sobota, 9 lipca 2016

Festiwal Twórczo Zakręconych w Krasnymstawie - część 2

Zapisałam się na haft wstążeczkowy do Marioli Luty. Tego jeszcze nie próbowałam. Haftowanie wstążkami różni się od innych rodzajów haftu. Samą wstążkę można układać w najrozmaitszy sposób, zostawiać jej dużo luzu, aby mogła się powywijać. Mistrzynie nieraz używają białej wstążki, którą ręcznie barwią, albo przed haftowaniem, albo chyba już na gotowym obrazku, bo jak sobie wytłumaczyć cieniowanie płatków kwiatów, tak dokładne? Myśmy uczyły się ABC.


Zaczęłyśmy od margerytek, co pozwoliło nam opanować nie jeden, a dwa ściegi, bo płatki można wykonywać różnie. Potem była lawenda supełkami francuskimi. Może zresztą nie lawenda, kolor wstążki niezbyt się zgadzał, więc hiacynt albo liatra. I środki margerytek. Potem trawki i listki. Miłe jest to, że wstążeczki pozwalają na taką dowolność i fantazję. Pod koniec zajęć zebrał nam się ładny bukiecik kwiatków; kończyć jednak będziemy w domu, bo trzy godziny czasu to mało.


A tu torba, którą Mariola sama sobie zrobiła na materiały do kursu - na zachętę i ku inspiracji dla nas:


Po zajęciach miałam dość czasu, aby przewieźć rzeczy do internatu i poukładać w pokoju, a później wszyscy chętni pojechali na kolację do Krasnej Chaty. To rzeczywiście sporawa chata przy drodze na Zamość, w której urządzona została restauracja. Można tam spróbować kuchni regionalnej. Fantastyczne rzeczy! Pamiętam bardzo smaczne cebulaki, coś, co wyglądało jak kotlety mielone, ale nie ma w sobie ni grama mięsa, a jest z kaszy gryczanej, polane sosem grzybowym - "golasy", przepyszne! I bardzo dobra sałatka, raczej współczesny pomysł, ale zjadłam jej sporo. A do picia woda zaprawiona czymś ciekawym, okazało się, że pokrzywą i miodem. Świetna!





Na ścianach wisiało mnóstwo obrazów, a w kącie przy barze stały sobie krasne kurki - symbol chaty - bo chata pełni też funkcję galerii sztuki i rękodzieła. Sporo osób wyszło z Krasnej Chaty targając pod pachą sporych rozmiarów kurę.



Następnego dnia od rana prowadziłam sama zajęcia z koronki pętelkowej. Ku mojemu zdziwieniu, ale i radości, miałam pełną grupę, osiem osób! Nie tak dawno trzy - cztery to było wszystko. Muszę wspomóc się czyimś zdjęciem, bo sama zupełnie nie myślałam wtedy o sięgnięciu po aparat (mam nadzieję, że Ariadna nie powiesi mnie za tę pożyczkę). Grupa była super, bardzo pojętna. Poradzą sobie z dalszą pracą.

Źródło: Ariadna

 Na poobiednich zajęciach uczyłam się mikromakramy pod okiem Ani Baranowicz. W sumie szybciej byłoby wyliczyć, czego Ania jeszcze na zjazdach nie uczyła, bo jeśli chodzi o hafty i koronki wszelkiej maści, wie chyba wszystko, i to o technikach, które są u nas kompletnie zapomniane albo nigdy nie były znane. Pierwsze ćwiczenie - nie ma zmiłuj, kilkanaście rzędów węzłów żebrowych, bo dokąd nie zaczną równo wychodzić, żadna praca dobrze nie wyjdzie.




A to już prace samej Ani. Myśmy ćwiczyły różyczki, ale moja jeszcze nie nadaje się do pokazania. Jak odrobię pracę domową, pochwalę się.


Ani starczyło czasu nawet na to, żeby nam pokazać haft florencki. On nie jest trudny, ale i tak warto jest pouczyć się od kogoś mądrzejszego, bo nie do przecenienia są drobne sposoby i sposobiki - jak odpowiednio układać szwy, jak zaczynać i kończyć nić, i tak dalej. A nawet, jak zrobić kalejdoskop za pomocą dwóch lusterek i z poziomych pasków wzoru utworzyć rozetę.



 Po zajęciach pojechaliśmy do Łopiennika, gdzie przygotowano nam wieczór z występami. Były nasze kapele, ale też i zespół z Ukrainy. Zmęczona całodziennym siedzeniem, pozwoliłam sobie jednak nie na słuchanie, a na spacer po okolicy, drogą wśród pól. Tam jest przepięknie.

 
 
 

Zanosiło się na zmianę pogody - na razie było bardzo gorąco i duszno. Na niebie takie widoki:
 

Wróciłam akurat, aby posłuchać, jak śpiewa grupa z Ukrainy. Nagle było czysto, mocno, na głosy, i żaden wzmacniacz nie był potrzebny. A AutoTune jest dla mięczaków. 


Perkusja z łyżek i widelców, a melodia była taka, że chodziła za mną przez dalsze dwa dni. Ja głupia, nie zapisałam nut i nie pamiętam.


Ranek powitał nas chmurami, a tu trzeba było szybciutko spakować się, wymeldować z pokoju, i wsiadać w autokar, bo mieliśmy wycieczkę do Zamościa. Szczęśliwy, kto wpadł na pomysł, że przydadzą się kurtki i parasole, bo w chwili wyjazdu na to nie wyglądało.

 

 
 

Przewodnik dwoił się i troił, żeby nam pokazać miasto. Niezwykłe, wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju. Miasto - ideał, miasto - koncepcja, odmienne od wszystkich innych. Zbudowane od zera i zaprojektowane na zamówienie przez wielkiego architekta. Cały układ jest zabytkiem, nie ten czy tamten budynek.

Niestety wreszcie się solidnie rozpadało i ochłodziło, i sporej części opowieści słuchaliśmy już schowani pod podcieniami w rynku. Jak dobrze, że architekt o nich pomyślał!





Po wycieczce miałam jeszcze kilka chwil, aby pobyć na kiermaszu w rynku krasnostawskim. Już nie padało, pogoda się poprawiła nieco, część wystawców wróciła do stoisk, a na scenie rozpoczynał się występ zespołów regionalnych. Ja jednak musiałam się ze wszystkimi pożegnać. Do zobaczenia!

piątek, 8 lipca 2016

Festiwal Twórczo Zakręconych w Krasnymstawie - część 1

Czasem jest tak, że ma się głowę pełną wrażeń, a przy klawiaturze się siądzie i kompletnie nie wiadomo, od czego zacząć. Bo tak: był Festiwal. Już trzeci. Aż musiałam sobie na cyferki spojrzeć, ale rzeczywiście! Że zacytuję znany skecz z "Dudka" - jak to na grzybach czas leci!

Impreza zaczęła się w zeszły piątek. Wstałam sobie raniutko, z językiem u pasa wpadłam na dworzec autobusowy przy metrze Wilanowska, bo autobus miał ruszać już-zaraz, ale okazało się, że najpierw jest trochę zamieszania z bagażami, potem ze sprawdzaniem biletów, więc odczekałam, aż serce przestanie pikać i spokojnie już wsiadłam do środka. Trafiło mi się ciekawe towarzystwo, kilkoro młodych ludzi, jadących na konwent Nejiro do Lublina. Przynajmniej nie było nudno po drodze!

W Lublinie przesiadłam się w bus do Krasnegostawu - bardzo wygodna przesiadka, wszytko jest w jednym miejscu - i parę minut po jedenastej byłam już pod szkołą, gdzie nie sposób było nie natknąć się na kowali:


W środku zaś pomalutku, przy kawce i herbatce z wielkiego termosu, rozkręcała się impreza. Rosła sobie wystawa i rozstawiały się stanowiska z wszelkimi dobrami, które koniecznie trzeba było obejrzeć, obmacać, a potem dobrze trzymać się za kieszeń, bo wszystko korciło.



Było coś dla szyjących, robiących kartki i kwiaty, były elementy do biżuterii i mnóstwo włóczek, a także gotowe, ręcznie robione cuda-cudeńka.








Wreszcie wszystko zostało poukładane i porozwieszane, i odbyło się uroczyste rozpoczęcie Festiwalu:


A wkrótce potem, po solidnym obiedzie w stołówce, rozeszliśmy się na pierwsze warsztaty.

środa, 6 lipca 2016

Tęczowy Kocyk

Miało być o festiwalu w Krasnymstawie, ale chyba jednak nie dziś. Ten wpis jest z serii "muszę, bo się uduszę". W zamieszaniu przed festiwalem trafiłam na wiadomość o akcji "Tęczowy kocyk". Dołączyłam, choć w tamtym momencie nie miałam szans nawet palcem kiwnąć. Co więcej, mam tyle prac rozgrzebanych, że starczy mi na dwa miesiące solidnej nasiadówy, i nie wiem, kiedy ja to wszystko skończę.

Pojechałam na Zjazd, urobiłam się prowadząc warsztaty (choć nie przesadzajmy, były tylko jedne trzygodzinne - ale adrenalina trzymała), nauczyłam się mnóstwo od innych,  nagadałam z ludźmi i w ogóle pobyłam w licznym towarzystwie, i nie omieszkałam zwiedzić stoisk z cudeńkami. Jedną ze zdobyczy były dwa motki tęczowej włóczki w dziecięcych kolorkach. Miękkie i takie słodkie.


O, na tym regale u góry po lewej je wypatrzyłam.

I w domu po powrocie rzuciłam wszystko i robię tęczowe rożki.

"Tęczowy kocyk" to smutna akcja. Rożki, kocyki, czapeczki, kokonki i co tam kto wymyśli przeznaczone są dla dzieci z hospicjum perinatalnego. Tam wiadomo, że nie będzie szczęśliwego końca. Dziecko albo rodzi się nieżywe, albo pożyje chwilę. Kilka minut? Godzinę? I pomijając cały tragizm tej sytuacji, powstaje całkiem praktyczny problem, w co tego malusieńkiego człowieka ubrać. W szpitalach z empatią wśród personelu bywa, no... różnie. Zresztą położne dysponują, czym dysponują. Szpitalna serweta? Lignina? Bywały i paskudniejsze pomysły. Tak nie powinno być.

Grupa powstała wiosną, liczyła na początku 10 osób, a teraz już ponad tysiąc i wciąż dołączają nowe. Zajmuje się tym, co do tej pory było niewykonalne. Ubranek w tak malusieńkich rozmiarach nie znajdzie się w sklepach dziecięcych. No to w jakich - z zabawkami? Ciekawe, ile mam ze łzami w oczach szyło coś - cokolwiek - żeby ubrać dziecko wielkości dłoni.

Dla wielu szyjących i dziergających robienie rożków - zwłaszcza pierwszych - to trudne przeżycie. Zwłaszcza osoby, które same przeżyły poronienie, wracają do wspomnień. Niektóre jednak mówią, że pomału robi się łatwiej i lepiej.

Zazdroszczę nie od dziś osobom, które mają maszynę. Byłoby szybciej: przykroić, pospinać warstwy, sfastrygować, zszyć. Potem tylko tasiemka i guziczki, i gotowe. Choćby dziesięć sztuk za jednym zamachem. No, może trochę nie doceniam ilości pracy, ale mimo wszystko...


Ja robię na drutach. Do tej pory skończyłam jeden rożek i malusieńką czapeczkę, mam też już guziczki w odpowiednich kolorach. To wczoraj.



Dziś robię drugi rożek.


Są i dalsze plany, mianowicie potrzebuję nadmiaru czapeczek, który zostanie wysłany do koleżanki, i myślę o kwiatku do każdego rożka, albo dodatkowej czapeczce, na pamiątkę. Tylko czy mi starczy pary do tej roboty, i czy to ma sens, bo może lepiej po prostu jechać z rożkami.

Co do odczuć - ja mam oczy w suchym miejscu, w każdym razie w tej chwili, za to robię wszystko z bardzo głębokim przekonaniem, że tak trzeba koniecznie, i że bardzo chcę. Ręce się same wyciągają do drutów. Jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że nie straciłam dziecka, za to kiedyś zastanawiałam się, jak to jest w takiej chwili, co bym zrobiła, jak bym sobie radziła z brakiem podstawowych rzeczy potrzebnych do pochowania takiego maluszka. Temat sam się tak jakoś narzucił i kombinowałam w wyobraźni. Nikt mi nie musiał teraz klarować, po co te rożki. One muszą być i basta, i bardzo szkoda, że ta akcja zaczęła się w Polsce dopiero w tym roku. Swoją drogą szpitale powinny (pewnie w jakimś państwie idealnym) mieć takie ciuszki na stanie, aby ich użyć, kiedy przyjdzie potrzeba. Skoro nie da się osiągnąć tego, aby każde dziecko urodziło się żywe i zdrowe...

Robię najładniej jak potrafię. Szkoda, że nie umiem pięć razy szybciej. Różnobarwne włóczki same pchają mi się do rąk, pewnie kiedyś przyjdzie czas, że będę się trzymać jednego koloru. Teraz kolejne odcienie to impuls: rób, rób, zobacz, jaki będzie następny! I bardzo mnie to cieszy, i jakoś tak samo się w rękach układa. Wzór jest tak prosty, że już nawet nie liczę, gdzie zbierać oczka na narożniku, to po prostu widać. Chciałabym, aby taki rożek otulał maluszka jak kolorowa chmurka. A może jego rodzice też choć przez chwilę będą mniej smutni? Chciałabym. Myślę o nich.

czwartek, 30 czerwca 2016

Już za chwileczkę, już za momencik - Krasnystaw!

Festiwal w Krasnymstawie rozpoczyna się już jutro! Dziś zjechali pierwsi uczestnicy. Mają wycieczkę do Lwowa, której ogromnie im zazdroszczę, ale tego roku nie udało się jechać wcześniej. Ja zamierzam dołączyć do imprezy jutro koło południa. Będzie obiadek, powitanie, pierwsze warsztaty... I zabawa aż do niedzieli!

Już się nie mogę doczekać. Ciekawe, ilu znajomych spotkam. Ciekawe, ile osób zjawi się na moich warsztatach. Wstępnie słyszałam o pięciu czy sześciu, ale no... jakby ktoś jeszcze doszedł w ostatniej chwili, miejsce przy stoliku się znajdzie, i materiały też. W końcu tak niewiele trzeba. Koronka pętelkowa to igła i nitka. No, dla początkujących jakieś płócienko czy kółeczko z filcu, żeby łatwiej robiło się ściegi, bo i ja wciąż nie pałam miłością do zaczynania roboty samą nitką od środka. To się bardzo trudno trzyma w palcach, takie jest maleńkie. Wszystko przygotowane.

W tej chwili, poza pakowaniem, dorabiam gotowe drobiazgi ku uciesze ogółu: obrębiane koroneczką poduszeczki na igły, takie mini-mini. Jak kto chce, może sobie taką na choince zawiesić na przykład. Mam zabawę, bo to szybka robota, zwłaszcza jak na pętelki, które generalnie są czasochłonne. Trochę ostatnio jeździłam pociągiem, i zamiast pstrykać w 2048...


... które, jak niektórzy się domyślą, zajmuje mi więcej czasu, niż lubię się przyznawać...

... porobiłam przez ten czas igiełką.  Dorobek na razie wygląda tak:



 Uff. Gorąco. Lecę się pakować.

środa, 29 czerwca 2016

Twórcze Inspiracje nr 2-3/2016

Muszę przyznać, że bieżący numer "Twórczych Inspiracji" zrobił na mnie wrażenie. Jest w nim parę rzeczy, za które mam dużą ochotę się zabrać. Gdyby tak mieć dodatkową parę rąk, albo jeszcze lepiej, swojego sobowtóra, którego oddelegowałoby się do załatwiania przyziemnych życiowych spraw! Cóż, nie ma łatwo, pewne rzeczy muszą poczekać, niektóre czekają od lat nieruszone, a inne wiodą żywot weteranów UFO w składziku pod lampą.

1) Pierwsza propozycja to naszyjnik z rozetek yo-yo. Spotkałam się już kiedyś z tą techniką na jednym ze zjazdów robótkowych, chyba w Ustroniu. Bierze się kolorową tkaninę, wykrawa kółka, obszywa fastrygą i ściąga nić, co tworzy zmarszczone pośrodku rozetki. Można je w różny sposób łączyć i naszywać, a jak kto chce, może pośrodku doszyć koralik. W ten sposób mamy materiał na naszyjnik, albo co tam komu w duszy zagra. Ładny pomysł i nietrudny, w sam raz do letniej sukienki.

2) Upcykling szmatek, czyli robimy torbę na laptopa. Bierzemy co tam komu w szafie zalega: znoszone dżinsy, starą spódnicę, a może resztki po jakimś większym szyciu, możemy uzupełnić to dokupionym materiałem, i szyjemy. Ja kiedyś dorwę tę maszynę, bo dobrej torby po prostu mi brak. Nawet nie musi być laptopa w środku, ja mam dość bambetli, które mogę do niej wpakować.

3) Haft wstążeczkowy - torba z sową. Śliczna ta sowa, zresztą bardzo ładnie dobrana do materiału torby. Aż się prosi, żeby spróbować. U mnie to raczej dalsze plany, ale kto wie. Czasami pewne prace pojawiają się w życiu nagle: po prostu przychodzi na nie pora.

4) Szydełkowe gobeliny - szydełkowanie gobelinowe - tapestry crochet - albo ostatni krzyk mody wśród moich robótkujących znajomych. Letnia torba-worek, zrobiona na wzór indiańskich mochila bags albo wayuu bags. Warto zobaczyć, jeśli ktoś jeszcze nie wie, co to jest, bo idea jest bardzo prosta, a można uzyskać wspaniałe efekty.

5) Patchwork, tym razem pled i poduszka. Propozycja na pierwszy patchwork, i na pewno na wiele następnych. Ja tego jeszcze nie szyłam (powtarzam jak mantrę: nie mam maszyny), ale można tu znaleźć podstawy i zrobić sobie coś użytecznego. Do tego poduszka szyta nieco inaczej, z brzegami tkanin wywróconymi na zewnątrz i zmechaconymi, co daje ciekawy efekt. Tak by można uszyć również torbę.

6) Quilling - kartka z zaproszeniem na ślub. I powiem tak: wiele prac quillingowych nie przekonuje mnie, i nieraz mam takie odczucie: no, można, tylko po co? Ale ta karteczka jest śliczna, z doborem kolorów, podłożem z czerpanego papieru i wszystkimi tymi zawijaskami. Taki quilling rozumiem. I jeszcze ten niebieski kwiatek, który z niej wystaje i jest trójwymiarowy. Brawa dla autorki.

7) Amigurumi, czyli szydełkowe maskotki. Sowa, nietoperz i pingwin. Sądzę, że mnóstwo osób złapie za szydełko i będzie robić, robić, robić! Świetny pomysł na nieduże prezenty dla dzieciaków, albo na breloczek do plecaczka czy cokolwiek. A jak się już zrobi stworki z kursu, człowiek umie  dość, aby wymyślić sobie mnóstwo własnych.

8) Bransoletki w technice puncetto valsesiano - a to moja robota, pracowałam nad tym kilka miesięcy temu (tak, takie materiały przygotowuje się dużo wcześniej). Mam nadzieję, że się komuś spodoba, i że się pochwali zrobioną bransoletką.

9) Beading - bransoletka ze ściegu cubic, kwadratowego w przekroju. To się przyda każdemu, kto się zajmuje biżuterią z drobnych koralików. Ładny ścieg, taki sznurek koralikowy można formować w różne kształty i łączyć z innymi formami. Łatwo jest też wrabiać kolory według schematu, jest nawet kilka propozycji łączenia kolorów. Niejedna bransoletka może powstać.

10) Bransoletki z wrabianymi wzorami: ciekawe podejście i bardzo mi się to podoba. Nie narzucamy techniki, tylko podajemy gotowe wzory na szerokie bransoletki, czy to będzie jaskrawy wzór indiański, czy krata jak z płaszczy burberry, czy motyw nieba z obrazu Van Gogha. A ty, czytelniku, łap za koraliki, igłę, krosienko, mulinę, i rób z tym co tam sobie chcesz. Technikę i ścieg możesz dobrać sam. Wszystkie wzory są zresztą w dwóch wersjach, z których jedna jest w kratkę 10x10 jak do haftu krzyżykowego (ale i do tkania koralikami na krosienku), a druga poprzesuwana, jak do ściegu peyote.

11) Haft krzyżykowy - metryczka z sówką. Ładna propozycja, metryczki cieszą się powodzeniem. Znajdzie zastosowanie.

12) Piękno z natury, czyli kosmetyki własnego wyrobu. Temat bliski mi bardzo, bo od miesiąca lub więcej z upodobaniem stosuję kremy i dezodoranty, które zrobiłam sobie sama. Co więcej, rodzina obdarowana próbkami jest zadowolona i powiada, że mi się chętnie w przyszłości dołoży do zakupu składników. A róże na zdjęciu aż do mnie pachną. Ja je znam, dostałam wielką garść płatków, może z tego samego krzaka. Zapach był taki, że czuć go było przez zamkniętą paczkę. Ten krem ze zdjęcia musi być niesamowity! Warto sobie przyswoić wiedzę z tego artykułu, a potem... no cóż, samemu kombinować, albo rozejrzeć się za przepisami, których jest mnóstwo. Co więcej, niektóre składniki, nawet z niczym niewymieszane, mają dobroczynne działanie. Takie masło shea jest świetne, mimo swojego zapachu, który nie wszystkim może odpowiadać. Warto, powiadam.

A pomiędzy tym kolorowym szaleństwem skromnie się chowa ogłoszenie o III Festiwalu Twórczo Zakręconych w Krasnymstawie, od 1 do 3 lipca tego roku. Kochani, widzimy się w piątek!

piątek, 24 czerwca 2016

Mydło numer jeden

Pomysł, żeby popróbować sił w robieniu mydła, dojrzewał we mnie już od dawna. Czytało się to i owo, teorię się przyswoiło. Nie ma zmiłuj: krem można ukręcić byle jak i w byle czym, ryzykuje się najwyżej stratę kilku deka produktów, jeśli zapaskudzona mieszanina spleśnieje, skwaśnieje i w ogóle będzie do wyrzucenia.

Przy mydle lepiej tego nie próbować. To jest praca z substancją paskudnie żrącą, czyli z ługiem sodowym albo potasowym. A więc czytać, doczytywać, zgromadzić wszystko czego trzeba, i dopiero brać się za eksperymenty.

Po długim tentegowaniu w głowie zaopatrzyłam się w co następuje:

  • rękawice z oznaczeniem, że są odporne na odczynniki;
  • gogle na oczy, bo wzrok mi jeszcze miły;
  • fartuchy całkiem solidne mam w domu dwa, starą flanelową bluzę też znalazłam, i jeśli się trafi jedna czy druga dziura, nie będę płakać;
  • garnek emaliowany okazał się zdecydowanie tańszy od garnka ze stali nierdzewnej. Uwaga - aluminiowe odpadają zdecydowanie, zostaną przeżarte;
  • najtańszy blender w Auchan kosztował 35 zł, pracuje jak traktor;
  • silikonowa szpatułka do mieszania,
  • dwie foremki silikonowe z Allegro.

Co do zasady sodowej i potasowej, najpierw kupiłam wodorotlenek sodu w sklepie chemicznym, po czym doczytałam sobie, że powinien być jakości cz.d.a (czysty do analiz), tymczasem na opakowaniu nie było takiego oznaczenia. Cóż, będzie do odtykania rur, albo czy ja wiem... Nie było rady, rozejrzałam się po sieci i tym razem kupiłam oba wodorotlenki takie jak powinny być.

Oleje - tu wybrałam jeden z najprostszych przepisów, wystarczył do tego olej rzepakowy i kokosowy. Jeden i drugi wzięłam z lokalnego spożywczaka.

Ostatnio miałam w domu bardzo gorący okres, nerwy i gonitwę, i nie było łatwo znaleźć spokojną chwilę na tę pracę. Wreszcie jednak...

... odgarnęłam z kuchennego blatu wszystko co mi zawadzało,

... dokładnie opróżniłam i osuszyłam zlew z okolicami,

... obłożyłam to wszystko szmatkami, bo szkoda by było powypalać dziury,

... odważyłam co do grama po kolei tłuszcze, wodorotlenek i wodę,

i zaczęłam zabawę.

Opancerzyłam się jak żołnierz w narzutkę pe-chem. Długi rękaw (oooj, gorąco!), gogle, nawet twarz czymś osłoniłam, bo mi własna facjata droga, choć niepiękna. Tenisówki na nogi, bo normalnie w tych warunkach biegam po domu na bosaka. Rękawice. No i wzięłam się za mieszanie.

Wodę miałam w dużym słoiku. Do tego pomalutku wsypałam wodorotlenek. Mieszałam szpatułką. Dziwne wrażenie, kiedy coś wygląda jak woda sodowa, a ty wiesz, że może ci rękę wypalić do kości. Oparzenia od zasad są wredne, bo głębokie, a z początku nie widzi się, że coś się stało. Tak mi mówili. Słoik mocno się nagrzał, na szczęście nie pękł. Trzymałam go w zlewie na wszelki wypadek.

PAMIĘTAJ, MYDLARZU MŁODY, SYP ZAWSZE SODĘ DO WODY (© by Inez Herbiness)

Na kuchence w garnku rozpuściłam tłuszcze, bardzo dokładnie wygarnąwszy je szpatułką z naczynia, w którym były ważone. Wystarczyło chyba jakieś 40-50 stopni, aby oba ładnie się połączyły. Wtedy pozostało odczekać, aż słoik z ługiem wystygnie. Nie mam do tej pory termometru, sprawdzałam na dotyk - przez rękawicę - czy nadal jest gorący, czy wreszcie taki jak trzeba, po prostu dobrze ciepły. W międzyczasie musiałam nawet podgrzać odrobinę tłuszcz, bo się zrobił chłodny.

Wreszcie mogłam wstawić garnek z tłuszczami do drugiej komory zlewu, cieniutkim strumieniem wlać ług i zacząć powoli mieszać całość wyłączonym blenderem.

PAMIĘTAJ, MYDŁODZIEJU, LEJ ZAWSZE ŁUG DO OLEJU (© też by Inez Herbiness)

Tłuszcze ze złotawych i przezroczystych zaczęły się robić mętne. Wtedy z niejaką tremą odpaliłam blender, modląc się, aby nie okazał się świnią i nie ochlapał zdradziecko mnie i całej kuchni. Chodzi toto jak traktor Ursus, ale udało się utrzymać go w łapie tak, że wszystkie wyloty znalazły się pod poziomem cieczy. I tak sobie ten blender bzyczał i ryczał, substancja w garnku mieszała się intensywnie, aż po paru minutach tej zabawy zobaczyłam, że gęstnieje. Nie odpuściłam i nie wyłączyłam blendera, aż pokazał się ślad mydlany. Jeszcze nawet kilka razy włączyłam potwora na chwilę, żeby się upewnić, że naprawdę na powierzchni utrzymują się wzorki po jego przejściu, jak na budyniu.

Budyń wlałam do mniejszej foremki, po czym zobaczyłam, że jest go tak jakby za dużo, przestraszyłam się nieco i część masy przełożyłam do dwóch plastikowych miseczek po deserkach. Całość ustawiłam na tacy, przykryłam folią do żywności i szmatkami, i ustawiłam na lodówce z wywieszką, że MYDŁO - ŻRĄCE.


Następnego dnia miałam od rana gonitwę po mieście, i drugą w planach na późniejsze popołudnie, lecz między jedną gonitwą a drugą zdjęłam tacę z mydłem z lodówki, i opancerzona w rękawice wyjęłam z foremek zawartość. Kubeczki po deserkach po prostu rozcięłam, bo nie żal. Silikonowa forma zdjęła się prawie sama. Jest giętka jak ślimak. Mydło było już zestalone, i jeśli widać było fazę żelową, to miałam do niej pecha, bo pewnie to było w nocy i nic nie udało mi się podpatrzeć. Pokroiłam nożem ceramicznym bez większych trudności.



Dowiedziałam się potem, że w sumie te rękawice nie są na tym etapie bardzo potrzebne, bo zasadowość znacznie spada. Mnie papierek lakmusowy pokazał około 10. To nadal za dużo, aby się tym myć, ale w dłoni dziury nie wypali. Inni jednak robią to w rękawicach. Co kto woli.

No i mydło sobie leżakuje. Jest jasne, pachnie bardzo słabiutko, takim łagodnym, czystym mydłem. Kolor ma jak widać, taki jasnośmietankowy. Rodzina już się do niego uśmiecha. Ciąg dalszy zapewne nastąpi.

wtorek, 7 czerwca 2016

Postępy Alchemii, nr 3/2016

Donosi się PT Czytelnikom naszym, iż imość Piwonia co jakiś czas sięga w głąb szafki z utensyliami kuchennymi, skąd, pufiąc i parskając od wysiłku, z samego kąta wyciąga słoik zacnej wielkości, napełnion płatkami róży, zalanymi miodem i gorzałką. Trunek ten w leczeniu uporczywego fransunku ma być przydatny. Na razie raduje serce róż odorem przyjemnym, do picia jednakoż będzie zdatny najpewniej za tygodni kilka. Imość Piwonia niecierpliwi się, iż tak wolno przetrawia się w specjale onym smak wódczany, miesza więc w słoju cierpliwie, zakręca i odstawia na miejsce, po omacku odnajdując kąt, gdzie mikstura w ciemności dojrzewa.


Po prawej ręce na fotografiji znajdziemy ulubione mazidła imości:

* masło shea, którego resztka już imości została, zacnie opakowane w pojemnik po jajku-niespodziance. To godne polecenia odkrycie, niewiasta może bowiem takie maleństwo nosić w torebce i sięgać, kiedy zechce;

* dezodorant, na który łasym okiem popatrywać zaczyna i męska część rodziny;

* porcyjka kremu z sezamem, w malutkim puzdereczku, coby w upały i burze całość imości nie zapleśniała. Duże słoje z kremami w lodówce stoją i imość we głowę się drapie, czy jest ostrożna, czy też fiksum-dyrdum jej umysł zaćmiewa, a kremy na oliwie i maśle shea bezpiecznie na zewnątrz trzymać można. Szczęśliwą jest jednako, iż pleśni ni śladu na razie nie widać.

Redakcja przyznaje, iż takoż w zdrowie umysłu imości Piwonii powątpiewa, albowiem imość w podejrzanym jakowymś kącie trzyma ługi wielce żrące, i jakoby mało jej było domowego bałaganu i prac rozlicznych, o mydła wyrobie przemyśliwa, a pieniądze na utensylia nowe psuje.

W razie postępów imościnej choroby, naszych PT Czytelników na bieżąco informować będziemy.