sobota, 17 stycznia 2015

Zabawa w farbowanie

Tak się złożyło, że potrzebowałam kordonka w różnych kolorach, znacznie weselszych niż te, które miałam. Wiosna, lato - z czym się to może kojarzyć? Z soczystą zielenią jasną i ciemną, błękitnym niebem, pomarańczowo-brzoskwiniowym zachodem słońca, żółtymi wiosennymi kwiatami, turkusowo-zielono-błękitnym morzem, i z mnóstwem innych przyjemnych rzeczy. Przejrzałam swoje zapasy i znalazłam: granat, kobalt, bordo średnie i ciemne, ostrą czerwień, smętną ciemną zieleń, do tego pudrowy róż (żeby nie powiedzieć gaciowy). Trochę to za poważne.

Z drugiej strony na dnie szuflady od dawna trzymam torebeczkę z mnóstwem barwników do tkanin, a w innym kącie pudełko białej Ady 15. Kupiłam na zapas, i wreszcie przyszła na nie kolej. Owszem, było napoczęte już dawniej. Zrobiłam kiedyś kilka motków farbowanych nici, zafascynowana instrukcją na blogu Okiem Gackowej:


Wyszło z tego trochę frywolitek:




Teraz powtórzyłam eksperyment. Z kuchni zrobiła się istna jaskinia wiedźmy. Parujący garnek na gazie, mnóstwo szklanek i filiżanek z podejrzanymi substancjami (...eee, każda z innym kolorkiem).  Walające się kawałki ręcznika kuchennego. Zwoje folii. Piekło przeniosło się do łazienki, gdzie kolejne motki płukały się w kilku miskach. Śmierdziało octem. Potem całe to dobro suszyło się na kaloryferze, a w zlewie piętrzyły się upaćkane filiżanki. Nie było gdzie ich odkładać po zmyciu, część musiała obeschnąć na blacie przy zlewie. Tak, tak, droga Perfekcyjna Pani Domu: jeżeli jest Pani zwolenniczką natychmiastowego wycierania i chowania do szafek umytych naczyń, serdecznie zapraszam!






Były dwie albo trzy sesje tego farbowania. Nie powiem, jestem całkiem zadowolona z wyników. Tam, gdzie było dziesięć białych motków, mam teraz wszystkie kolory tęczy i jeszcze trochę. Część jest jednokolorowa, część mieszana. Nie wytrzymałam, narobiłam już z tego koronkowej drobnicy: 


W końcu zawzięłam się i porobiłam próbki każdego koloru (a mam ich koło dwudziestu), co więcej, z każdej nici wyszydełkowałam malutki wachlarzyk i przyczepiłam do torebeczki, żeby widzieć, jaki kolor wychodzi naprawdę. To nie żart, większość farbek całkiem ładnie przypomina to co jest na opakowaniu, niektóre jednak bardzo odbiegają od opisu. Kolor pistacjowy okazał się bladym turkusem. Pomarańczowy w ogóle nie przypomina pomarańczowego. Złoty bynajmniej nie jest metalizowany. Dobrze jest mieć jakiś wzór. A przy okazji wypraktykowałam, że śliczna wiosenna zieleń wychodzi, gdy zmieszać właśnie ten pistacjowy z odpowiednią ilością żółtego, natomiast fantastyczne soczyste zielenie udały mi się, gdy umalowałam zwój nici zielenią, ciemną zielenią i szafirem (który był raczej zielononiebieski niż szafirowy), i wszystko to poprawiłam żółtym.

Jeszcze jedno: nie jest łatwo w taki sposób uzyskać równe farbowanie. Nie gotowałam przecież nici w roztworze barwnika, boby mi garnków nie starczyło. Potem zresztą nie domyłabym ich wszystkich i umarłabym z głodu, bądź pochorowała się od skażonego jedzenia. Farbki nie zawsze równo się rozpuszczają. Bywają grudki, poza tym w jednym miejscu pędzel chlapnie mocniej, w innym słabiej. Zrobiłam rzecz idiotyczną: brałam te zwoje nici i miętosiłam w garści, aż uznałam, że barwnik dotarł we wszystkie zakamarki. Jak potem wyglądały moje ręce, wstyd pomyśleć. Następnym razem zaopatrzę się w gumowe rękawiczki. Słowo.

czwartek, 8 stycznia 2015

Słowik

Mam zakocony balkon. Zwierzaki mogą się tu swobodnie dostać i nieraz je widzę, jak sobie wędrują, albo wręcz siadają pod drzwiami i czekają. Nawet wśród tych dzikich i nieufnych zdarzają się dość sprytne, aby wyniuchać, że tu ludziska mają miękkie serce i wystawią miseczkę chrupek i picie. Aktualnie z dzikusów widuję mamę Stokrotki i Sasanki, tę trikolorkę, która tak nieszczęśliwie - lub bardzo szczęśliwie - urodziła kocięta na balkonach sąsiadów. W sumie nawet, gdyby była najtroskliwszą matką, kocięta nie miały szans przeżycia na dworze. W listopadzie? Niemowlęta wymagające ciepłego gniazda? Nic by z tego nie było. 

Tymczasem obie kicie żyją, mają się świetnie, i Stokrotka w tej chwili właśnie dodała własny wpis na blogu: ]\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\

O. 

Kitka jest jednak nabytkiem dość nowym, na osiedlu zaczęła pojawiać się bodajże późnym latem. A my mamy starszych kocich znajomych. Jednym jest oczywiście Rudy. W tej chwili grzeje się u nas, jednak gdy tylko zrobi się cieplej, będzie znikał na całe dnie. Czasami, choć rzadko, pojawia się Syjamek vel Leon. 0---------------- [Stokrotka, ja cię bardzo proszę, teraz tu nie pisz i nie włączaj opcji]. Zje kilka chrupek i idzie. Nie lubi, jak się go dotyka.

Całkiem często zjawia się za to Słowik. To jest któś! Kiedy zza okna, całkiem dobrze izolującego dźwięki, słyszę przeciągłe "maaaau", nikt nic mi nie musi tłumaczyć. Wiem i tak. Za drzwiami siedzi potężny osiedlowy kocur. "Mordziasty", jak by go określił niezapomniany Wiech. Te świńskie, skośne oczka. I głos nie do pomylenia. Poznaliśmy go w lutym zeszłego roku. Wtedy mianowicie po raz pierwszy od lat usłyszałam kocie śpiewy. Niby mamy na osiedlu stado kotów, które produkuje kociaki przynajmniej dwa razy do roku, ale takich arii jak za mojego dzieciństwa to tu nie bywało. A tymczasem zwierzaki odzyskały głos. Najgłośniej darł się ten właśnie potężny koci oprych. Myślałam, że dziki i drapieżny jak zaraza, a tu masz - dzieci uszczęśliwione, że któregoś razu nie uciekł, gdy tylko otworzyły drzwi, wyciągnęły do niego rękę, a ten dał się pogłaskać i chyba nawet zamruczał. Po paru dniach nawet odważył się wmaszerować do domu na miseczkę chrupek. Był bardzo grzeczny, pozwolił się na do widzenia podrapać za uszkiem, po czym przeszedł przez próg i natychmiast zawrzeszczał na całe gardło: "Maaaau! Maaaau! Maaaaau!" i ze śpiewem zeskoczył na ziemię. 

Styczeń minie, luty się zacznie, potem marzec. Oj, będzie się działo. Już szykuję wiadro i szczotę do zmywania esencji zapachowej "Kocio Szanel No. 5,5" z balkonu. 



Takiemu nikt nie podskoczy!

środa, 7 stycznia 2015

Choinka wciąż stoi

Tak, to nie żarty, w domu pełnym kotów choinka wciąż stoi i ani razu nie leżała. Nie da się tego powiedzieć generalnie o wszystkich ozdóbkach, z których co niższe spadały, turlały się, a nawet były tarmoszone. Jedna czy dwie szczególnie słabo zamocowane bombki już nie wiszą, a są położone w rozwidleniach gałązek. Tak jest pewniej. Szklane bombki pozostały w pudełkach.

Nie wygląda może najokazalej, ale nadal ją mamy. Po Wigilii nawet nabrała kolorów. Święty Mikołaj każdemu z nas przyniósł po bombce-karczochu, każda inna. Przewidział problem, czy tak mu przypadkiem do worka powpadały? Nie wypada dopytywać, ale przydały się! Ta na dole, fioletowo-zielona, jest jednak mojej roboty. 

Przekrój technik na choince jest dosyć spory. Wykorzystałam różne znaleziska z pudła w szafce, niektóre nawet z wymianek wielkanocnych. Jajka omotane szydełkiem i motylki to był wymiankowy prezent od Magmorci. Rybki origami dostałam na Boże Narodzenie od Halszki. Jajko-karczoch na dole też z wymianki, ale tym razem nie umiem zidentyfikować, od kogo. Szydełkowy aniołek - chyba od Moniki. A na dodatek powyciągałam wszystkie gwiazdki (nieliczne), jakie udało mi się wydłubać w ciągu ostatnich lat. Nigdy nie miałam zacięcia do świątecznych ozdóbek. Kilka szydełkowych, nareszcie ukrochmalonych (potrzebowałam impulsu). Jedna szydełkowo-pętelkowa. Jedna teneryfka. O, i aniołki klockowe, jeden mój, jeden od Małgosi z Łomnicy. Bombki filcowe chyba trzy zrobiłyśmy razem z córcią. Gdyby nie brak igieł, byłoby więcej. 

 W naszej sytuacji zresztą grunt to nie ozdóbki, a ciężka donica. Byle kotek tego nie ruszy.

 Jestem nawet zdziwiona. Małe opanowały już wchodzenie na stół, pianino i do wanny (oraz wpychanie się do wszelkich szafek korzystając z chwili nieuwagi), a z choinki ani razu ich nie zdejmowałam. Może więcej zabawek mają w moim kącie z robótkami, i nic ich tam nie kłuje w łapki?

wtorek, 23 grudnia 2014

Twórcze Inspiracje 1/6, styczeń 2015

Dotarł do mnie numer styczniowy Twórczych Inspiracji. Poczułam się, jakbym dostała prezent pod choinkę, bo wyjęłam go ze skrzynki wczoraj, a tu już świętami w domu pachnie. Sama gazetka też jest świąteczna, choć data wskazywałaby raczej na coś innego. Styczeń to czas, kiedy raczej rozbiera się choinki a bombki chowa na pawlacz. Mnie to jednak nie szkodzi. W moim domu choinka zawsze stała bardzo długo: aż igły opadły, a dbamy, aby jak najdłużej była świeża, a przynajmniej aby dotrwała do końca stycznia i sezonu kolędowego. Dlatego nie mam nic przeciwko temu, aby zrobić parę bombek z dzieciakami w grudniowe ferie.


Mam w tym jeszcze jeden interes: z uwagi na coraz większe kociaki, a i Topcia-szaleńca, w tym roku nie wieszam szklanych bombek, czyli musi mi wystarczyć produkcja domowa. Ze dwie bombki-karczochy, filcowe zawieszki, trochę zabaweczek słomianych i drewnianych, jakie się uzbierały przez lata, i inne takie drobiazgi. A tu są pomysły na kolejne bombki, gwiazdki i aniołki. Do rzeczy więc.

1) Bombki oplatane koralikami.  Łatwe, bez chemii (chodzi mi o kleje i ich opary), na pewno dosyć czasochłonne, ale do zrobienia. Oczywiście ja nie takie rzeczy robiłam, chodzi mi o dzieci i ich cierpliwość. Musiałabym tylko dobrze dopasować kolory wstążeczki, cekinów i koralików, aby nie wyszła pstrokacizna. Autorzy podpowiadają taśmę Carat Madeira, bardzo ładną. Sama pewnie kombinowałabym z czegoś, co znajdę w domu, ale może kiedyś...

2) Bombki ekologiczne. Ostatnio "czepiły się" mnie nietypowe materiały, i na te bombki popatruję łasym okiem. Gdybym przewidziała sprawę i zaopatrzyła się w styropianowe kule, to kto wie, może bym już kombinowała. Aha, jeszcze klej do styropianu. Kleje trochę mnie martwią, bo niektóre śmierdzą rozpuszczalnikiem. Taki Hermol, którym kiedyś wykleiłam całą grubą książkę kucharską z przepisów powycinanych z babcinych stert "Kobiety i życia" i "Przyjaciółki". Gazety szły na śmieci w czasie sprzątania strychu. Szkoda mi było, bo buszowałam tam jako dzieciak, oglądałam, czytałam, i zamarzyło mi się te przepisy uratować. Książkę mam do dzisiaj, poszło na to kilkanaście szkolnych zeszytów w kratkę. Tata oprawił, miał cały domowy warsztat introligatorski. Wyszły trzy tomy w płóciennych okładkach. Dobrze, że to były wakacje i lato. Kleiłam przy otwartym oknie, bo Hermol niemożebnie śmierdział. Spisywał się jednak wyśmienicie, trzyma mocno do teraz, a papier nic a nic się nie pomarszczył. Przy kleju biurowym to by była tragedia. O czym to ja... 

No tak, nie wiem, jaki jest ten klej do styropianu, i ten Magic. Nie mam na razie warsztatu do takich prac. A bombeczki bardzo ciekawe plastycznie, zresztą samemu można wykombinować coś jeszcze innego. Przeszperać zakamarki: tu kolorowy sznureczek, tu kawałek błyszczącej nitki, tam jeszcze coś - a może to się da wmontować, i nie byle jak, ale niecodziennie, efektownie? I sznurków jest wiele rodzajów... Druga strona pomysłu jest taka, że łatwo o bombkę wyglądającą jak opakowanie zastępcze. Ktoś pamięta "etykiety zastępcze" z lat 80-tych? Jest wyzwanie - nie dać się materiałowi.

3) Bombka quillingowa.  Powiem tak: na razie to nie moja poezja. Quilling mnie średnio ciągnie. Mówię to o sobie i tylko o sobie, bo jest mnóstwo osób, które uwielbiają zabawy z papierem i robią istne cuda. Takie bombki wyglądają mi na dosyć trudne: jak to zrobić, żeby te zwitki papieru nie tylko się nie rozsypały, nie rozleciały, ale rzeczywiście dały złożyć w trwałą konstrukcję, i to pustą w środku, bo szablon się wyjmuje? Jak gdzieś zobaczę i obmacam własnymi łapami, wtedy uwierzę, że to się nie załamie od byle dotknięcia. No i raczej nie jest to pierwsza praca, jaką bym dała komuś do wykonania w tej technice. Na pewno wymaga wprawy. 

4) Pierścionek z kaboszonem oplatanym koralikami. Kolejna technika beadingu, z tych trudniejszych. Kibicuję z upodobaniem, bo to bardzo ładnie wychodzi. Mam zresztą dwa czy trzy takie kaboszonki, wreszcie muszę się za nie zabrać. Te srebrne koraliki są ładne, pasują chyba do każdego koloru. A z techniką pewnie bym sobie poradziła, tylko nici żyłkowej nie lubię, bo prawie jej nie widać i się bardzo plącze. No i wreszcie jest pokazane, jak zamocować kaboszon bez klejenia. Duży plus! Bransoletka dla początkujących - zastanawiam się, na ile dałoby się do takich wprawek wykorzystać moje zapasy średnio grubych koralików, bo mam tego dobrych kilkanaście torebek w różnych kolorach, i tak sobie toto leży od paru lat zapomniane. Tylko czy nie za krzywe? Bo Preciosa to to nie była. O to to, a może w ramach ćwiczeń porobić takie sopelki na choinkę? Koty tego nie potłuką.

5) Kolczyki z kryształków: znowu kryształki do omotania drobnymi koralikami, tym razem na filcowym podkładzie. Ślicznie to wychodzi. Na pewno mam w zapasach czerwony i fioletowy kryształek. Tak popatrywałam na nie, i myślałam sobie, że są dwa właściwe zestawienia kolorów: jedno jak najbardziej zbliżone do ich koloru - czerwień do czerwieni, fiolet do fioletu, a drugie chyba właśnie perłowe, no chyba, żeby trafiło się jakieś bardzo stonowane srebro, byle nie świeciło jak lusterko. Tu fioletowy kaboszonek jest omotany metalicznymi koralikami w odcieniach fioletu, i właśnie o to mi chodziło. Bardzo efektowne kolczyki wyszły. 

6) Monochromatyczny motyl do wyszycia. Można się zżymać, że od spraw krzyżykowych to my mamy Igłą Malowane, ale motyl jest moim zdaniem jak najbardziej w porządku. Jest użytkowy. Może być na obrazek, na torbę, na poduszkę, i co tam kto sobie chce. Można go wyszywać dowolnym kolorem. Ba, nawet cieniowaną muliną. Mam takie dwa motki DMC po jakimś dawnym hafcie, ale na motyla potrzeba pięciu, czyli przyszłoby dokupić. Ładne są te moje, jeden w odcieniach błękitu, drugi błękitu i lila. Fioletowa Ariadna też nieźle wygląda. 

7) Kartki z serduszkami: po staremu nie podobają mi się. Wolałabym w tym miejscu kursik czegoś nowego... 

8) Ale kartka haftem wstążeczkowym jak najbardziej może być. Muszę kiedyś spróbować.
9) Kotyliony: uuu, ładne! Bardzo poważnie rozważam porobienie takich błyskotek do różnego wykorzystania. Cekinki, haft wstążeczkowy, i mój ulubiony filc, który przy braku maszyny jest genialny, bo nie wymaga wielkiego szycia i obrębiania. 

10) Aniołki na choinkę. Przy okazji przepisy na dwa rodzaje masy. Trochę onieśmiela mnie cała szklanka sody oczyszczonej w pierwszej masie, bo nie wiem, ile to torebek takich z Biedronki, chyba, że gdzieś można to w większym opakowaniu kupić. Ale aniołeczki ładne, i może sobie takie porobimy w domu. 

11) Pierniczki. Przepis jak przepis, ja właśnie mam zagniecione ciasto z całkiem innego przepisu, od lat wykorzystywanego w rodzinie, ale ten lukier mnie korci. Takiego na białku jeszcze nie robiłam. Jak się dostanie w łapki mojej córki, to ciekawe, co z tego wyjdzie. Mała ma talent. 

12) Gwiazdki i frywolitka igłowa: ja robię czółenkiem i do igły chyba się już nie przekonam (nigdy nie mów nigdy, fakt) - ale może skorzystam ze wzoru. Gwiazdka i dzwonek, dwa w jednym. Przy okazji nie są wielkie, to by się dało zrobić dosyć szybko i w większych ilościach. 

13) Koralikowe gwiazdki na druciku: ciekawe, nawet mam drucik. Kolejna rzecz do ewentualnego wykorzystania. A gdyby jutro kupić przezroczystych koralików, bo chyba mam same kolorowe? No wiem, jutro Wigilia i nie będzie do tego głowy. No to później. 

14) Zdjęcia ze zjazdu w Ustroniu - nawet nasz stolik się zmieścił, ekipa pętelkująca jest po prawej na środku! 

A teraz odkładam niteczki, sznureczki, koraliki i gazetki, i lecę zasuwać przedświątecznie. No to baj!

sobota, 29 listopada 2014

Skrzecząca kociasta rzeczywistość - wpis niezbyt estetyczny

Tak się jakoś utarło, że jedenasta wieczorem to niezła pora na ostatnie karmienie maluchów. OK, karmimy. W ruch idą dwie szklanki: jedna z ciepłą wodą, i druga, w której będę mieszać mleczko. W tej chwili na obie panny idą trzy łyżeczki proszku, do tego tak z osiem łyżeczek ciepłej wody. Według przepisu powinno być trochę więcej proszku, ale tośmy ustalili z weterynarzem i z samymi kociętami, które taką porcję są w stanie zjeść.

Butelkę ze sklepu zoologicznego kocham, po tamtej prowizorycznej z puszki z mlekiem to luksus. Smoczek nakręca się a nie naciąga. Różnica kolosalna. Nawet wycior gdzieś jest, tylko mi zginął. Nie wiem, czy łapek w tym nie maczał Topcio. Zrobiłam drugi z paska wyciętego ze ściereczki do naczyń i drewnianego szpikulca do szaszłyków. Bez tego ani rusz, bo kocie mleko na wszystkim zostawia tłusty i lepki osad.

Legowisko kocięta mają w plastikowej wanience. Rozmiar jest akurat taki, że zostaje trochę luzu po włożeniu termofora, a głęboka jest dość, aby panny jeszcze nie były w stanie podciągnąć się na łapkach i z niej wyleźć. No chyba, że za wiele ciepłych szmatek im tam nawkładam. Całość przykrywam płótnem (konkretnie powłoczką na poduszkę), ale nauczyłam się jeszcze dawać na to dwie plastikowe nakładki na biurko, tak na krzyż. Nawet jeśli Topcio na to skoczy, nie powinien wpaść do środka. Z reguły drzwi są zamknięte i kociak jest w innym pokoju, ale życie to życie, nie cały dzień tak się da. Poza tym mam trochę pewności, że małe mimo wszystko nie zdołają same się wydostać.

Odkrywam te wszystkie warstwy. Kicie już nie śpią. Łażą po legowisku albo drapią łapkami w ścianki i piszczą głośno. Od razu czuję siuśki. Jak nic będzie kolejna porcja prania, ale tym się możemy zająć za chwilę. Wyjmuję pierwszego malca z brzegu, tego co się bardziej awanturuje. Podaję butelkę i zaczyna się balecik: drapanie wszystkiego, czego sięgną pazurki (a mamy już takie drapiące pazury, że hej!), wykręcanie buźki w lewo i w prawo, obmlaskiwanie smoczka z otwartą paszczą i wywalonym jęzorem. Po chwili przepychanki odkładam szkraba obok siebie na łóżko, gdzie zrobiłam kącik otoczony poduszkami i wyścielony folią. Sięgam drugiego kotka. Tu idzie gładziej, co prawda muszę się nakombinować, jak utrzymać i zwierconego kociaka i butelkę, ale wreszcie szkrab "zasysa": stoi wspięty na czubki paluszków tylnych łapek, wyciągnięty jak struna do góry, w końcu jednak jest skupiony na ssaniu. Bąbelki powietrza z terkotem wpadają do butelki. Inny styl ssania jest bez bąbelków, tylko butelka się wgina do środka. Jest plastikowa, więc tak też się da. 

Kociaczek-łobuziak wspina mi się z piskiem na kolana i na ręce, odpycha siostrzyczkę, słowem - awanturka. Trzy razy zestawiam z powrotem do zagródki, wreszcie łagodnie odrywam od butelki całkiem już najedzoną siostrę i robię zmianę miejsc. Tym razem wreszcie karmienie "zaskakuje". Butelka pomału się opróżnia. Swobodny kociak tym razem siedzi bardzo skupiony na folii i kawałkach ręcznika, a dookoła rośnie kałuża. Dość potężna jak na kotka. Jedną ręką udaje mi się urwać więcej ręcznika papierowego i jakoś to pozbierać. Przy łóżku mam gotowy worek na śmieci. Bez niego ani rusz. Ciepła woda ze szklanki za chwilę przyda mi się do obmycia rąk.

Obie małe wreszcie mają jako-tako zapełnione brzuszki. Jeszcze parę razy podtykam im butelkę, w której zostały resztki mleka, chyba jednak zjadły dosyć. Teraz masujemy brzuszki. Zamieniam się w kotkę-mamę. Za szorstki języczek musi mi posłużyć wacik zamoczony w ciepłej wodzie. Ułożyć kotka, aby grzecznie wystawiał brzucho do góry, raczej się nie da. One i tak się wykręcą i będą protestować. Masuję więc brzuszki cierpliwie, każdy dłuższą chwilę, i tak samo tyłeczki. Watki zmieniam co chwila, bo pierwszy efekt tych zabiegów to siusianie. Cóż, przynajmniej wszystko na bieżąco jest sprzątnięte i wędruje do worka. Ja czekam na kupę, bo podobno norma to dwa czy trzy razy dziennie, a u nas jest dużo rzadziej, i to z jakimiś sensacjami. Były zatwardzenia, potem rozwolnienie. Udaje się wymasować tylko nieduży żółty kleks.

Do spania jeszcze daleko - małe łażą po zagródce, próbują sforsować granice, czasem muszę je zawracać znad brzegu łóżka. To nowość, wcześniej najedzony kotek to był śpiący kotek. Ano, rośniemy. Sasanka już zaczęła się bawić. Obraca się na grzbiet i macha łapkami na wszystko: Stokrotkę, moje palce, albo cokolwiek zobaczy. Na razie nie ma zbyt wiele do wyboru. No to bawimy się razem. Ja macham jej palcem przed nosem, ona robi śliczny koci "rowerek". Właśnie teraz widać, jak bardzo jest obomboniona mleczkiem. Oho, myślę, jak wreszcie tama puści, to się nie pozbieram z czyszczeniem kota i wszystkich szmatek. 

Zostawiam je na chwilkę na łóżku i szybko zmieniam posłanko w wanience. Kiedy już siedzą w środku, zmieniam wodę w termoforze i przykrywam legowisko od góry. Pozostaje nalać do termosu dobrze ciepłej wody, żeby nie biegać po domu w środku nocy, przygotować małą miedniczkę, nad którą mogę płukać wszystko co trzeba, oraz wymyć butelkę, obie szklanki i łyżeczkę. Godzinkę to trwało. Budzik nastawiam na trzecią, a może na czwartą. Małe powinny wytrzymać tyle czasu.

Dzwonek wyrywa mnie z głębokiego snu. Długo próbuję doprowadzić się do takiej przytomności, aby podnieść się i zapalić lampkę. Mieszam mleczko, odkrywam legowisko, i uderza mnie zapach prawdziwie agrarny. Coś pośredniego między obórką a stajenką. No, trafiony-zatopiony, bardziej opchana kitka wreszcie wystrzeliła. Do licha z mleczkiem, mam w rękach kociaka upaskudzonego po pas. Watka za watką, ciepłą wodą doprowadzam do ładu futerko i wszystkie fałdki. Wycieram do sucha i jeszcze poprawiam. To nie może być, żeby kociątko waliło obórką! Worek ze śmieciami znowu się zapełnia. Wreszcie mogę wziąć się za drugą kitkę. No, ta się nie ubrudziła, całe szczęście. Podkładam tylko folię i ręcznik, żeby miały na co siusiać. Ręce umyte, karmimy. Znowu cyrk z wykręcaniem mordek, ale jakoś to idzie. Posłanko uświnione zwijam w całości i odkładam koło worka. Rano sprzątnę, nie będę w nocy budzić rodziny. Kolejny raz ścielę legowisko. Kotki w całkiem niezłym nastroju łażą w najlepsze. Trzy kwadranse mijają, zanim będę mogła przykryć wanienkę, zgasić światło i zasnąć. 

W tygodniu budzik w dużym pokoju dzwoni za piętnaście szósta. Pomagam dzieciakom pozbierać się do szkoły, a potem jeszcze trochę dosypiam. Teraz jednak mamy sobotę, czyli hulaj dusza, piekła nie ma. Dzieci budzą mnie dobrze po dziesiątej. Tak mi się nieeee chce wstawać! Ale pora, pora, więc doprowadzam się jako-tako do ładu i karmię małe. Tym razem ta, która w nocy odpaliła ładunek, je łapczywie, a druga nic a nic. Masuję brzuszki i kuperki. Nooo, coś tu się kroi. Popiskuje, kręci się, i jakoś tak podejrzanie gmera łapkami po rozłożonej folii. 

- Wszystkie ręce na pokład, potrzebuję natentychmiast kuwety! - wrzeszczę w olśnieniu. - Proszę tu mi dostarczyć pokrywkę od wczorajszego ciasta wypełnioną świeżym żwirkiem! 

W trzy minuty mam prowizoryczną kuwetkę. Wsadzam kitkę, gmeramy w żwirku palcem i łapką - ja trzymam jej łapkę. Mała próbuje żwirek zjeść. To jakiś sygnał może, że będziemy się przestawiać na stałe jedzenie? Sprawdzimy. Obcieram pysio, a z drugiego końca kota już rusza lawina błotka. Jeszcze nie umiemy zagrzebywać, jeszcze nie do końca trafiamy tam gdzie trzeba, ale jest sukces! Wybieram brudy ze żwirku i do oczyszczonej kuwetki wsadzam drugą kitkę, podejrzanie zamyśloną i znieruchomiałą. Znowu gmeramy łapką w piaseczku, uczymy się. Kicia zastyga, i po chwili wiem, że jest sukces! Bingo! Nasiusiała do żwirku jak poważny kot!

Zadanie na dzisiejszy wieczór: uprzątnąć kąt w małym pokoju i rozstawić tam kocią zagródkę z wygodami: wybieg do łażenia, kuwetka do wiadomo czego, cieplutkie legowisko z termoforkiem, i skuteczne zasieki. No to baj!


poniedziałek, 24 listopada 2014

Wymianka biało-czerwona

Już chyba trzeci raz na moim ulubionym forum odbyła się wymianka z okazji Święta Niepodległości. Rządzą motywy polskie, czyli albo nasze barwy narodowe, albo wzory ludowe. Różne pomysły już bywały. Dostałam śliczności od Moniki!


Jeśli uda mi się zrobić przyzwoitsze zdjęcie, to je zaraz podmienię, bo to jest robione na szybko, przy lampce na biurku. Taki fantastyczny brelok kanzashi, i to dwustronny. Przyda się, wyciągnę go przy najbliższym święcie! Druga strona jest "negatywem" pierwszej, w środku ma biały kwiatek. I te kolczyki, takie malutkie. Słodkie są.

Ja odważyłam się zrobić trochę większe i precyzyjniejsze kwiatki, niż dotychczas. Dwa poprzednie traktuję jak wprawki. Jeszcze nie mają pary. Może wreszcie się zmobilizuję i obrobię je jakoś. W każdym razie jestem całkiem zadowolona, bo udało się w sensownym czasie zrobić dwa jednakowe biało-czerwone kwiatki, i nawet wyszły dość równo, choć początek płatka, tam gdzie piramidka się rozszerza, nadal sprawia mi trochę kłopotów.




piątek, 21 listopada 2014

Robótki zakoconej

Przez te kociaki jestem niewyspana, zdezorganizowana i różne rzeczy idą w poprzek, ale coś tam się pomalutku robi. Pierwsza rzecz i konieczna to był pokrowiec na termofor. Teraz mam termofor własny, ale przez dobry tydzień używałam pożyczonego od sąsiada. Wreszcie mogłam go odłożyć na bok i wyprać pokrowiec, poplamiony przez koty ze wszystkich stron. Cóż, źle oceniłam tkaninę. Wrzuciłam w 60 stopni i się skurczyła. Bardzo. Pozostało zrobić nowy worek z flanelki. Przecież nie oddam wybrakowanego termofora. Szyłam w ręce, ale sprawnie poszło. Przydały się wskazówki z kursu kota-klamkowca.


A poza tym czasem coś tam się dzióbnie. Tu krzyżyk, tam krzyżyk, parę pętelek w autobusie czy w metrze, i jakoś to idzie do przodu. Trzy prace na przemian: dwa hafty i chustka obrębiana pętelkami. Niewiele przybywa, ale dobre i to.