sobota, 17 grudnia 2016

Mydlenie na cztery ręce

Wkrótce po zjeździe w Ustroniu zaprosiła mnie na mydlenie koleżanka. Były pogaduchy, było mydło, ja robiłam za starszą wiedźmę i mieszałam w kotłach. Sporo nam tego wyszło, nie ma to jak dwie pary rąk do pracy. Podzieliłyśmy się urobkiem, część zabrałam w foremce do domu, jeszcze po drodze zaliczając zebranie rodziców. Mimo wszystko dowiozłam mydlaną masę bez przeszkód do domu, nic mi się nie wylało, wszystko zestaliło się pięknie, i wspaniale pachnie. Mam z tej imprezy kilka zdjęć - wszystkie robiła koleżanka :) Ja jako kosmitka:

Odważanie wodorotlenku. Raczej nie chciałabym, żeby jakaś granulka mnie dotknęła.
Tłuszcze na wadze
Robi się masa mydlana, ług najwyraźniej dopiero co został wlany do tłuszczy
Nalewanie masy do foremek
 Następnego dnia, już beze mnie, odbyło się wyjmowanie mydeł z foremek i krojenie tych z dużych forem. Jestem zachwycona zdjęciami. Nawet nie przypuszczałam, że wyjdzie z tego taka smakowita taca z ciastkami:




Prezenty na Święta jak znalazł!

poniedziałek, 12 grudnia 2016

O spektakularnej wpadce

Przyszło mi do głowy, że skoro mam wśród krewnych-i-znajomych miłośniczkę zapachu orzechowego, zrobię dla niej czyściutkie mydło, bez żadnych olejków eterycznych, miodów, maceratów itd., tylko z domieszką oleju sezamowego. Tego samego, który jest nie z surowego ziarna, a z prażonego, i nigdy nie nauczyłam się wykorzystywać go w kuchni. Mam za mało zacięcia do potraw orientalnych, mimo że bardzo lubię sobie popróbować różnych ciekawych smaków. W ogóle powiedzmy sobie jasno: kuchnię to ja lubię od tego drugiego końca. Tego, który spożywa, a nie stoi przy garach. O tak.

Ułożyłam sobie w głowie recepturę, prawie identyczną jak na mydło jarzębinowe, tylko bez żadnych smaczków i dodatków, wrzuciłam w Soapcalc, zrobiłam wydruk, poodmierzałam i poodważałam składniki, zamieszałam budyń i wlałam go do ślicznej, równiutkiej, walcowatej formy zrobionej z butelki po wodzie destylowanej. Okręciłam ciepło i wstawiłam w stałe miejsce na lodówce, żeby sobie masa mydlana przez noc dojrzewała.

Zaglądam rano, a tu ZONK. To coś... ja nawet zrobiłam zdjęcia... ale one są tak nieprzyzwoite, że nikt by nie uwierzył, że chodzi o niewinne mydło! Wykipiało mi w nocy! Spuchło i przelało się przez brzeg! Jeszcze na dodatek było ściśnięte foliową torebką, na którą nałożyłam ręcznik i solidnie go zamotałam, a od góry przyklepała to szafka...

No OK, niech będą zdjęcia po wstępnym pokrojeniu.



Rozwarstwiło się. Z pęknięć w masie wypływał tłuszcz. Nie miałam nawet odwagi badać papierkiem lakmusowym pH, bo mogło być nierówne. I wyglądało - błeeee! I jeszcze plamy żelu w środku. No ja cie, kolejna porażka mydlarska, i to jaka. Mamusiu, mydło mnie nie lubi!!!

W końcu cholera mi przeszła, pokroiłam porażkę na kawałki, wrzuciłam do gara i przetopiłam. A do tego przyszło mi do głowy, że mogłabym zrobić pożytek z mydła palmowego, jakie dostałam od brata. Brat je przywiózł kilka lat temu gdzieś z daleka. Z Nowego Orleanu? Chyba. Jako produkt lokalny, albo coś. To jest taka gruda miękkawej substancji koloru czerwonobrązowego, dosyć nierówna. Na pewno poleżała sobie u niego parę lat, i nikt nie miał odwagi zrobić z pamiątki użytku.


A ja, niczym ten Dreptak, praktykant dentystyczny (polecam lekturę wierszy Waligórskiego), podeszłam do szacownego mydła z nożem, pokroiłam część w kostkę, i nasypałam po trosze tych kawałków do foremek, do których następnie wyłożyłam mydlaną masę z garnka. Trochę gęsta była, uklepywałam ją pracowicie, bo powierzchnia zastygała niemal w locie.


Mam teraz takie mydełka pachnące delikatnie orzechami. Wiem wreszcie, skąd brał się specyficzny zapach mydła jarzębinowego i tego żółtego, które przetapiałam w sierpniu. Fajne odkrycie! Natomiast co do kostki z mydła palmowego, jedno sobie zapamiętałam: następnym razem, jak mi przyjdzie do głowy zatapiać w mydle jakieś kawałki, zrobię świeżą, lejącą się masę, bo w tych mydlanych babeczkach wyglądają jak przyduże skwarki wciśnięte byle jak w purée kartoflane.


Ponieważ nie mnie jednej zdarzył się ostatnio kulfon zamiast mydła, któraś z koleżanek z mydlarskiej grupy na Fejsie zarządziła konkurs na najbrzydsze mydło listopada. Były mydlane żuczki-potworki, zwierzątka-szkaradki, kluchy mydlane o kształcie nieokreślonym, wreszcie i ja poskrobałam się w głowę i wrzuciłam zdjątko mojego koszmarka w stanie niepokrojonym. Hy hy. Ale sobie baby używały! Aż mnie brzuch ze śmiechu rozbolał. Miałam tylko problem: musiałam się tak chichrać, żeby mnie dzieci nie słyszały, bo dyskusja na ekranie była zdecydowanie powyżej lat 18-tu. Konkursu nie wygrałam, ale dostałam honorową laurkę:


Jestem z niej dumna.

środa, 7 grudnia 2016

Warsztaty Twórczo Zakręcone w Ustroniu

Czyli po prostu VII Zjazd Twórczo Zakręconych, kontynuacja zjazdów z poprzednich lat.

Był taki moment na początku tego roku, gdy wydawało się, że tego spotkania nie będzie, bo nie ma go kto zorganizować. I nagle zakotłowało się, zrobiła się burza mózgów, i dzięki niespożytym siłom Kasi Kubaszewskiej i Moniki Stanowskiej impreza jednak odbyła się. I przyjechało mnóstwo ludzi z całej Polski, warsztatów mieliśmy ponad siedemdziesiąt, oba hotele - Tulipan i Magnolia - znowu były oblężone. Rojno, gwarno i wesoło.

Zdjęcie zbiorowe ze strony Warsztatów
Ponieważ w te wakacje czas spędziliśmy całą rodziną właśnie w Beskidzie Śląskim, tylko dalej na południe, bo w Istebnej, namówiłam męża i córkę, abyśmy pojechali razem. Udało się uzyskać urlop w tym terminie co trzeba (chodziło w końcu tylko o jeden dzień), i dziesiątego listopada zameldowaliśmy się w Ustroniu. To była jedyna wada imprezy: nie udało się organizatorkom wywalczyć październikowego terminu zjazdu. Więc trudno - zimno, wieje, ale co nam to szkodzi. Dojechaliśmy już po zmroku, zostawiliśmy rzeczy w pokoju i jeszcze przeszliśmy się uliczkami w górę i w dół, a potem zrobiliśmy pętelkę wzdłuż Wisły, do kładki dla pieszych, pięknie oświetlonej. Przy okazji pokazałam rodzince, w jakie maliny chciała nas wywieźć automapa. Bo do naszej kwatery kazała nam jechać jakoś od tyłu, asfalt zamienił się w płyty, a potem chyba w jakąś żwirową nawierzchnię, a wreszcie spiker kazał nam skręcać w Radosną ("masz sto metrów do celu") - ino że tam była tylko wydeptana ścieżka dla pieszych i solidne drzewo pośrodku. No tak. Oczywiście, mimo że po ciemku, poznałam miejsce i poradziłam mężowi jechać na wprost i wjechać w Radosną od innej strony.

Tak, te płytki to koniec Radosnej.
A tam widać początek.
Ten właśnie kawałek obejrzeliśmy sobie następnego dnia po widnemu, korzystając z wolnego czasu. Ja warsztaty zaczynałam od trzeciej po południu, więc nawet guzdrząc się z rana zdołaliśmy przejść się kawałek szlaczkiem w stronę schroniska na Równicy.

 


 Miałam dać dwa zdjęcia, bo w końcu pstryknięte kilka kroków od kwatery, nie na samym szlaku, ale co ja poradzę, że tam jest pięknie. Daleko nie zaszliśmy, ot - trochę podejścia szlakiem przez las. Musiałam mieć mimo wszystko zapas czasu, żeby przygotować wszystkie szpargały: pospinać wydruki, poukładać płócienka do nauki ściegów, które jeszcze poprzedniego dnia w samochodzie pracowicie ozdabiałam rzędami pętelek. Niby nic, ale zawsze na zajęcia zjawiam się z dwiema solidnie wypakowanymi torbami. Te wszystkie serwetki, próbki, książki - to ma objętość.

Pokazałam rodzinie knajpkę, gdzie w poprzednich latach jadałam obiady. Blisko hotelu, ale zawsze można rozprostować nogi i przejść się tych dwieście metrów, a nie siedzieć i siedzieć. Już najedzeni zrobiliśmy sobie nieśpieszny spacer w stronę Magnolii, gdzie moje dziecko miało warsztaty z mozaiki, a potem sama powędrowałam do Tulipana. Czekały na mnie dwie kursantki. Świetnie nam się pracowało, mam nadzieję, że wyszły z zajęć zadowolone, bo ja bardzo. Córka z kolei była zachwycona mozaiką. Przyniosła swoje prace i powiedziała, że chce więcej do roboty, i jeszcze ma ochotę na włochate dywaniki "latch hook".

Następnego dnia jednak zwyciężyło wygrzewanie się w łóżku. Ano, człowiek ma dość budzika przez cały tydzień. Tylko ja nastawiłam swój, aby w porę dojść do Tulipana na ciąg dalszy warsztatów. Trafiłam w tłum ludzi: stoiska, cudeńka, a w salach - co stół, to inne czary-mary. To moja grupa z porannych zajęć. Dużo nas było!



A tu inne stoliki w naszej sali. Tych sal było więcej i w samym Tulipanie, i w Magnolii, ale jako prowadząca warsztaty miałam niewielką możliwość ruchu. Inni wspaniale to nadrobili i zdjęć na stronie Warsztatów nie brakuje.

 
 
 
 

No i oczywiście gwarno i rojno było w holu, gdzie rozstawiły się stoiska z dobrami wszelakimi. Koraliki, włóczki, scrapbooking, materiały do patchworku, kordonki i mnóstwo, mnóstwo innych. W sumie szkoda, że warsztaty zbiegły się ze Świętem Niepodległości. Z jednej strony to o jeden dzień wolny więcej dla nas wszystkich, z drugiej nie wszystkie firmy zdecydowały się zaangażować pracowników w dodatkowe stanie na zjazdowym kiermaszu. Wyszłam z łowów bogatsza o całą siatę włóczek na Tęczowy Kocyk, i jeszcze o kilka kordonków Ariadny.


 


Zostawiłam innym fotografowanie galerii prac uczestniczek. Stała, jak poprzednio, w stołówce. Chyba była obfitsza, niż w zeszłym roku, i znowu były tam cudowności. Ja ją oglądałam wieczorem poprzedniego dnia, przy okazji uroczystego rozpoczęcia imprezy. Światło było zbyt marne, aby porywać się na nią z aparatem, co dopiero z komórką.

Na popołudniowych zajęciach było bardzo kameralnie, ale znów miałyśmy pełne ręce roboty:




Tymczasem rodzina, zamiast marznąć w niedogrzanym pokoju, zrobiła sobie wyprawę na Czantorię. Wjechali kolejką, przeszli się pod wieżę widokową na Wielkiej Czantorii, zjedli obiad w czeskim barze (mniam, kotlety serowe!) i rzecz jasna zaopatrzyli w dwie wielkie tuby lentilek i dwie butle kofoli. Dałam im spróbować kofoli na wakacjach. Najpierw było, że "dziwna", ale potem trzeba było kupić po butli dla każdego, i jeszcze, korzystając z wycieczki do Cieszyna, po czeskiej stronie zrobiliśmy zapasy na drogę powrotną. Przyszli po mnie pod koniec zajęć, chwaląc się pięknymi zdjęciami mgły i śniegu, bardzo zadowoleni.

Wracaliśmy do domu nazajutrz rano. Świat był przysypany na biało, wbrew obawom jednak jechało się dobrze i szybko. Obyśmy za rok znów się tam spotkali!




poniedziałek, 5 grudnia 2016

Mydło wciąga

Mydło wciąga. Jak raz się zrobi, będzie drugi raz, i trzeci.

Lato minęło, mydło sezamowe, które tak pięknie i żółciutko wyglądało w letnim słońcu, zaczęło mi się rozchodzić, podobnie jak mydełka z poprzednich posiedzonek mydlarskich. Nagle zabrakło mi tego najprostszego, z kokosa i rzepaku, a i sezamowego została mi jedna sztuka. Tu prezencik, tam prezencik, gdzie indziej imieninki, i tak to poszło. W zamieszaniu związanym z początkiem roku szkolnego musiałam zwolnić tempo, ale jednak to i owo powstało. Skoro dostałam w Biedronce sproszkowany młody jęczmień, spróbowałam sił w barwieniu i robieniu na mydle różnych paciek. Powtórzyłam podstawowy przepis z kokosa i rzepaku, tym razem do części masy dodając zielonego proszku:



Nie powiem, żeby spodobał mi się efekt. Liczyłam na ładny kontrast między białą masą a zielonymi wtrąceniami, a tu jakiś taki zastygły kisiel się zrobił. Dało się toto pokroić, ale sama nie wiem - może to tak jedną nogą w żelu pozostało? Tym razem zostawiłam bez przetapiania.

Pod koniec września spadają kasztany. Wystarczy garstka, aby zrobić mydło z samej rozgotowanej paćki kasztanowej. Nie trzeba nic więcej: obrać z brązowych łupinek, zetrzeć białą masę na tarce, chwilę pogotować, i można się myć. W miąższu kasztanów nie brak saponin. Co więcej, takie mydełko dobrze działa na naczynka. Można jednak oczywiście potraktować rzecz "z przytupem" i użyć tej masy do produkcji mydła, które poleży dłużej niż kilka dni. Wykorzystałam przepis Budzyńskiej Zamydlonej Kasi i zrobiłam sobie cały pojemnik kasztanowego mydła:


A że zaraz potem naszło mnie na eksperymenty z czystą oliwą, mam wspólne zdjątka mydełek kasztanowych i marsylskich. Marsylskich? Kastylijskich? 100% oliwy z oliwek, bez żadnych dodatkowych domieszek. Tym razem za radą Lilki Kg zredukowałam wodę z 38% do 26%, i wszystko pięknie mi się zestaliło.


Cóż można o tym powiedzieć: na początku mina mi zrzedła, bo mydło kasztanowe wyglądało, jakby znowu nie do końca wyszło z żelu. Co więcej, miało zapach jakiś taki niemiły, a i kształt po pokrojeniu nie zachęcał. Nieforemne były te kostki, i wrażenie dawały takie, jakbym miała w rękach chleb z wielkim zakalcem. Pomyślałam sobie, że tracę zapał do całej tej imprezy. Wstawiłam urobek do łubianki, niech się suszy. Przykryłam papierem. Gdy zajrzałam po paru dniach, stwierdziłam, że zapachu nie czuję. Po prostu znikł. A co do kształtu - cóż, okroiłam nożykiem, porobiłam napisy, i nagle wszystko jakoś nabrało wyglądu. Z okrawków ulepiłam mydło, które położyłam w kuchni, niech będzie do mycia rąk. One wciąż były takie plastelinowe, w przeciwieństwie do mydła oliwkowego, które zdążyło nieźle stwardnieć.

Tymczasem jesień już była na całego. Kasztany się skończyły, liście spadały, a osiedlowe drzewka jarzębiny uginały się od owoców. Tak, uginały się. To był najwyraźniej urodzajny rok dla jarzębiny! Biedne gałązki - myślałam sobie - gotowe się połamać. Nic to, będzie więcej dla ptaków na zimę. Do tej pory wytrzymały... Ale wreszcie nie wytrzymałam ja sama, i jak nigdy nie zrywam niczego z osiedlowych krzaczków, połakomiłam się na dwie garstki jarzębinowych owocków. Rozgotowałam je z marchewką, wyciągnęłam przepis na mydło sezamowe, i po prostu go powtórzyłam. Tym razem jednak nie zawracałam sobie głowy dojrzewaniem, żelowaniem, gotowaniem, tylko po prostu całość zrobiłam na ciepło. Jeszcze pod koniec dodałam miodu i olejku arganowego. Nie do końca udało mi się rozmieszać te dodatki i są takie brązowe smugi w niektórych miejscach. O, to jest bardzo fajne mydło. Nasionka jarzębiny dają wręcz coś w rodzaju peelingu.



A potem trzeba było zmienić temat, bo zbliżał się kolejny zjazd w Ustroniu, a mnie się pokończyły materiały dla kursantek.