Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Haft krzyżykowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Haft krzyżykowy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Koronkowe zaległości

Ruszyłam koronki. Trochę znienacka, bo sądziłam, że mi się nie uda. Całą jesień i zimę pracowałam nad Tęczowymi Kocykami i czapeczkami. Zmobilizowałam się też i dokończyłam dwa kwadraciki na akcję poduszkową z Elbląga, które nareszcie mogłam wysłać Tam Gdzie Trzeba.



A teraz wreszcie przywróciłam do łask serwetkę, która leżała w kącie bardzo długo, i pomalutku ją kończę. 


Jest jeszcze jeden plan, i nawet kawałek zrobiłam, ale nie podoba mi się. Zdaje się, że jak skończę z tą serwetką, zrobię ten środkowy kawałek na nowo, inaczej odmierzając oczka między długimi pętelkami. A potem... oby poszło tak jak zamierzam. Trochę się obawiam, bo to kolejny eksperyment. Gdybym tak robiła to na pewniaka, ale niestety nie. 


I obym wyrobiła się w terminie, bo wcale nie mam dużo czasu.

niedziela, 28 lutego 2016

O pewnym ufoku

Niech mi ktoś powie, jak to jest, że pracując na pełen etat z nadgodzinami kończyłam haftowane obrazki w 3-4 miesiące, a teraz zdarzają mi się egzemplarze niewiele większe, które zalegają na tamborkach nie wiadomo ile? Może to jest tak, że dziennie można sobie porobótkować nie więcej niż... i jeśli ta ilość sił do pracy rozejdzie się na inne prace i techniki, haft leży odłogiem? No bo leżał. Tak właśnie. Dwadzieścia miesięcy temu skończyłam takie trzy wieczne hafty jeszcze dawniejsze, na tamborek rzuciłam "Zimową rzekę" (Coricamo), zrobiłam pierwszy kawałek...

1.07.2014
I drugi...

1.08.2014
W listopadzie było już tak:

2.11.2014
I tu się sprawa urywa. Były jakieś koronki, serwetka haftem liczonym, biżuteria, cuda-wianki, ale o zimowym obrazku ani wzmianki, aż do grudnia ubiegłego roku. Odkurzyłam biedaka po prostu. Odnalazłam wzór i muliny, i jakoś to idzie:


27.12.2015
22.01.2016
 A teraz, hura - jestem w drugiej połowie wzoru. Skończyłam wodę. Potem będzie dużo, dużo śniegu, a potem jeszcze więcej drzew. Miałabym szansę zrobić to w miesiąc - półtora, ale prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, jak długo jeszcze to potrwa.

28.02.2016

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Zamiast planów noworocznych

... przydałby się raczej robótkowy rachunek sumienia. Mam tyle prac rozpoczętych a nieskończonych, i tyle dawnych planów, które nie doczekały się realizacji, że to mi wystarczy za wszystkie ambitne zamiary. Połatać dziury. Pozszywać rozprute szwy. Skrócić spodnie. Zrobić te cho... no, te piękne mitenki. Skończyć obrazek z zimą, i drugi z piłkarzami. Sfinalizować projekt z pętelkową serwetką.

I tak: mitenki znów odłożone, mam nadzieję, że tym razem na krótko. Problem jest taki, że chyba obie muszę trochę skrócić. Dalej już powinno pójść szybko.

Obrazek zimowy: ciągnę. Chwilowo odłożyłam, ale zbliżam się do połowy (nareszcie, po półtora roku roboty).



Ruszyłam zaległą serwetkę. Nie, nie tą, którą dociągnęłam do trudnego miejsca i odłożyłam, bo mi krzywo wyszło. Taktaktak, tamta też wreszcie doczeka się finiszu. Ta jest inna, nie z książki, a w każdym razie nie do końca. Mam wobec niej plany. Na razie tyle jest:


Wielka nie będzie, zaraz zrobię brzeg. A skoro już robiłam różne próby szydełkowe, pstryknęłam dla porównania tę obecną serwetunię z szydełkową. Nić jest ta sama, Ada 30:


No dobrze. To podsumowując, mam na karku całą kolejkę rzeczy do zrobienia:

  • kilka mniejszych i większych napraw,
  • chusta na drutach,
  • mitsy,
  • obrazek z piłkarzykami,
  • obrazek zimowy,
  • niedokończona serwetka według Dickson,
  • obecna serwetka i parę spraw z nią związanych,
  • i dość pilnie kilka bransoletek.
A chciałoby się trochę więcej. Na półce czeka jeszcze kilka zestawów do wyszycia, plus dwa takie, do których sama zgromadziłam muliny mając wzór z czasopisma. Marzę o tym, żeby powyszywać trochę kwadratów dla dzieci. Nawet fajny album z wzorami znalazłam dzisiaj, projektantka nazywa się Durene Jones. Chciałabym pobawić się tą grubą wełną z Coricamo. Jedna rzecz - ciepła czapka na drutach. Druga - coś konkretnego tkanego igłą, bo to żal poprzestać na wprawkach. Chciałabym pobawić się knookingiem, model już mam upatrzony. I jeszcze haft czarny. I koronka klockowa. I inne takie. Cóż to jednak znaczy wobec milczenia mojej flotylli UFO.

wtorek, 29 grudnia 2015

Parę słów o zestawach do haftu

Tak się kiedyś złożyło, że natrafiłam na akcję "Kołderek za jeden uśmiech".  Wtedy miałam na koncie sporo szydełkowych serwetek i pierwsze prace czółenkowe, a haft krzyżykowy mnie nie pociągał zupełnie. Czego jednak nie robi się dla dzieci... Po kilku kwadracikach przeszperałam różne czasopisma i sieć, bo zechciałam zrobić jakiś haft dla siebie. Powstał na przykład obrazek kotka w oknie, o ile pamiętam z "Kramu z robótkami", haftowany muliną DMC:


Pięknie dopracowany schemat, kolory bez zarzutu.

Dalej trafiłam na stronę Coricamo, którą przeszukałam bardzo dokładnie. Korciły mnie górskie widoki. Nigdy nie miałam obrazów w domu, a tu mogłabym zrobić swój własny, hmm... Z masy wzorów wybrałam kilka, a potem, hi hi, jeszcze kilka. Kupowałam różnie: sam schemat, firmowy zestaw z muliną Madeira, schemat plus zestaw Ariadny. Były to głównie pejzaże: trochę gór, trochę lasów, pory roku. Ludzie mówili mi różnie: "popatrzysz sobie jeszcze, powyszywasz, to ci się gust zmieni, inni robią bardziej wysmakowane wzory". No i... parę lat minęło, a mnie się odmienić nie chce. Obrazki z Tatr i Beskidów trzymają się nieźle. Cudze góry to są cudze góry, nie nasze. I tak na pierwszy ogień poszło "Lato w Wiśle":


Tu nastąpiło wielkie "ups". Mianowicie zamówiłam schemat z zestawem mulin Ariadny (jeszcze tej starej). Wyszyłam kawałek, potem jeszcze kawałek, a potem pomyślałam sobie, że nie chcę, aby trawa była zżółkła, ziemia zgniłozielona, góry niebieskie jak niezapominajki, a chmury w dwóch odcieniach zamiast w trzech. Tego nie było na załączonym obrazku! Z którejkolwiek strony bym nie obejrzała moich mulin, nic a nic nie przypominały kolorów na wydruku! Wsypałam cały ten zestaw do ogólnego pudła z muliną, po czym je przeszperałam gruntownie i dobrałam własne kolory. Czego brakowało, uzupełniłam w pasmanterii. A więc da się uzyskać niezły efekt, tylko trzeba pokombinować samemu.

Takiego problemu nie miałam przy obrazku kota syberyjskiego. Miałam gotowy wzór, do tego wzięłam muliny DMC, i niemalże nie mam się do czego przyczepić:

Szary kolor jest stopniowany jak należy, kolory oczek też ładne. Jedyny wyjątek to kolor biały i najjaśniejszy szary, które niemal się zlewają i pyszczek wychodzi mało plastyczny. Chyba też tło na wydruku wpadało w lekki róż, ale mnie to nie przeszkadza.

Haftowałam też kilka schematów z kompletem mulin Madeiry, bo spodziewałam  się, że firmowe zestawy powinny być bez zarzutu.  Było z tym różnie. W części przypadków nie było się do czego przyczepić...


W "Czarze jesieni" mogli dać trochę większy kontrast barw w krzaczkach nad wodą po lewej, ale w sumie bardzo ładnie wyszedł.

Więcej problemów było z jesiennym pejzażem z mostkiem, gdzie inaczej dobrałabym niebo i wszystkie odcienie gór. Efekt wyszedł taki, że góry zlewają się z niebem, a nie powinny. Natomiast w zimowym obrazku zgrzytają mi fioletowe koleiny w śniegu. To miał być znacznie bardziej stonowany kolor. Czepiam się, wiem.


Natomiast "Górska dolina" jest moim zdaniem niedopracowana. Tu problemów był cały szereg: sama zmieniłam kolejność odcieni niebieskiego w wodzie i na górach, bo najjaśniejszy był ciemniejszy od średniego. Trawa wyszła bardziej żółta niż na obrazku, dalekie góry zamiast szare zrobiły się beżowe, tak samo kamienie. Na dodatek nie było stopniowania szarości: dwa czy trzy odcienie bardzo podobne do siebie, a potem nagle skok do bardzo ciemnego. W ten sposób dalsze górskie szczyty, które miały być plastyczne i całe pożłobione, wyszły jakieś takie niezdecydowane, do tego pokryte różowym śniegiem. Nie uwierzę, że w bogatej palecie Madeiry nie ma czystych szarości i naprawdę śnieżnej bieli.

Uparłam się mimo wszystko, że ten obrazek skończę tak jak jest. Drugim razem sięgnęłabym znowu po Ariadnę i zrobiła po swojemu.


A teraz wyszywam "Zimową rzekę", i znowu jest ten sam problem ze śniegiem. Dlaczego na obrazku jest on biały i czysto szary, a beż jest zarezerwowany dla dalekich zarośli? Dlaczego w praktyce właśnie śnieg wychodzi beżowy? Przecież potrafi być wręcz niebieskawy, kiedy odbija się w nim błękit nieba. Brązy też są słabo stopniowane: głęboka czekolada, potem coś takiego ciemnego z odcieniem zielonym (skąd ta zieleń?), a później już ciemny beż i jasny beż. Najjaśniejszy odcień beżu zresztą nie odbiega od beżowego śniegu. Przy okazji traci się kontrast z rzeką, która właśnie miała być taka brązowo-żółtawa, w odróżnieniu od bieli i szarości ośnieżonych brzegów. Nie wychodzi źle ten obrazek, ale mogło być lepiej.


Nie chce mi się snuć przypuszczeń, skąd się to bierze. Kocham te pejzaże, ale warto się poświęcić i dobrać muliny samemu.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Poświąteczna zmiana tematu

Ano właśnie. Narobiłam się pętelek. Narobiłam się szydełkiem. Wreszcie narobiłam się koralikowej biżuterii, i pewnie o tym coś będzie, ale nie dziś. W planach mam znowu pętelki i pomalutku układam sobie w głowie co i jak, bo przede mną jest pewien projekt. Przemyślałam jednak sprawę i postanowiłam, że odkopię tamborek z haftem. Zimowa rzeka wraca do łask.

Wczoraj miałam już tyle:


Dzisiaj tyle:


Chciałabym wreszcie to skończyć, bo ile można. Zaczęłam półtora roku temu. Chyba będę robić na zmianę pętelki i ten obrazek, i wreszcie się uda.

środa, 30 września 2015

Wymianka letnia - kwiaty i motyle

Zaraz po wymiance wielkanocnej na ulubionym forum towarzystwo zarządziło wymiankę letnią. Temat przewodni - kwiaty i motyle. Czasu było dość, aż do końca wakacji. I było mnóstwo kwiatów i mnóstwo motyli, tylko, hm... do mnie jakoś te kwiaty i motyle nie chciały przylecieć. Do głowy, znaczy. Co wpadałam na pomysł, to go odrzucałam, że płaski, wtórny, nie do zrobienia, nieciekawy, w złych kolorach i w ogóle. Albo za odważny, i czy ja sobie dam z tym radę. Pomalutku coś tam dłubałam, ale koniec sierpnia się zbliżał, a ja miałam zrobioną jedną rzecz czy dwie, patrzyłam, jakie cuda przesyłają sobie koleżanki, i zamiast się mobilizować, traciłam ducha. Nawet trochę mnie pocieszyło, że prezencik dla mnie przyleciał po terminie. Przynajmniej nie byłam sama z problemem!

Dostałam cudeńka. Monika - Rachelka robi przepiękne kanzashi, już pomijając liczne hafty i frywolitki, tudzież trójwymiarowe i realistyczne koralikowe kwiaty, których zrobiła bardzo wiele.







 Zostałam obsypana kwiatami... Dziękuję!

Ja tymczasem łaziłam, kombinowałam, co zrobiłam jakiś detal, to mi się nie podobał. Skończyłam i oprawiłam pierwszy w życiu naszyjnik z pętelkowym kwiatem, a potem pomyślałam, że kolory są dosyć szalone. Próbowałam jeszcze zmierzyć się z charakterystycznym wachlarzykiem "efe", ale do tej pory mam może połowę zrobioną. Pomyślałam, że jednak biżuteria z grubego sznurka się nada, tylko moje koraliki niezbyt składały się w letni zestaw. Różowy pchał mi się do rąk, ale są osoby, które różu nie cierpią, więc szukałam dalej. Natknęłam się na wzory haftu czarnego w "Twórczych Inspiracjach" i wykorzystałam je natychmiast. Wyszła z tego pierwsza moja zakładka i pierwsze biscornu. Zrobiłam szydełkowy pojemniczek na naszyjnik, tak bardzo spodobały mi się wzory wygrzebane w sieci. I jeszcze jakiś drobiazg.  Tak to trwało, o wiele za długo.

Wysłałam wreszcie i bardzo się cieszę, że dotarło. Oby było użyteczne. 





 



piątek, 21 listopada 2014

Robótki zakoconej

Przez te kociaki jestem niewyspana, zdezorganizowana i różne rzeczy idą w poprzek, ale coś tam się pomalutku robi. Pierwsza rzecz i konieczna to był pokrowiec na termofor. Teraz mam termofor własny, ale przez dobry tydzień używałam pożyczonego od sąsiada. Wreszcie mogłam go odłożyć na bok i wyprać pokrowiec, poplamiony przez koty ze wszystkich stron. Cóż, źle oceniłam tkaninę. Wrzuciłam w 60 stopni i się skurczyła. Bardzo. Pozostało zrobić nowy worek z flanelki. Przecież nie oddam wybrakowanego termofora. Szyłam w ręce, ale sprawnie poszło. Przydały się wskazówki z kursu kota-klamkowca.


A poza tym czasem coś tam się dzióbnie. Tu krzyżyk, tam krzyżyk, parę pętelek w autobusie czy w metrze, i jakoś to idzie do przodu. Trzy prace na przemian: dwa hafty i chustka obrębiana pętelkami. Niewiele przybywa, ale dobre i to.


środa, 30 lipca 2014

Nowa zabawa - "Pokaż plecy"

Trafiłam na zabawę na blogu Made by Ela - "Pokaż plecy".

Wygląda na to, że "siłom i godnościom" zmogłam problem wklejenia banera zabawy na blog, z czego jestem niezmiernie dumna. Tyle gadżetów jest w Blogerze, ale jak czegoś naprawdę potrzeba, to trzeba się bawić w Sherlocka Holmesa.

Idea jest taka, że każdy z uczestników chwali się tyłem swojego obecnego haftu. OK, plecki mojej "Zimowej rzeki" przedstawiają się tak:


Bałagan chyba w normie, przy tej ilości kolorów trochę ogonów siłą rzeczy musi być.

wtorek, 1 lipca 2014

Nowy haft

Umarł król, niech żyje król! - mogłabym powiedzieć. Puste tamborki w domu? Sytuacja niedopuszczalna. W związku z tym ogłaszam, że wyciągnęłam na światło dzienne muliny tudzież schemat z gazetki do "Zimowej rzeki", i to jest tamborek nr 1:


Na drugim siedzi kwadracik na poduszki-celinki. Na razie bez zdjęcia.

A Blogger jest brzydki i Picasa paskudna, bo uparły się, że będą mi robić korektę barw na zdjęciach! I nagle białe płótno na tamborku zrobiło się żarówiasto-ultrafioletowe, koszmar! Nie wiem, w co mam kliknąć, żeby przemówić Googlowi do rozsądku. To moje zdjęcia i moje kolory, i wara od nich bezmózgim automatom.

sobota, 28 czerwca 2014

Akcja UFO zakończona

To się nazywa Un-Finished Object, w skrócie UFO: prace rozpoczęte, nieskończone, zalegające gdzieś po pudełkach czy szafkach, a czasem całkiem bezczelnie gdzieś na wierzchu porastające kurzem. Dziś uroczyście wyprałam, wysuszyłam i wyprasowałam ostatniego ufoka z najnowszej serii.

Historia była taka, że po skończeniu poprzedniego haftu wzięłam na tamborek kotka przy dzbanie. Pomyślałam, że skoro dzieci lubią koty, to mojej dwójce ten obrazek się spodoba. I tu się przekonałam, że za mało cenię moje dzieci. Ich fantazja była większa. Natychmiast dokonały przeglądu pozostałych zestawów do haftu, i jedno wybrało sobie kota syberyjskiego, a drugie górską dolinę. Tak dorobiłam się trzech dobrze zagospodarowanych tamborków, trzech arkuszy kanwy i trzech zestawów mulin. Wyszły z czeluści szafy na światło dzienne, i... tak tam zostały. Na długo.

Zajęta non-stop koralikami, nie miałam czasu ani fantazji na haft. Czasem dzióbnęłam trochę tego, czasem trochę tamtego. Bukiet kwiatów w dzbanie, pod którym siedział kotek, haftował się dość opornie, nitki się plątały, i tak to utknęło. Dopiero gdzieś tak ostatniej jesieni czy zimy, po pewnym odpoczynku od koralików, przywróciłam tamborki do łask. Przykurzyły się, przybrudziły odrobinę. Czas leci. Pierwszym razem wspominałam o nich na Kuferku w lutym 2012 roku!

Pierwszy zlazł z tamborka kot syberyjski:

 

Drugi - kotek przy dzbanie:


 I wreszcie tydzień temu postawiłam ostatni krzyżyk w górskiej dolinie.  Postanowiłam jednak, że upiorę ją dopiero po warsztatach hafciarskich w szkole. Chciałam pokazać dzieciom, jak wygląda haft podczas pracy: siatka wyrysowana spieralnym flamastrem, cyferki, tamborek. Zresztą pokazałam im o wiele więcej, podobno podobało się. Wyhaftowali pierwsze serduszka na kartki na dzień taty. Zobaczymy po wakacjach, czy to był tylko chwilowy zapał, czy będą wracać do tematu.

Dziś wreszcie dolina nadaje się do pokazania ludziom, i do oprawy: 


Prawdę rzekłszy, gdybym miała jeszcze raz ją haftować, sama dobrałabym muliny Ariadny, i może lepiej by to wyszło. Niby miałam oryginalny zestaw, muliny Madeiry, ale były tam ze trzy pary kolorów, które miały być stopniowane, a naprawdę niewiele różniły się między sobą. Góry powinny być bardziej plastyczne, śnieg w cieniu wolałabym szary niż beżowy... Jednak i tak się cieszę.

piątek, 25 kwietnia 2014

Serwetka z zaskoczenia

Tak się złożyło, że wraz z numerem "Twórczych Inspiracji" dostałam upominek - serwetkę do wyhaftowania. A że inna niż to co robiłam do tej pory, nie ma zmiłuj - musiałam przetestować.


Krzyżykami haftowałam już od dawna i niejeden obrazek mam na koncie. Nowość polega na tym, że ta serwetka jest z porządnej obrusowej tkaniny, bardzo mięsistej i przyjemnej, ale o niepoliczalnym splocie. Na takim tle nadrukowane są kolorowe krzyżyki, do tego schemat drukowany i nitki. A więc mała recenzja - sami się prosili, hi hi.

Zaczynam od minusów:

  • Haft krzyżykowy na tkaninie o niepoliczalnym splocie nie jest łatwy. Trzeba samemu znaleźć Jedynie Słuszne Miejsce wkłucia igły. Ułatwiają to krzyżyki nadrukowane na tkaninie. Szkopuł w tym, że nie są ze sobą połączone, czyli sama muszę wypatrzyć przedłużenia ramionek, lub środek białego pola między krzyżykami. Najtrudniej jest w miejscach, gdzie krzyżyki są pastelowe - słabo odróżniają się od tła. 
  • Początek haftu wypadał na samym brzegu tkaniny. Nie mogłam posłużyć się tamborkiem, haftowałam w ręce, ale po prostu nie umiem trzymać materiału. Nie szło mi okrutnie, a haft w tym miejscu wyszedł wymęczony i niezbyt równy. 
A teraz plusy:

  • No popatrzcie, jak to fajnie wygląda. Haft wyrasta wprost z materiału! Żadnych dziurek, sitka, z grubsza ciosanej faktury. Elegancja!
  • Rada była taka, żeby haftować dwiema nitkami, choć krzyżyki są stosunkowo duże - wydaje mi się, że grubsze od Aidy 14. Haft wychodzi nieco przezroczysty, delikatny, i to ma swój urok. 
  • Poza tym przy podwójnej nitce można zacząć haft od mojej ulubionej sztuczki, czyli przewleczenia nici przez początkową pętelkę - żadnego pracowitego łapania wystającego ogonka pod beleczkami po lewej stronie.


Zastanawiam się, czy miałoby sens, aby te miejsca wkłucia zaznaczać w druku małą kropeczką w kolorze nici, czy nic nie ruszać, i niech to będzie wyzwanie dla cierpliwych. A swoją drogą, jak to by było pięknie mieć od kogo nauczyć się haftowania w ręce. No nie mam, nie mam, i uzależniona jestem od tamborka.