciekł, doczytałam się wyniku 2,3 kg. Tak urósł przez półtora miesiąca!


piątek, 29 sierpnia 2014

Jak przygarnąć kota na wakacjach

No jak to jak. Jak lezie za nami, miauczy i prosi, żeby go wziąć, to wziąć.


Tylko żeby nie ugryzł. Absolutnie. Przechlapane ma się i już.

Było tak: byliśmy w Łomnicy, wybieraliśmy się rano na wycieczkę. Chciałam tylko przed drogą podejść do ujęcia Łomniczanki i nabrać sobie tam wody. W Łomnicy znam dwa ujęcia. Do tego większego idzie się przez kawałek łączki do strumienia. I tam właśnie pałętał się malutki kociak. Nie uciekał, nie bał się. Pogłaskany mruczał, zostawiony przeraźliwie miauczał. Nie bał się brania na ręce. Był zupełnie inny, niż podwórkowe kociaki moich gospodarzy: nieufne, półdzikie, doskonale obeznane z otoczeniem. Lazł przez wysoką, mokrą trawę i nawet nie próbował się chować. Moim zdaniem ktoś się pozbył kłopotu: kotka urodziła, część miotu być może znalazła domy, tego buraska nikt nie chciał, więc kiciuś został podrzucony na wsi gdzieś pod gospodarstwo, bo w końcu "kot zawsze sobie da radę".


Zabrałam tę biedę. Zwierzak wtulał się we mnie z obłędnym mruczeniem. Ja je znam. Ono przechodzi po kilku dniach w domu, gdy kot przekonuje się, że nic mu nie grozi, a ludzie po prostu są obok. Nie miałam dla niego nic. Na wycieczkę wysłałam resztę rodziny, ale tu dzieciaki powiedziały, że zostają ze mną i będą opiekować się nowym nabytkiem. Ponieważ nic dla kota nie mieliśmy, ruszyłam do sklepiku po jakieś jedzenie, a oni przysiedli z kotkiem na podwórku. Zdobyłam kawałek mięsa z kurczaka i pudełko po jakimś oleju na kuwetę. O piasek było trudno, bo tego lata ciągle padały deszcze, a w okolicy najprędzej nazbiera się kamieni i gliny. Wreszcie znalazłam trochę nad strumieniem.

Mięso wrzuciłam do garnuszka i ugotowałam na wodzie. Gdy choć parę plasterków dało się odkroić, uskubałam maluchowi, pokroiłam w kosteczkę i dałam na dłoni. To niestety okazało się bardzo głupie. Kociak okazał się tak wygłodzony, że rzucił się na jedzenie jak wariat. Wyjadł wszystko, jeszcze szukał we wszystkich szparkach w dłoni, wreszcie ugryzł mnie w palec, i to dość boleśnie, choć płytko. Na początku nawet nie było widać, że naruszył skórę. Palec trochę spuchł i dokuczał. Po jakimś czasie zdecydowałam, że przejadę się do Piwnicznej do przychodni. W końcu to zwierzak, nie wiadomo jakie bakterie ma na zębach.

Krótko mówiąc: dostałam zastrzyk przeciwtężcowy i skierowanie na szczepienia przeciw wściekliźnie, oraz przykazanie, aby kota poddać obserwacji. Antybiotyk na razie nie był konieczny, tak źle ta ranka nie wyglądała. Co ja się będę rozwodzić, jaką pogawędkę ucięłam sobie z bardzo sympatycznym panem doktorem. To są Beskidy, wścieklizna tam co jakiś czas wykwita. Na wiosnę w którejś wsi padł szczeniak.

Z organizacyjnego punktu widzenia wyglądało to tak, że zwierzaka oglądała pani weterynarz w Piwnicznej. Jest to komplet czterech wizyt co pięć dni. Koszt wizyty tam - 30 zł; ostatnia tu w Warszawie wyszła trochę drożej, ale też zwierzak dostał dodatkowo jakieś leki na brzucho.

Ja natomiast musiałam jeździć aż do szpitala zakaźnego pod Nowym Sączem; szczepionka przeciw wściekliźnie polega na pięciu zastrzykach w ramię, co 3, 5, 7 i 14 dni (jeśli pamiętam). Ostatnie dwie też już mam w Warszawie, tu to prowadzi szpital zakaźny przy Wolskiej. To jakby ktoś był ciekaw, na czym to polega. Szczepionki wszystkie, łącznie z tężcem, są niemal bezbolesne. Ukłucie jest malutkie, a miejsca na ramieniu prawie się nie czuje, no, może minimalnie. Więc to już nie te czasy, gdy straszono bolesnymi zastrzykami w brzuch. Tylko to jeżdżenie było fatalne. Grunt, że mam spokój na pięć lat.

Jakoś to pogodziliśmy z wycieczkami. Zwiedziliśmy przy okazji Stary Sącz, a w Nowym uszczęśliwiliśmy dzieciarnię MacDonaldem. Ja tam bym jeszcze poplątała się po mieście, ale to w dorosłym towarzystwie, bo młodzież zbyt łatwo się nudzi. Kocie wizyty najłatwiej było załatwić po drodze na obiad w Piwnicznej. Jakoś to poszło.

Potem trzeba było tylko zastanowić się nad transportem nowego nabytku do Warszawy. I tak: nie uciekliśmy przed kupnem transportera. Tekturowe pudełko kot zbyt łatwo otwierał. Osiem godzin jazdy to za dużo w takich warunkach. Transporter kupiłam w gabinecie weterynaryjnym. Z kociego żarcia jedyne, co mogliśmy dostać dla małego, to był Whiskas Junior. Co by o Whiskasie nie mówić, raz, że tam na miejscu trudno dostać co innego, dwa, że akurat to szkrab w miarę dobrze trawił, a zagłodzony żołądeczek co chwila sprawiał mu kłopoty. Więc OK, był Whiskas. Jeszcze kuweta - tu w świeżo otwartym Tesco udało się za parę złotych dostać zwykłą plastikową miskę, taką niewielką, ale dość dużą, aby kociak stanął tam czterema łapkami, i trochę bentonitowego żwirku. Dobrze mieściła się pod nogami w samochodzie.

I tak dotarliśmy do domu. Powitały nas nasze koty. Ależ to było wrażenie, gdy je zobaczyliśmy! Olbrzymy jak pół tygrysa! Szczególnie Simka - klusia, ale też Rudy wydał nam się jakiś dobrze odżywiony. Zupełnie nie przypominał tego chudziny, który w deszcze i chłody przychodził do nas na balkon i miauczał, aby go wpuścić do środka. Takie wielkie obydwa! Na początku izolowałam malucha, zwłaszcza dokąd nie odbył ostatniej obserwacji u weta, ale teraz spokojnie puszczam go do dużych kotów. Daje sobie radę. Gorzej z nimi. Bez przerwy na nie poluje. To nie mały Amberek, którego Simka goniła z syczeniem. Włazi jej na głowę, z różnym skutkiem, bo kocica się nie daje. Rudy wręcz od niego ucieka. Nie do wiary.



poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Upał

Czekamy na burzę, a ta nie chce przyjść. W cieniu mieliśmy ponad 30 stopni. Koty znoszą to cierpliwie:



Chciałabym, aby wreszcie zagrzmiało. W wielu miejscach lało, grzmiało, grad nawet był. U nas tylko powiał wiatr i trochę się ochłodziło. Może dlatego Rudy w ogóle pokazał się, bo w ostatnich dniach wpadał tu ze dwa razy dziennie na miskę i znikał. Teraz okupuje pudełko:



Z drzwi balkonu widać tylko sterczące łapy. Ma zwierzak tę giętkość. Kiedy to było, gdy ja tak umiałam.

czwartek, 5 czerwca 2014

Turecki mnie nie pogryzie

Na stronie Festiwalu Twórczo Zakręconych napisałam, że choć większość instrukcji koronek pętelkowych jest po turecku, daję sobie radę. Zdjęcia są dobre, pozostaje cierpliwość i domyślność, jakoś sobie poradzę ze wzorami. Albo nauczę się tureckiego. Otóż dzisiaj przydreptał do mnie podręcznik.

Po kilkudziesięciu minutach pracy z nagraniami stwierdzam, że jestem na etapie niemowlęcym, mianowicie bawię się dźwiękiem. Powtarzam wyrazy, przyswajam sobie głoski, chłonę melodie. Co ciekawe, już w pierwszym rozdziale, poświęconym alfabetowi i fonetyce, znalazłam aż trzy dobrze mi znane słowa: iğne (igła) i çiçek (kwiat), oraz çok (dużo, bardzo). Jakiś znak, że to dla mnie?

Festiwal Twórczo Zakręconych

 O, taki właśnie jest.

*';[[[[[[[[[[[[[[[[[[[[[[[[ - a to pozdrowienia od Rudego, który właśnie z lirycznym "miauuuuu" przeszedł się po klawiaturze.

środa, 23 kwietnia 2014

Kocie wiadomości

Od czego tu zacząć po długiej przerwie... Od kotów.

Otóż Simka ma się nieźle, choć niestety po operacji mocno się roztyła. Dajemy karmę na odchudzanie, ale na razie bez efektów. Sytuacja ma się tak, że w domu już na dobre zainstalował się Rudy. I teraz Simka wpycha się jak czołg do jego miski z jedzeniem, a Rudy nie pogardzi dietetyczną strawą Simki. Kota rośnie w siłę, a Rudzielec jest chudzielec tak jak był.

Odwiedza nas jeszcze parę innych futrzaków z okolicy. To znaczy czasem wpadają na miseczkę żarełka. Jedne dzikie, inne do pogłaskania. W Dniu Kota, 17 lutego, mieliśmy na balkonie cały zlot. Pojawiły się chyba wszystkie, nawet w nocy zaobserwowałam jakiegoś czarnucha, który mignął i zniknął, i więcej go nie widziałam. A jakie śpiewy były! Potem pozostało już tylko wziąć wiadro, szczotę i posprzątać balkon.



środa, 29 maja 2013

Zdrowiej, kiciu

Moja kocica zaliczyła operację. Wymacałam jej na brzuszku guzek przy wieczornym głaskaniu i raz-dwa wyprawiłam na przegląd do weterynarza, a potem - niestety - na mastektomię. Wróciła do nas w miarę przytomna, ubrana w zielony kubraczek z mnóstwem wstążeczek. Oczywiście sens jest ten, żeby nie lizała rany. Koci język jest jak tarka. Efekt był jednak taki, że biedula wyglądała jak zielony baleronik, a łaziła jakby na łapach miała kalosze. To już za nami. Baleron poszedł do prania, kicia wygląda wspaniale, czyli cieszy się własnym futerkiem, może łazić i skakać gdzie chce, zwijać się w kłębuszki i wylizywać do woli. Sierść zaczyna odrastać, choć na razie bardziej przypomina w dotyku szczecinkę niż puszek. To przejdzie.

Nieprawdopodobne, jaki zrobił się z niej miziak. Nabrała chęci aby wpraszać się pod kocyk każdemu, kto układa się na drzemkę. Mruczy przecudownie. A poza tym dwa dni przed operacją zaskoczyła mnie: przyniosła z balkonu ptaszka. Biednego małego żółtodziobka, niestety już martwego. Żal mi było biedaka, co zrobić. Ale kicia była szczęśliwa, jakby zdobyła kocie szlify. Po prawdzie tak się właśnie stało. Trzy lata już u nas mieszka, i do tej pory jeszcze się jej takie łowy nie zdarzyły. Jakież "miaaaau" i "mrrrau" z siebie wydawała! I to jest kot, który na początku odważał się wyjść spod kanapy tylko kiedy wszyscy spali, a na ręce dał się wziąć dopiero po roku.

środa, 27 lutego 2013

Powrót kota

Mam taką małą radość: odnalazł się Syjamek, którego nie widziałam od połowy grudnia. Jeszcze przed mrozami wędrował po osiedlu z myszą w zębach, w obowiązkowej obróżce na szyi (chyba tym razem bez dzwonka). Dziwne to jest. On jest czyjś, chyba nawet wiem czyj, a włóczył się całymi dniami po okolicy, bywało że głodny. W pewnym momencie zrobił się bardzo nieufny. Nie dawał się głaskać, "przepływał" pod wyciągniętą ręką, aby go człowiek nie dotknął. Ktoś go skrzywdził? Kot nie powie. A potem długo go nie było, i uznałam, że spotkało go coś złego. A tu w zeszłym tygodniu pojawił się u mnie na balkonie. Tak po prostu. Zobaczyłam pod drzwiami coś ciemnego i skulonego, otworzyłam, a to był on. Elegancki, futro gęste, ogon imponujący, i bez obróżki na szyi! Czyżby ktoś inny go sobie wziął? Jeśli tak, to na zdrowie wyszła mu ta zmiana.

Teraz właśnie pojawił się już po raz trzeci. Siedzi w kuchni i je. Znam jego zwyczaje - zaraz pójdzie w świat. To kot z dystansem do ludzi, i to dużym. Ale lubię tego zwierzaka i cieszę się że wrócił.

Druga radość: nieoczekiwanie okazało się, że biorę udział w Giełdzie Minerałów w Pałacu Kultury. Do tej pory nie mogę uwierzyć. To oznacza, że cały weekend będę mieć zajęty od deski do deski, ale już się niecierpliwię i ciekawa jestem jak to będzie wyglądało. No i dorabiam bransoletki i inne drobiazgi, których zapasy ostatnio się skurczyły. 




A ten komplet już jest skończony, i nawet coś do niego przybyło. Na tym zdjęciu jeszcze w tzw. "półtuszach":


niedziela, 16 grudnia 2012

Finał kociej historii

No i już. Cztery koty znalazły ciepłe domy. Pani Maja zadziałała niezawodnie. Najpierw dwa białe kociaki pojechały razem na Ursynów. Pięknie, będzie im razem raźniej! Potem wyprawiliśmy do Otwocka Łatkę. Żal mi było wkładać do transporterka tę kicię, bo bardzo ją polubiłam. Wszystko odbyło się bardzo szybko, trzeba było jechać, ale jeszcze zdążyłam wziąć ją na ręce, pogłaskać i powiedzieć coś ciepłego na pożegnanie. Niech jej się dobrze wiedzie u nowych ludzi. Zasługuje na to.

Za kanapą został samotny czarny kociak. On do nowego domu jechał wczoraj. Nie obeszło się bez walki. Trzeba było założyć najgrubsze rękawice, bo kot okazał hart ciała i ducha. Były wrzaski, syki, gryzienie i drapanie, i wyrywanie się ze wszystkich sił. Wreszcie udało się, zapakowałam go do transporterka i zrobiło mi się go strasznie żal. Siedziało to takie małe i nieszczęśliwe. Podejrzewam, że w nowym miejscu jeszcze długo będzie się chował i trudno go będzie oswoić. Nawet nie udało mi się go pogłaskać.

Potem posprzątałam jego kryjówkę za kanapą - i w kanapie, bo przez szparę dostawał się do środka między koce. Koce poszły do prania, a na dodatek znalazłam kilka zabawek zawleczonych tam przez małego: sznurek od dziecięcej piżamki, kawałek szeleszczącej folii, jakiś kapselek, samochodzik, i pluszową myszkę wciśniętą w najgłębszy kąt. Do pacania czy do przytulania?

Nigdy się nie dowie, że ten potwór straszliwy, który go tak ganiał i złapał, naprawdę bardzo go lubi i trochę się o niego martwi.


środa, 12 grudnia 2012

Na poziomki. Łatka i jej kocięta.

-  Pan na szyszki?
- Nie, na grzyby.
- Teraz w styczniu lepiej na poziomki.

Nieśmiertelny Kabaret Dudek.

Ech, poziomki. Dookoła jest zimno i biało, a mi się poziomki zamarzyły. Małe, czerwone poziomeczki wśród zielonych liści. Albo borówki. Liście borówek są takie gładkie, błyszczące, żywozielone, aż się stęskniłam za tym widokiem. Pozostaje zrobić zieloną bransoletkę, ze sznurkiem brązowym jak opadłe gałązki i z koralikami czerwonymi całkiem jak ten leśny drobiazg. Będzie odmiana po poważnej biało-czarnej serii.




Koty poddają się nastrojowi. Wszystkie trzy sztuki zapadły w drzemkę: nasza kocica domowa, oraz tymczasowi mieszkańcy - śliczna, łagodna Łatka i czarniutki trzymiesięczny kociak Amberek. To była historia: Łatka od jakiegoś czasu zaczęła się pojawiać u mnie na balkonie, najpierw po prostu na miseczkę jedzenia, a potem już najwyraźniej po to, żeby mi się do domu wprowadzić z rodziną. Miała trójkę niedużych, rozbrykanych i dzikich kociąt. Niezbyt się chcieliśmy na to zgodzić, bo z doświadczenia wiedzieliśmy, że jak już się u nas zjawi kot, to na zawsze. No i jednego już mamy, a tu nagle całe cztery sztuki! Zgroza.

Tymczasem ochłodziło się i z prawie 10 stopni zrobił się mróz. Jak mi się poprzednio zdawało, że Łatka przychodzi do nas z któregoś z okolicznych podwórek i ma gdzie na noc wrócić, tak mi się zdawać przestało. Kicia noce spędzała na moim balkonie, w nieużywanej kuwecie Simki. Szybko zjawił się tam kocyk na podściółkę, a potem okazało się, że nie jestem na osiedlu sama. Kocia rodzina była dokarmiana nie tylko przeze mnie, ale i przez sąsiadkę z góry. Mąż sąsiadki zrobił zwierzakom ocieplany domek, który stanął pod podjazdem dla wózków. Ja z kolei przerobiłam koci transporter na drugi ocieplany domek i postawiłam na balkonie. Koty wprowadziły się tam natychmiast. A trzecia pani z osiedla błyskawicznie zajęła się sprawą adopcji zwierzaków.

Nie mogę się oswoić z używaniem słowa "adopcja" w odniesieniu do zwierząt. Zawsze nieodmiennie wiązało mi się z adoptowaniem dzieci. Jednak zdecydowanie uważam, że jeżeli człowiek przygarnia kota (czy psa) pod dach, musi być za niego odpowiedzialny. Kot to nie rzecz ani zabawka. Musi mieć ciepły kąt, jedzenie, opiekę weterynarza w chorobie, i ludzką przyjaźń. Na całe życie, na wiele lat. Żadne wakacje czy wyjazdy nie mogą skończyć się tym, że zwierzak ląduje nie wiadomo gdzie - na ulicy, w lesie, w schronisku. Bywa, że życie nam wytnie numer, choćby pojawi się silna alergia. Trzeba wtedy po prostu znaleźć zwierzakowi nowy dom.

Dwa białe kociaki (każdy z łatką na łebku i ciemnym ogonkiem) już są w nowym miejscu i najwyraźniej świetnie się tam czują. Zaś Łatka z czarnuszkiem w tej chwili po prostu jest u mnie. Oj, działo się, działo! Zagonić tego czarnego strachulca do domu to była niemożliwość. Wreszcie (a było prawie -10 na dworze) przyuważyłam Łatkę, jak spała z małym w pudle na balkonie, i po prostu wniosłam koty z całym pudłem do środka, zanim zdążyły wyskoczyć. Byłam brutalna, obróciłam je otworem do góry, jak zaczęły się szamotać. Mały zwiał za kanapę i tam urzęduje do tej pory. Chyba pomału zaczyna się przekonywać do ludzi, nadal jednak uważa nas zasadniczo za monstra dybiące na jego młode życie. Łatka za to wyleguje się za wszystkie czasy i mruczy. Czasem wyją na siebie z Simką, ale to tylko czasem. Dogadają się.

Już jutro Łatka jedzie do nowego domu (dzięki, pani Maju, jest z pani istna błyskawica!) Pusto będzie bez niej, ale niech się jej tam dobrze żyje! To prawdziwy kot do kochania.


wtorek, 27 listopada 2012

Pstrokato

Może to odreagowanie po stresującym tygodniu, może niedobór kolorów za oknem. Złote brzózki są coraz mniej złote, niestety! A dozorcy zgarniają na płachty i wywożą taczkami sterty brązowiejących listków z trawnika. Wpadła mi w ręce torebeczka pstrokatych szklanych koralików, i... już jej nie ma. Jest to:


A z farbowanych kordonków rosną kwiatki:


Ten jest pierwszy. Inne już się pchają na czółenko.

Koty pojawiają się w różnym zestawie kolorystycznym. Nasz domowy futrzak jest ciemnoszary (podobno to się nazywa "niebieski", więc całkiem przyjemnie). Kontrastuje z nią Rudy, rudo-biały. Ostatnio przychodzi też bardzo rozmruczana i rozmiauczana Łatka, czarno-biała. Czasem widuję trójkę jej kociąt, dwa białe a jedno czarne, ale to dzikusy. Syjam, płowo-czekoladowy, pojawia się dość rzadko. Na oknie kwitnie intensywnie różowy grudniak, lecz grudniak nie mruczy ani nie ma futerka. Musi być jakieś urozmaicenie w tę burą pogodę.