poniedziałek, 9 lutego 2015

Trzy miesiące za nami

Stokrotka niedawno obchodziła trzymiesięczne urodziny. Nie było tortu, ale jakie szaleństwo! Pannica zwiększyła zasięg wielokrotnie. Ulubiony sport to skakanie do naklejek i magnesików, którymi upstrzona jest lodówka. Nic się nie ostało do wysokości stołu. Były też oczywiście pościgi za Topciem, lub dzika ucieczka ze zjeżonym ogonem. Mam wrażenie, że robienie szczoty z ogonka jest bardzo przyjemnym zajęciem, bo nieraz szczota pojawia się nawet bez specjalnej okazji. No i nie ma jak trzymiesięczna pomocnica przy robótkach. Gryzienie sznurków z koralikami, plątanie nici - jakaż to piękna sprawa!



Na balkon nieraz zagląda Zuzia, mama Stokrotki i Sasanki. Jest płochliwa, ale wie, że zawsze dostanie coś dobrego do jedzenia:


A dziś udało mi się złapać Rudego na robieniu tzw. surykatki. Nie zamontowaliśmy dzwonka przy drzwiach na balkon, więc kocio musi radzić sobie inaczej, gdy znudzi mu się spacer i chce wrócić. Staje na dwóch łapach i bębni w szybę. Tak, tak, te szare pionowe smugi to robota jego paluszków.





niedziela, 8 lutego 2015

Koraliki - ciąg dalszy starych planów

Może to jest tak, że człowiek robi się mało twórczy, powtarza stare wzory czy co. Ale z drugiej strony tylko tak można nauczyć się robić coś dobrze. Pierwszy raz jest zawsze krzywy, te dalsze też różne... Na dodatek zawsze można bawić się kolorami, albo zmieniać jakieś detale. A jak mi wpadnie do głowy coś zupełnie nowego, to czemu nie.

Zalegały mi w pudełku dwa samotne biało-zielone wisiorki. Wreszcie, aby odpocząć od pętelek, dorobiłam do nich komplety. Kolorki te same, wzory różne.


Druga rzecz, która mnie czasem męczy, to różne koraliki, które jakimś cudem, choć ładne, nie doczekały się swojej kolejki. Taki piasek pustyni. Albo ścinki sznurków, zajmujące mi bez sensu coraz więcej miejsca w pudełku. To się musi dać wykorzystać! No i się dało.





Myślę, że będzie więcej. 

poniedziałek, 2 lutego 2015

Nie mam pomysłu na tytuł

Moje kociaki mają już prawie trzy miesiące. Wyrosły z nich zwinne, sprytne i bardzo przytulajskie kocie panny. Jedna, Sasanka, już ma dom stały! I zwiedziła wszystkie kąty, ładnie je, problem kuwetki nie istnieje, a nawet zdążyła narozrabiać w nowym miejscu. Konkretnie - pozrzucała obrazki ze ściany i trzeba je było przewiesić. W sumie mogłam się tego spodziewać. W ostatnim okresie zrobiły sobie ze Stokrotką dyscyplinę sportową w skakaniu do magnesików na lodówce. Do wysokości kuchennego stołu żaden się nie ostał. 

Stokrotka ma trafić na stałe miejsce w połowie lutego. Szkoda nam będzie rozstawać się z tą pieszczochą. A jakie to inteligentne! Psa trzeba uczyć aportowania. Stokrotka sama wpadła na to, że człowiek świetnie nadaje się do rzucania myszek. Po dwadzieścia razy potrafi przynosić nam w zębach myszkę-grzechotkę, a potem gania za nią, aż się tupot rozlega. Skoro siostrzyczka gdzieś się podziała, Stokrotka rozrabia teraz z Topciem. Potrafią narobić hałasu! 

A ja siedzę od dłuższego czasu pochłonięta pętelkami. Co z nich ma być, to pokażę później. Moje ulubione słowo: co druga osoba w sieci pisze "pokarzę", a ja mówię sobie: ajajaj, laniem, grzywną czy więzieniem? A poza tym przysługuje mi prawo do adwokata!

W zasadzie mogłabym skończyć, ale dwa drobiazgi mam rozpoczęte. Nie zostawię ich tak, dość mam ufoków. W kącie zalegają mianowicie dwa hafty, kapeć na szydełku tunezyjskim, serwetka pętelkowa, która jest następna w planach i powinnam ją szybko kończyć, serwetka koniakowska, której brakuje ostatniego rzędu, to nieszczęście z motywów, co to kiedyś zaczęłam, a potem na dobre straciłam serce do niego, i nie pamiętam co jeszcze...

A plany jakie mam, ho-ho, i pewnie 90% zdążę zapomnieć zanim będę mieć szanse w ogóle je rozpocząć: 
  1. porobić trochę koralików na różne takie aukcje,
  2. kupić włóczkę Dorę i szydełko tunezyjskie nr 3, bo chcę zrobić kapcie trochę bardziej udane niż ten, który teraz u mnie zalega,
  3. jakieś malutkie hafciki na akcję poduszkową,
  4. przypomnieć sobie, jak się robiło frywolitkowe błyskotki, skoro mam takie zapasy farbowanych kordonków,
  5. zrobić sobie bransoletkę puncetto, a może zakładkę do książki, co oznacza naukę techniki razem z okienkami, pajączkami i łączeniem kolorów,
  6. zawziąć się i popracować jeszcze nad jakimś okazałym pętelkowym cosiem, nie powiem po co.
To dość na wiele, wiele godzin pracy. Ano, co będzie, to będzie.

sobota, 17 stycznia 2015

Zabawa w farbowanie

Tak się złożyło, że potrzebowałam kordonka w różnych kolorach, znacznie weselszych niż te, które miałam. Wiosna, lato - z czym się to może kojarzyć? Z soczystą zielenią jasną i ciemną, błękitnym niebem, pomarańczowo-brzoskwiniowym zachodem słońca, żółtymi wiosennymi kwiatami, turkusowo-zielono-błękitnym morzem, i z mnóstwem innych przyjemnych rzeczy. Przejrzałam swoje zapasy i znalazłam: granat, kobalt, bordo średnie i ciemne, ostrą czerwień, smętną ciemną zieleń, do tego pudrowy róż (żeby nie powiedzieć gaciowy). Trochę to za poważne.

Z drugiej strony na dnie szuflady od dawna trzymam torebeczkę z mnóstwem barwników do tkanin, a w innym kącie pudełko białej Ady 15. Kupiłam na zapas, i wreszcie przyszła na nie kolej. Owszem, było napoczęte już dawniej. Zrobiłam kiedyś kilka motków farbowanych nici, zafascynowana instrukcją na blogu Okiem Gackowej:


Wyszło z tego trochę frywolitek:




Teraz powtórzyłam eksperyment. Z kuchni zrobiła się istna jaskinia wiedźmy. Parujący garnek na gazie, mnóstwo szklanek i filiżanek z podejrzanymi substancjami (...eee, każda z innym kolorkiem).  Walające się kawałki ręcznika kuchennego. Zwoje folii. Piekło przeniosło się do łazienki, gdzie kolejne motki płukały się w kilku miskach. Śmierdziało octem. Potem całe to dobro suszyło się na kaloryferze, a w zlewie piętrzyły się upaćkane filiżanki. Nie było gdzie ich odkładać po zmyciu, część musiała obeschnąć na blacie przy zlewie. Tak, tak, droga Perfekcyjna Pani Domu: jeżeli jest Pani zwolenniczką natychmiastowego wycierania i chowania do szafek umytych naczyń, serdecznie zapraszam!






Były dwie albo trzy sesje tego farbowania. Nie powiem, jestem całkiem zadowolona z wyników. Tam, gdzie było dziesięć białych motków, mam teraz wszystkie kolory tęczy i jeszcze trochę. Część jest jednokolorowa, część mieszana. Nie wytrzymałam, narobiłam już z tego koronkowej drobnicy: 


W końcu zawzięłam się i porobiłam próbki każdego koloru (a mam ich koło dwudziestu), co więcej, z każdej nici wyszydełkowałam malutki wachlarzyk i przyczepiłam do torebeczki, żeby widzieć, jaki kolor wychodzi naprawdę. To nie żart, większość farbek całkiem ładnie przypomina to co jest na opakowaniu, niektóre jednak bardzo odbiegają od opisu. Kolor pistacjowy okazał się bladym turkusem. Pomarańczowy w ogóle nie przypomina pomarańczowego. Złoty bynajmniej nie jest metalizowany. Dobrze jest mieć jakiś wzór. A przy okazji wypraktykowałam, że śliczna wiosenna zieleń wychodzi, gdy zmieszać właśnie ten pistacjowy z odpowiednią ilością żółtego, natomiast fantastyczne soczyste zielenie udały mi się, gdy umalowałam zwój nici zielenią, ciemną zielenią i szafirem (który był raczej zielononiebieski niż szafirowy), i wszystko to poprawiłam żółtym.

Jeszcze jedno: nie jest łatwo w taki sposób uzyskać równe farbowanie. Nie gotowałam przecież nici w roztworze barwnika, boby mi garnków nie starczyło. Potem zresztą nie domyłabym ich wszystkich i umarłabym z głodu, bądź pochorowała się od skażonego jedzenia. Farbki nie zawsze równo się rozpuszczają. Bywają grudki, poza tym w jednym miejscu pędzel chlapnie mocniej, w innym słabiej. Zrobiłam rzecz idiotyczną: brałam te zwoje nici i miętosiłam w garści, aż uznałam, że barwnik dotarł we wszystkie zakamarki. Jak potem wyglądały moje ręce, wstyd pomyśleć. Następnym razem zaopatrzę się w gumowe rękawiczki. Słowo.

czwartek, 8 stycznia 2015

Słowik

Mam zakocony balkon. Zwierzaki mogą się tu swobodnie dostać i nieraz je widzę, jak sobie wędrują, albo wręcz siadają pod drzwiami i czekają. Nawet wśród tych dzikich i nieufnych zdarzają się dość sprytne, aby wyniuchać, że tu ludziska mają miękkie serce i wystawią miseczkę chrupek i picie. Aktualnie z dzikusów widuję mamę Stokrotki i Sasanki, tę trikolorkę, która tak nieszczęśliwie - lub bardzo szczęśliwie - urodziła kocięta na balkonach sąsiadów. W sumie nawet, gdyby była najtroskliwszą matką, kocięta nie miały szans przeżycia na dworze. W listopadzie? Niemowlęta wymagające ciepłego gniazda? Nic by z tego nie było. 

Tymczasem obie kicie żyją, mają się świetnie, i Stokrotka w tej chwili właśnie dodała własny wpis na blogu: ]\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\

O. 

Kitka jest jednak nabytkiem dość nowym, na osiedlu zaczęła pojawiać się bodajże późnym latem. A my mamy starszych kocich znajomych. Jednym jest oczywiście Rudy. W tej chwili grzeje się u nas, jednak gdy tylko zrobi się cieplej, będzie znikał na całe dnie. Czasami, choć rzadko, pojawia się Syjamek vel Leon. 0---------------- [Stokrotka, ja cię bardzo proszę, teraz tu nie pisz i nie włączaj opcji]. Zje kilka chrupek i idzie. Nie lubi, jak się go dotyka.

Całkiem często zjawia się za to Słowik. To jest któś! Kiedy zza okna, całkiem dobrze izolującego dźwięki, słyszę przeciągłe "maaaau", nikt nic mi nie musi tłumaczyć. Wiem i tak. Za drzwiami siedzi potężny osiedlowy kocur. "Mordziasty", jak by go określił niezapomniany Wiech. Te świńskie, skośne oczka. I głos nie do pomylenia. Poznaliśmy go w lutym zeszłego roku. Wtedy mianowicie po raz pierwszy od lat usłyszałam kocie śpiewy. Niby mamy na osiedlu stado kotów, które produkuje kociaki przynajmniej dwa razy do roku, ale takich arii jak za mojego dzieciństwa to tu nie bywało. A tymczasem zwierzaki odzyskały głos. Najgłośniej darł się ten właśnie potężny koci oprych. Myślałam, że dziki i drapieżny jak zaraza, a tu masz - dzieci uszczęśliwione, że któregoś razu nie uciekł, gdy tylko otworzyły drzwi, wyciągnęły do niego rękę, a ten dał się pogłaskać i chyba nawet zamruczał. Po paru dniach nawet odważył się wmaszerować do domu na miseczkę chrupek. Był bardzo grzeczny, pozwolił się na do widzenia podrapać za uszkiem, po czym przeszedł przez próg i natychmiast zawrzeszczał na całe gardło: "Maaaau! Maaaau! Maaaaau!" i ze śpiewem zeskoczył na ziemię. 

Styczeń minie, luty się zacznie, potem marzec. Oj, będzie się działo. Już szykuję wiadro i szczotę do zmywania esencji zapachowej "Kocio Szanel No. 5,5" z balkonu. 



Takiemu nikt nie podskoczy!

środa, 7 stycznia 2015

Choinka wciąż stoi

Tak, to nie żarty, w domu pełnym kotów choinka wciąż stoi i ani razu nie leżała. Nie da się tego powiedzieć generalnie o wszystkich ozdóbkach, z których co niższe spadały, turlały się, a nawet były tarmoszone. Jedna czy dwie szczególnie słabo zamocowane bombki już nie wiszą, a są położone w rozwidleniach gałązek. Tak jest pewniej. Szklane bombki pozostały w pudełkach.

Nie wygląda może najokazalej, ale nadal ją mamy. Po Wigilii nawet nabrała kolorów. Święty Mikołaj każdemu z nas przyniósł po bombce-karczochu, każda inna. Przewidział problem, czy tak mu przypadkiem do worka powpadały? Nie wypada dopytywać, ale przydały się! Ta na dole, fioletowo-zielona, jest jednak mojej roboty. 

Przekrój technik na choince jest dosyć spory. Wykorzystałam różne znaleziska z pudła w szafce, niektóre nawet z wymianek wielkanocnych. Jajka omotane szydełkiem i motylki to był wymiankowy prezent od Magmorci. Rybki origami dostałam na Boże Narodzenie od Halszki. Jajko-karczoch na dole też z wymianki, ale tym razem nie umiem zidentyfikować, od kogo. Szydełkowy aniołek - chyba od Moniki. A na dodatek powyciągałam wszystkie gwiazdki (nieliczne), jakie udało mi się wydłubać w ciągu ostatnich lat. Nigdy nie miałam zacięcia do świątecznych ozdóbek. Kilka szydełkowych, nareszcie ukrochmalonych (potrzebowałam impulsu). Jedna szydełkowo-pętelkowa. Jedna teneryfka. O, i aniołki klockowe, jeden mój, jeden od Małgosi z Łomnicy. Bombki filcowe chyba trzy zrobiłyśmy razem z córcią. Gdyby nie brak igieł, byłoby więcej. 

 W naszej sytuacji zresztą grunt to nie ozdóbki, a ciężka donica. Byle kotek tego nie ruszy.

 Jestem nawet zdziwiona. Małe opanowały już wchodzenie na stół, pianino i do wanny (oraz wpychanie się do wszelkich szafek korzystając z chwili nieuwagi), a z choinki ani razu ich nie zdejmowałam. Może więcej zabawek mają w moim kącie z robótkami, i nic ich tam nie kłuje w łapki?

wtorek, 23 grudnia 2014

Twórcze Inspiracje 1/6, styczeń 2015

Dotarł do mnie numer styczniowy Twórczych Inspiracji. Poczułam się, jakbym dostała prezent pod choinkę, bo wyjęłam go ze skrzynki wczoraj, a tu już świętami w domu pachnie. Sama gazetka też jest świąteczna, choć data wskazywałaby raczej na coś innego. Styczeń to czas, kiedy raczej rozbiera się choinki a bombki chowa na pawlacz. Mnie to jednak nie szkodzi. W moim domu choinka zawsze stała bardzo długo: aż igły opadły, a dbamy, aby jak najdłużej była świeża, a przynajmniej aby dotrwała do końca stycznia i sezonu kolędowego. Dlatego nie mam nic przeciwko temu, aby zrobić parę bombek z dzieciakami w grudniowe ferie.


Mam w tym jeszcze jeden interes: z uwagi na coraz większe kociaki, a i Topcia-szaleńca, w tym roku nie wieszam szklanych bombek, czyli musi mi wystarczyć produkcja domowa. Ze dwie bombki-karczochy, filcowe zawieszki, trochę zabaweczek słomianych i drewnianych, jakie się uzbierały przez lata, i inne takie drobiazgi. A tu są pomysły na kolejne bombki, gwiazdki i aniołki. Do rzeczy więc.

1) Bombki oplatane koralikami.  Łatwe, bez chemii (chodzi mi o kleje i ich opary), na pewno dosyć czasochłonne, ale do zrobienia. Oczywiście ja nie takie rzeczy robiłam, chodzi mi o dzieci i ich cierpliwość. Musiałabym tylko dobrze dopasować kolory wstążeczki, cekinów i koralików, aby nie wyszła pstrokacizna. Autorzy podpowiadają taśmę Carat Madeira, bardzo ładną. Sama pewnie kombinowałabym z czegoś, co znajdę w domu, ale może kiedyś...

2) Bombki ekologiczne. Ostatnio "czepiły się" mnie nietypowe materiały, i na te bombki popatruję łasym okiem. Gdybym przewidziała sprawę i zaopatrzyła się w styropianowe kule, to kto wie, może bym już kombinowała. Aha, jeszcze klej do styropianu. Kleje trochę mnie martwią, bo niektóre śmierdzą rozpuszczalnikiem. Taki Hermol, którym kiedyś wykleiłam całą grubą książkę kucharską z przepisów powycinanych z babcinych stert "Kobiety i życia" i "Przyjaciółki". Gazety szły na śmieci w czasie sprzątania strychu. Szkoda mi było, bo buszowałam tam jako dzieciak, oglądałam, czytałam, i zamarzyło mi się te przepisy uratować. Książkę mam do dzisiaj, poszło na to kilkanaście szkolnych zeszytów w kratkę. Tata oprawił, miał cały domowy warsztat introligatorski. Wyszły trzy tomy w płóciennych okładkach. Dobrze, że to były wakacje i lato. Kleiłam przy otwartym oknie, bo Hermol niemożebnie śmierdział. Spisywał się jednak wyśmienicie, trzyma mocno do teraz, a papier nic a nic się nie pomarszczył. Przy kleju biurowym to by była tragedia. O czym to ja... 

No tak, nie wiem, jaki jest ten klej do styropianu, i ten Magic. Nie mam na razie warsztatu do takich prac. A bombeczki bardzo ciekawe plastycznie, zresztą samemu można wykombinować coś jeszcze innego. Przeszperać zakamarki: tu kolorowy sznureczek, tu kawałek błyszczącej nitki, tam jeszcze coś - a może to się da wmontować, i nie byle jak, ale niecodziennie, efektownie? I sznurków jest wiele rodzajów... Druga strona pomysłu jest taka, że łatwo o bombkę wyglądającą jak opakowanie zastępcze. Ktoś pamięta "etykiety zastępcze" z lat 80-tych? Jest wyzwanie - nie dać się materiałowi.

3) Bombka quillingowa.  Powiem tak: na razie to nie moja poezja. Quilling mnie średnio ciągnie. Mówię to o sobie i tylko o sobie, bo jest mnóstwo osób, które uwielbiają zabawy z papierem i robią istne cuda. Takie bombki wyglądają mi na dosyć trudne: jak to zrobić, żeby te zwitki papieru nie tylko się nie rozsypały, nie rozleciały, ale rzeczywiście dały złożyć w trwałą konstrukcję, i to pustą w środku, bo szablon się wyjmuje? Jak gdzieś zobaczę i obmacam własnymi łapami, wtedy uwierzę, że to się nie załamie od byle dotknięcia. No i raczej nie jest to pierwsza praca, jaką bym dała komuś do wykonania w tej technice. Na pewno wymaga wprawy. 

4) Pierścionek z kaboszonem oplatanym koralikami. Kolejna technika beadingu, z tych trudniejszych. Kibicuję z upodobaniem, bo to bardzo ładnie wychodzi. Mam zresztą dwa czy trzy takie kaboszonki, wreszcie muszę się za nie zabrać. Te srebrne koraliki są ładne, pasują chyba do każdego koloru. A z techniką pewnie bym sobie poradziła, tylko nici żyłkowej nie lubię, bo prawie jej nie widać i się bardzo plącze. No i wreszcie jest pokazane, jak zamocować kaboszon bez klejenia. Duży plus! Bransoletka dla początkujących - zastanawiam się, na ile dałoby się do takich wprawek wykorzystać moje zapasy średnio grubych koralików, bo mam tego dobrych kilkanaście torebek w różnych kolorach, i tak sobie toto leży od paru lat zapomniane. Tylko czy nie za krzywe? Bo Preciosa to to nie była. O to to, a może w ramach ćwiczeń porobić takie sopelki na choinkę? Koty tego nie potłuką.

5) Kolczyki z kryształków: znowu kryształki do omotania drobnymi koralikami, tym razem na filcowym podkładzie. Ślicznie to wychodzi. Na pewno mam w zapasach czerwony i fioletowy kryształek. Tak popatrywałam na nie, i myślałam sobie, że są dwa właściwe zestawienia kolorów: jedno jak najbardziej zbliżone do ich koloru - czerwień do czerwieni, fiolet do fioletu, a drugie chyba właśnie perłowe, no chyba, żeby trafiło się jakieś bardzo stonowane srebro, byle nie świeciło jak lusterko. Tu fioletowy kaboszonek jest omotany metalicznymi koralikami w odcieniach fioletu, i właśnie o to mi chodziło. Bardzo efektowne kolczyki wyszły. 

6) Monochromatyczny motyl do wyszycia. Można się zżymać, że od spraw krzyżykowych to my mamy Igłą Malowane, ale motyl jest moim zdaniem jak najbardziej w porządku. Jest użytkowy. Może być na obrazek, na torbę, na poduszkę, i co tam kto sobie chce. Można go wyszywać dowolnym kolorem. Ba, nawet cieniowaną muliną. Mam takie dwa motki DMC po jakimś dawnym hafcie, ale na motyla potrzeba pięciu, czyli przyszłoby dokupić. Ładne są te moje, jeden w odcieniach błękitu, drugi błękitu i lila. Fioletowa Ariadna też nieźle wygląda. 

7) Kartki z serduszkami: po staremu nie podobają mi się. Wolałabym w tym miejscu kursik czegoś nowego... 

8) Ale kartka haftem wstążeczkowym jak najbardziej może być. Muszę kiedyś spróbować.
9) Kotyliony: uuu, ładne! Bardzo poważnie rozważam porobienie takich błyskotek do różnego wykorzystania. Cekinki, haft wstążeczkowy, i mój ulubiony filc, który przy braku maszyny jest genialny, bo nie wymaga wielkiego szycia i obrębiania. 

10) Aniołki na choinkę. Przy okazji przepisy na dwa rodzaje masy. Trochę onieśmiela mnie cała szklanka sody oczyszczonej w pierwszej masie, bo nie wiem, ile to torebek takich z Biedronki, chyba, że gdzieś można to w większym opakowaniu kupić. Ale aniołeczki ładne, i może sobie takie porobimy w domu. 

11) Pierniczki. Przepis jak przepis, ja właśnie mam zagniecione ciasto z całkiem innego przepisu, od lat wykorzystywanego w rodzinie, ale ten lukier mnie korci. Takiego na białku jeszcze nie robiłam. Jak się dostanie w łapki mojej córki, to ciekawe, co z tego wyjdzie. Mała ma talent. 

12) Gwiazdki i frywolitka igłowa: ja robię czółenkiem i do igły chyba się już nie przekonam (nigdy nie mów nigdy, fakt) - ale może skorzystam ze wzoru. Gwiazdka i dzwonek, dwa w jednym. Przy okazji nie są wielkie, to by się dało zrobić dosyć szybko i w większych ilościach. 

13) Koralikowe gwiazdki na druciku: ciekawe, nawet mam drucik. Kolejna rzecz do ewentualnego wykorzystania. A gdyby jutro kupić przezroczystych koralików, bo chyba mam same kolorowe? No wiem, jutro Wigilia i nie będzie do tego głowy. No to później. 

14) Zdjęcia ze zjazdu w Ustroniu - nawet nasz stolik się zmieścił, ekipa pętelkująca jest po prawej na środku! 

A teraz odkładam niteczki, sznureczki, koraliki i gazetki, i lecę zasuwać przedświątecznie. No to baj!