czwartek, 30 czerwca 2016

Już za chwileczkę, już za momencik - Krasnystaw!

Festiwal w Krasnymstawie rozpoczyna się już jutro! Dziś zjechali pierwsi uczestnicy. Mają wycieczkę do Lwowa, której ogromnie im zazdroszczę, ale tego roku nie udało się jechać wcześniej. Ja zamierzam dołączyć do imprezy jutro koło południa. Będzie obiadek, powitanie, pierwsze warsztaty... I zabawa aż do niedzieli!

Już się nie mogę doczekać. Ciekawe, ilu znajomych spotkam. Ciekawe, ile osób zjawi się na moich warsztatach. Wstępnie słyszałam o pięciu czy sześciu, ale no... jakby ktoś jeszcze doszedł w ostatniej chwili, miejsce przy stoliku się znajdzie, i materiały też. W końcu tak niewiele trzeba. Koronka pętelkowa to igła i nitka. No, dla początkujących jakieś płócienko czy kółeczko z filcu, żeby łatwiej robiło się ściegi, bo i ja wciąż nie pałam miłością do zaczynania roboty samą nitką od środka. To się bardzo trudno trzyma w palcach, takie jest maleńkie. Wszystko przygotowane.

W tej chwili, poza pakowaniem, dorabiam gotowe drobiazgi ku uciesze ogółu: obrębiane koroneczką poduszeczki na igły, takie mini-mini. Jak kto chce, może sobie taką na choince zawiesić na przykład. Mam zabawę, bo to szybka robota, zwłaszcza jak na pętelki, które generalnie są czasochłonne. Trochę ostatnio jeździłam pociągiem, i zamiast pstrykać w 2048...


... które, jak niektórzy się domyślą, zajmuje mi więcej czasu, niż lubię się przyznawać...

... porobiłam przez ten czas igiełką.  Dorobek na razie wygląda tak:



 Uff. Gorąco. Lecę się pakować.

środa, 29 czerwca 2016

Twórcze Inspiracje nr 2-3/2016

Muszę przyznać, że bieżący numer "Twórczych Inspiracji" zrobił na mnie wrażenie. Jest w nim parę rzeczy, za które mam dużą ochotę się zabrać. Gdyby tak mieć dodatkową parę rąk, albo jeszcze lepiej, swojego sobowtóra, którego oddelegowałoby się do załatwiania przyziemnych życiowych spraw! Cóż, nie ma łatwo, pewne rzeczy muszą poczekać, niektóre czekają od lat nieruszone, a inne wiodą żywot weteranów UFO w składziku pod lampą.

1) Pierwsza propozycja to naszyjnik z rozetek yo-yo. Spotkałam się już kiedyś z tą techniką na jednym ze zjazdów robótkowych, chyba w Ustroniu. Bierze się kolorową tkaninę, wykrawa kółka, obszywa fastrygą i ściąga nić, co tworzy zmarszczone pośrodku rozetki. Można je w różny sposób łączyć i naszywać, a jak kto chce, może pośrodku doszyć koralik. W ten sposób mamy materiał na naszyjnik, albo co tam komu w duszy zagra. Ładny pomysł i nietrudny, w sam raz do letniej sukienki.

2) Upcykling szmatek, czyli robimy torbę na laptopa. Bierzemy co tam komu w szafie zalega: znoszone dżinsy, starą spódnicę, a może resztki po jakimś większym szyciu, możemy uzupełnić to dokupionym materiałem, i szyjemy. Ja kiedyś dorwę tę maszynę, bo dobrej torby po prostu mi brak. Nawet nie musi być laptopa w środku, ja mam dość bambetli, które mogę do niej wpakować.

3) Haft wstążeczkowy - torba z sową. Śliczna ta sowa, zresztą bardzo ładnie dobrana do materiału torby. Aż się prosi, żeby spróbować. U mnie to raczej dalsze plany, ale kto wie. Czasami pewne prace pojawiają się w życiu nagle: po prostu przychodzi na nie pora.

4) Szydełkowe gobeliny - szydełkowanie gobelinowe - tapestry crochet - albo ostatni krzyk mody wśród moich robótkujących znajomych. Letnia torba-worek, zrobiona na wzór indiańskich mochila bags albo wayuu bags. Warto zobaczyć, jeśli ktoś jeszcze nie wie, co to jest, bo idea jest bardzo prosta, a można uzyskać wspaniałe efekty.

5) Patchwork, tym razem pled i poduszka. Propozycja na pierwszy patchwork, i na pewno na wiele następnych. Ja tego jeszcze nie szyłam (powtarzam jak mantrę: nie mam maszyny), ale można tu znaleźć podstawy i zrobić sobie coś użytecznego. Do tego poduszka szyta nieco inaczej, z brzegami tkanin wywróconymi na zewnątrz i zmechaconymi, co daje ciekawy efekt. Tak by można uszyć również torbę.

6) Quilling - kartka z zaproszeniem na ślub. I powiem tak: wiele prac quillingowych nie przekonuje mnie, i nieraz mam takie odczucie: no, można, tylko po co? Ale ta karteczka jest śliczna, z doborem kolorów, podłożem z czerpanego papieru i wszystkimi tymi zawijaskami. Taki quilling rozumiem. I jeszcze ten niebieski kwiatek, który z niej wystaje i jest trójwymiarowy. Brawa dla autorki.

7) Amigurumi, czyli szydełkowe maskotki. Sowa, nietoperz i pingwin. Sądzę, że mnóstwo osób złapie za szydełko i będzie robić, robić, robić! Świetny pomysł na nieduże prezenty dla dzieciaków, albo na breloczek do plecaczka czy cokolwiek. A jak się już zrobi stworki z kursu, człowiek umie  dość, aby wymyślić sobie mnóstwo własnych.

8) Bransoletki w technice puncetto valsesiano - a to moja robota, pracowałam nad tym kilka miesięcy temu (tak, takie materiały przygotowuje się dużo wcześniej). Mam nadzieję, że się komuś spodoba, i że się pochwali zrobioną bransoletką.

9) Beading - bransoletka ze ściegu cubic, kwadratowego w przekroju. To się przyda każdemu, kto się zajmuje biżuterią z drobnych koralików. Ładny ścieg, taki sznurek koralikowy można formować w różne kształty i łączyć z innymi formami. Łatwo jest też wrabiać kolory według schematu, jest nawet kilka propozycji łączenia kolorów. Niejedna bransoletka może powstać.

10) Bransoletki z wrabianymi wzorami: ciekawe podejście i bardzo mi się to podoba. Nie narzucamy techniki, tylko podajemy gotowe wzory na szerokie bransoletki, czy to będzie jaskrawy wzór indiański, czy krata jak z płaszczy burberry, czy motyw nieba z obrazu Van Gogha. A ty, czytelniku, łap za koraliki, igłę, krosienko, mulinę, i rób z tym co tam sobie chcesz. Technikę i ścieg możesz dobrać sam. Wszystkie wzory są zresztą w dwóch wersjach, z których jedna jest w kratkę 10x10 jak do haftu krzyżykowego (ale i do tkania koralikami na krosienku), a druga poprzesuwana, jak do ściegu peyote.

11) Haft krzyżykowy - metryczka z sówką. Ładna propozycja, metryczki cieszą się powodzeniem. Znajdzie zastosowanie.

12) Piękno z natury, czyli kosmetyki własnego wyrobu. Temat bliski mi bardzo, bo od miesiąca lub więcej z upodobaniem stosuję kremy i dezodoranty, które zrobiłam sobie sama. Co więcej, rodzina obdarowana próbkami jest zadowolona i powiada, że mi się chętnie w przyszłości dołoży do zakupu składników. A róże na zdjęciu aż do mnie pachną. Ja je znam, dostałam wielką garść płatków, może z tego samego krzaka. Zapach był taki, że czuć go było przez zamkniętą paczkę. Ten krem ze zdjęcia musi być niesamowity! Warto sobie przyswoić wiedzę z tego artykułu, a potem... no cóż, samemu kombinować, albo rozejrzeć się za przepisami, których jest mnóstwo. Co więcej, niektóre składniki, nawet z niczym niewymieszane, mają dobroczynne działanie. Takie masło shea jest świetne, mimo swojego zapachu, który nie wszystkim może odpowiadać. Warto, powiadam.

A pomiędzy tym kolorowym szaleństwem skromnie się chowa ogłoszenie o III Festiwalu Twórczo Zakręconych w Krasnymstawie, od 1 do 3 lipca tego roku. Kochani, widzimy się w piątek!

piątek, 24 czerwca 2016

Mydło numer jeden

Pomysł, żeby popróbować sił w robieniu mydła, dojrzewał we mnie już od dawna. Czytało się to i owo, teorię się przyswoiło. Nie ma zmiłuj: krem można ukręcić byle jak i w byle czym, ryzykuje się najwyżej stratę kilku deka produktów, jeśli zapaskudzona mieszanina spleśnieje, skwaśnieje i w ogóle będzie do wyrzucenia.

Przy mydle lepiej tego nie próbować. To jest praca z substancją paskudnie żrącą, czyli z ługiem sodowym albo potasowym. A więc czytać, doczytywać, zgromadzić wszystko czego trzeba, i dopiero brać się za eksperymenty.

Po długim tentegowaniu w głowie zaopatrzyłam się w co następuje:

  • rękawice z oznaczeniem, że są odporne na odczynniki;
  • gogle na oczy, bo wzrok mi jeszcze miły;
  • fartuchy całkiem solidne mam w domu dwa, starą flanelową bluzę też znalazłam, i jeśli się trafi jedna czy druga dziura, nie będę płakać;
  • garnek emaliowany okazał się zdecydowanie tańszy od garnka ze stali nierdzewnej. Uwaga - aluminiowe odpadają zdecydowanie, zostaną przeżarte;
  • najtańszy blender w Auchan kosztował 35 zł, pracuje jak traktor;
  • silikonowa szpatułka do mieszania,
  • dwie foremki silikonowe z Allegro.

Co do zasady sodowej i potasowej, najpierw kupiłam wodorotlenek sodu w sklepie chemicznym, po czym doczytałam sobie, że powinien być jakości cz.d.a (czysty do analiz), tymczasem na opakowaniu nie było takiego oznaczenia. Cóż, będzie do odtykania rur, albo czy ja wiem... Nie było rady, rozejrzałam się po sieci i tym razem kupiłam oba wodorotlenki takie jak powinny być.

Oleje - tu wybrałam jeden z najprostszych przepisów, wystarczył do tego olej rzepakowy i kokosowy. Jeden i drugi wzięłam z lokalnego spożywczaka.

Ostatnio miałam w domu bardzo gorący okres, nerwy i gonitwę, i nie było łatwo znaleźć spokojną chwilę na tę pracę. Wreszcie jednak...

... odgarnęłam z kuchennego blatu wszystko co mi zawadzało,

... dokładnie opróżniłam i osuszyłam zlew z okolicami,

... obłożyłam to wszystko szmatkami, bo szkoda by było powypalać dziury,

... odważyłam co do grama po kolei tłuszcze, wodorotlenek i wodę,

i zaczęłam zabawę.

Opancerzyłam się jak żołnierz w narzutkę pe-chem. Długi rękaw (oooj, gorąco!), gogle, nawet twarz czymś osłoniłam, bo mi własna facjata droga, choć niepiękna. Tenisówki na nogi, bo normalnie w tych warunkach biegam po domu na bosaka. Rękawice. No i wzięłam się za mieszanie.

Wodę miałam w dużym słoiku. Do tego pomalutku wsypałam wodorotlenek. Mieszałam szpatułką. Dziwne wrażenie, kiedy coś wygląda jak woda sodowa, a ty wiesz, że może ci rękę wypalić do kości. Oparzenia od zasad są wredne, bo głębokie, a z początku nie widzi się, że coś się stało. Tak mi mówili. Słoik mocno się nagrzał, na szczęście nie pękł. Trzymałam go w zlewie na wszelki wypadek.

PAMIĘTAJ, MYDLARZU MŁODY, SYP ZAWSZE SODĘ DO WODY (© by Inez Herbiness)

Na kuchence w garnku rozpuściłam tłuszcze, bardzo dokładnie wygarnąwszy je szpatułką z naczynia, w którym były ważone. Wystarczyło chyba jakieś 40-50 stopni, aby oba ładnie się połączyły. Wtedy pozostało odczekać, aż słoik z ługiem wystygnie. Nie mam do tej pory termometru, sprawdzałam na dotyk - przez rękawicę - czy nadal jest gorący, czy wreszcie taki jak trzeba, po prostu dobrze ciepły. W międzyczasie musiałam nawet podgrzać odrobinę tłuszcz, bo się zrobił chłodny.

Wreszcie mogłam wstawić garnek z tłuszczami do drugiej komory zlewu, cieniutkim strumieniem wlać ług i zacząć powoli mieszać całość wyłączonym blenderem.

PAMIĘTAJ, MYDŁODZIEJU, LEJ ZAWSZE ŁUG DO OLEJU (© też by Inez Herbiness)

Tłuszcze ze złotawych i przezroczystych zaczęły się robić mętne. Wtedy z niejaką tremą odpaliłam blender, modląc się, aby nie okazał się świnią i nie ochlapał zdradziecko mnie i całej kuchni. Chodzi toto jak traktor Ursus, ale udało się utrzymać go w łapie tak, że wszystkie wyloty znalazły się pod poziomem cieczy. I tak sobie ten blender bzyczał i ryczał, substancja w garnku mieszała się intensywnie, aż po paru minutach tej zabawy zobaczyłam, że gęstnieje. Nie odpuściłam i nie wyłączyłam blendera, aż pokazał się ślad mydlany. Jeszcze nawet kilka razy włączyłam potwora na chwilę, żeby się upewnić, że naprawdę na powierzchni utrzymują się wzorki po jego przejściu, jak na budyniu.

Budyń wlałam do mniejszej foremki, po czym zobaczyłam, że jest go tak jakby za dużo, przestraszyłam się nieco i część masy przełożyłam do dwóch plastikowych miseczek po deserkach. Całość ustawiłam na tacy, przykryłam folią do żywności i szmatkami, i ustawiłam na lodówce z wywieszką, że MYDŁO - ŻRĄCE.


Następnego dnia miałam od rana gonitwę po mieście, i drugą w planach na późniejsze popołudnie, lecz między jedną gonitwą a drugą zdjęłam tacę z mydłem z lodówki, i opancerzona w rękawice wyjęłam z foremek zawartość. Kubeczki po deserkach po prostu rozcięłam, bo nie żal. Silikonowa forma zdjęła się prawie sama. Jest giętka jak ślimak. Mydło było już zestalone, i jeśli widać było fazę żelową, to miałam do niej pecha, bo pewnie to było w nocy i nic nie udało mi się podpatrzeć. Pokroiłam nożem ceramicznym bez większych trudności. 



Dowiedziałam się potem, że w sumie te rękawice nie są na tym etapie bardzo potrzebne, bo zasadowość znacznie spada. Mnie papierek lakmusowy pokazał około 10. To nadal za dużo, aby się tym myć, ale w dłoni dziury nie wypali. Inni jednak robią to w rękawicach. Co kto woli.

No i mydło sobie leżakuje. Jest jasne, pachnie bardzo słabiutko, takim łagodnym, czystym mydłem. Kolor ma jak widać, taki jasnośmietankowy. Rodzina już się do niego uśmiecha. Ciąg dalszy zapewne nastąpi.

wtorek, 7 czerwca 2016

Postępy Alchemii, nr 3/2016

Donosi się PT Czytelnikom naszym, iż imość Piwonia co jakiś czas sięga w głąb szafki z utensyliami kuchennymi, skąd, pufiąc i parskając od wysiłku, z samego kąta wyciąga słoik zacnej wielkości, napełnion płatkami róży, zalanymi miodem i gorzałką. Trunek ten w leczeniu uporczywego fransunku ma być przydatny. Na razie raduje serce róż odorem przyjemnym, do picia jednakoż będzie zdatny najpewniej za tygodni kilka. Imość Piwonia niecierpliwi się, iż tak wolno przetrawia się w specjale onym smak wódczany, miesza więc w słoju cierpliwie, zakręca i odstawia na miejsce, po omacku odnajdując kąt, gdzie mikstura w ciemności dojrzewa.


Po prawej ręce na fotografiji znajdziemy ulubione mazidła imości:

* masło shea, którego resztka już imości została, zacnie opakowane w pojemnik po jajku-niespodziance. To godne polecenia odkrycie, niewiasta może bowiem takie maleństwo nosić w torebce i sięgać, kiedy zechce;

* dezodorant, na który łasym okiem popatrywać zaczyna i męska część rodziny;

* porcyjka kremu z sezamem, w malutkim puzdereczku, coby w upały i burze całość imości nie zapleśniała. Duże słoje z kremami w lodówce stoją i imość we głowę się drapie, czy jest ostrożna, czy też fiksum-dyrdum jej umysł zaćmiewa, a kremy na oliwie i maśle shea bezpiecznie na zewnątrz trzymać można. Szczęśliwą jest jednako, iż pleśni ni śladu na razie nie widać.

Redakcja przyznaje, iż takoż w zdrowie umysłu imości Piwonii powątpiewa, albowiem imość w podejrzanym jakowymś kącie trzyma ługi wielce żrące, i jakoby mało jej było domowego bałaganu i prac rozlicznych, o mydła wyrobie przemyśliwa, a pieniądze na utensylia nowe psuje.

W razie postępów imościnej choroby, naszych PT Czytelników na bieżąco informować będziemy.