Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 sierpnia 2015

Wisła pokazuje dno

Dziwne to lato. Najpierw za zimne, potem za gorące, a już na pewno za suche. Wielkie upały wypędziły nas przed terminem z Beskidów i trwają nadal, choć teraz może mniej dokuczliwe, bo było już nie do zniesienia. Deszczu jak ni ma, tak ni ma. Podobno tu i ówdzie wyłączają prąd, zakłady stają, takie różne rzeczy się dzieją, a w Wiśle wody jest mało jak nigdy. Właśnie się zastanawiam, czy rekord z XVIII wieku to było 58 cm czy 52. Obecnie jest w każdym razie 55.

Wyprawiłam się z aparatem nad rzekę. Przeszłam suchą nogą po dnie - no jasne, że nie w poprzek, ale wzdłuż zaszłam dobrych kilkaset metrów. Wróciłam, bo trzeba było do domu, a nie dlatego, że dalej by się nie dało.


Ze ścieżki jeszcze nie widać zmian. Woda płynie szeroko, leniwie. Ktoś wiosłował w kajaku.


Można jednak bez problemu zejść koło tego umocnienia. Szary ślad wskazuje, dokąd zwykle sięga woda. Nierzadko zresztą przelewa się górą, ba, wielekroć zalana była ścieżka, a i do wału woda też potrafi dojść.



A to już jest rzadkość, żeby dało się tak łatwo przejść pod tymi drzewami. Zwykle ich korzenie toną w wodzie. Teraz już mogę każdemu pokazać, jakiej głębokości wody mogą się spodziewać przy samym brzegu: dobre trzy metry poniżej poziomu ścieżki.



Zamiast wielkiej, płynącej wody, w tym miejscu mamy muliste bajorka, w których śmigają stada drobnych rybek. Nad powierzchnię wystają kłody i kamienie, na których odpoczywają kaczki.



Te szczątki łódek przeleżały wiele lat na dnie.




Reszta znalezisk jest drobniejszego sortu: kamienie-otoczaki różnej wielkości, butelki (niestety), i mnóstwo małży wielkich niemal jak dłoń.



 W pewnym miejscu pełno jest cegieł. Nie wiem, skąd się ich tyle wzięło, co tam zostało rozebrane, a może samo się rozpadło, ani ile lat te cegły mają. Niektóre są oznaczone napisami. Nie znam się na tym, ale pewnie to symbole cegielń.


Od niecodziennej strony można popatrzeć na rury, którymi woda z błotem pompowana jest do piaskarni...


Nieopodal ktoś się rozłożył z leżakiem, wędką i jakimś stelażem. W sumie słusznie. Pogoda jak drut, nic tylko moczyć kija i się opalać.



A dookoła bajora, bajora...


Nawet niemal pośrodku wody pokazują się wystające kamienie albo pnie drzew. Chętnie korzystają z nich ptaki.


Wracałam przez nadrzeczne łęgi. Tak tam ciepło, jasno, aż za jasno. Drzewa gubią liście, choć to jeszcze nie jesień. Ziemia jest przysypana.


To nie droga, to koryto odpływu wody z piaskarni. Zwykle w tym miejscu nie do przejścia.


I na słoneczny koniec - nawłoć. Wiele lat nie wiedziałam, że ten chwast kwitnący całymi łanami tak się nazywa. A na dodatek, że niektórzy nazywają go - całkiem mylnie - mimozą, i o tych właśnie kwiatach śpiewał Niemen: "Mimozami jesień się zaczyna"...

czwartek, 22 maja 2014

Woda opada

Ubyło już chyba półtora metra od wczoraj. Ta tablica jest niezłym wodowskazem.

wczoraj:


i dziś


Roślinność wyglądająca spod wody jest zszarzała od błota:


W piaskarni też bardziej sucho się robi, ale jeszcze dłuższy czas nie będę miała ochoty na babranie się w piasku. Po powodzi zawsze jest pokryty paskudztwami, co widać:



Zresztą, jaka powódź. Już ładnych parę razy widzieliśmy pod wałem tyle wody, choć zwykle jakoś na przedwiośniu, po topnieniu śniegów. Cztery lata temu było z lekka przerażająco. Na szczęście upiekło się nam. A teraz to chyba tylko politycy mają okazję, aby wypinać pierś po ordery i kazać się wojsku wozić po rzece motorówką. Jak zostanę królem, też każę się tak wozić.

środa, 21 maja 2014

Rozgwiazdy nad rozlewiskiem

Powtórzyłam wzór sprzed roku i zrobiłam kilka rozgwiazd. Projekt był mojego dziecka - i kształt, i zasadnicze kolory. A jakie? A tęczowe. Osiem macek, każda inna. Tak ma być, bo to jest kolorowe, błyszczące, wesołe i podoba się. Jest to tęcza antyideologiczna, dezerterująca ze sztandarów, pchająca się w łapki dzieci, które ją lubią tak po prostu.


 *  To pordzewiałe żelastwo to szlaban, na którym ktoś najwyraźniej sprawdzał siłę mięśni. Przyznaję, że miał czym się pochwalić. Ale na co było stawiać szlaban w tym akurat miejscu, chyba już się nie dowiem.

A że zdjęcia robiłam na spacerze, same wepchały się w obiektyw rozlewiska Wisły. Dziś fala kulminacyjna, siedem metrów. Prawie o metr mniej, niż w 2010, kiedy było naprawdę nieciekawie. Tak że bez wielkich nerwów ludziska spacerują sobie wałami, policja ich nie goni, szkoda tylko zwierząt, które musiały jakoś uciec z nadrzecznych zarośli, a w sumie nie miały jak. Wczoraj wieczorem ktoś z sąsiadów widział lochę z malutkimi warchlaczkami, jak miotała się przerażona - łęgi całe zalane, a po wale chodził tłum. Zaraz były okrzyki: "Ooo, zwierzaki!" - trzeba chyba nie mieć wyobraźni... Po drugiej stronie wału są płoty osiedli. Nie wiem, jak sobie biedna świnia poradziła.

Ścieżka przyrodnicza w każdym razie wygląda tak:



A to lokalna Sahara, czyli piaskarnia. Tam niedawno robiłam zdjęcia marynarskich bransoletek. Gdzieś w tej brei.




piątek, 15 lutego 2013

Na Ciuchowisko!

No to mam nieoczekiwany plan. Jadę z moim Kramikiem, Kuferkiem i wszystkimi błyskotkami na Ciuchowisko, już jutro na Smolną. Zanosi się na wielkie gmeranie w stertach ciuchów, gdzie każdy może przynieść to co mu zalega w szafach jak wyrzut sumienia, i wybrać sobie coś, co zalegało komuś innemu. No i będzie paru rękodzielników, w tym całkiem niespodziewanie ja.


Czy już kiedyś wspominałam, że czasami czuję się jak smoczyca na stercie skarbów?

sobota, 10 listopada 2012

Na zakupach

Musiałam odwiedzić halę przy Marywilskiej. Tam są dwa sklepy koralikowe, z których jeden lubię bardziej a drugi mniej, ale w tym drugim są oksydowane elementy, a w pierwszym nie. Wyprawa w sobotę to błąd. Kolejka do bankomatu stoi jak niegdyś za mięsem. Zastanawiam się, w ilu pawilonach można płacić kartą, bo tam gdzie ja kupuję niestety nie. I w ogóle tłok i ludzie przepychają się we wszystkie strony. Jakieś dziecko koło mnie zapytało: "mamusiu, a dlaczego tu jest choinka?" I nie wiem, co mu mama odpowiedziała, bo sama się zastanawiam co ten świecący druciak tam robił.

Poprzednio wybrałam się tam w tygodniu z rana. Całkiem inaczej się chodzi. Luz, kupujących jak na lekarstwo, sprzedawcy czasem drzemią w kącie. Idę wtedy dalej, po co budzić człowieka. Wietnamczycy nieraz przychodzą do swoich budek z rodzinami - gdy oboje rodzice pracują, maluchy drepczą sobie między stoiskami albo robią "porządki" w towarach. Akurat tego dnia panowało ożywienie. Przed kanciapą administracji kłębił się tłum rozmaitej narodowości, a ci co pozostali na posterunkach dyskutowali niezrozumiale lecz z energią. W potoku wietnamskiej mowy często-gęsto padało polskie soczyste "k..wa mać". Podobno poszło o to, że dyrekcja chce zakazać handlu w niedzielę...

Ale zadowolona jestem. Mam kilka rzemiennych baz do naszyjników, sznurek w trzech kolorach, różne takie etykietki, oraz trochę zapięć. Wystarczy na jakiś czas.

wtorek, 16 października 2012

Plotki z Żerania

Przyszło mi dziś przesiąść się do autobusu przy Żeraniu FSO. Uprzedzam wszystkich inwalidów i matki z dziećmi w wózkach, że nie mają czego tam szukać. Ani metra podjazdu, a w przejściu podziemnym zieją głębokie, nieprzykryte odpływy na deszczówkę. Złomiarz zadziałał? Ktoś litościwie podrzucił tam jakieś dechy, które może w połowie je zasłaniają. Błagam, ostrzeżcie niewidomych. Ech, stolica.

Na chwilę wracam do frywolitek. Czarny kordonek plus koraliki: czerwone, błękitne z połyskiem. Różne czółenka miałam w rękach. Pierwsze było metalowe z haczykiem, przywiezione dawno temu ze Stanów. Moje pierwsze, z czasów, kiedy o frywolitce nie miałam pojęcia. Potem dostałam parę pękatych czółenek z firmy samego pana Jana S., czyli Same Wiecie Kogo. Było czółenko z szydełkiem. Było czółenko z wygiętym dzióbkiem. A teraz całkowicie się przestawiłam na najtańsze plastikowe czółenka, bez żadnych szydełek, obracających się szpulek i innych wynalazków. Spiłowałam nadlewki na brzegach, po czym dokupiłam sobie drugą porcję, i stwierdzam, że są świetne. Kieszeń nie boli, mogę od razu mieć ich z dziesięć, a fantastycznie leżą w ręce i - o dziwo - całkiem sporo nici się na nich mieści. Na każdym inny kolor kordonka! Czasem lepsze jest wrogiem dobrego, a najprostsze wygrywa.