sobota, 28 stycznia 2017

Mydło na kozim mleku, czyli realizacja planów cz. 2

Punktem drugim na liście planów do szybkiego wykonania było mydło na kozim mleku. Ja je sobie już wcześniej zamroziłam w woreczkach do kostek lodu, jeszcze przed Bożym Narodzeniem albo zaraz po. Doczytałam ile mogłam, przyjęłam do wiadomości, że mydło na mleku lubi się mocno grzać i nie dosyć, że wykipi, to zacznie śmierdzieć, więc dodatkowo jeszcze zamroziłam sobie worek kostek zwykłego lodu, do chłodzenia naczynia z ługiem od zewnątrz.

Właściwie to byłam przygotowana na smród amoniaku, ale uspokoili mnie, że jeśli nie robię na ciepło, zapach jest przyzwoity, a nawet mydło robione na ciepło i tak smrodek straci. Podobno. Nie sprawdzałam. Zrobiłam na zimno i jedynym moim dylematem było, czy wystawić mydło do żelowania na balkon (-15 stopni), czy po prostu włożyć do lodówki.

Rozstawiłam warsztat mydlarski jak zwykle. Odważyłam mleko w kostkach, tyle ile trzeba było na ług. Jedna mi została, w sumie nie wiem, po co. Teraz myślę, że jakbym ją dodała, nic by się nie stało. Odważyłam wodorotlenek, ale sięgnęłam po niego, gdy kostki mrożonego mleka w jakimś stopniu się rozpuściły i było już dosyć cieczy, aby mieszać. Nastawiłam wiatrak i zamieszałam ług. Tak jak przy piwnym mydle, naczynie z zasadą wstawiłam do miski z zimną wodą i kostkami lodu. Udało się - ług nie zawrzał ani nie zaczął śmierdzieć, choć opary były. Wiatrak jest nieoceniony.

Co ja tam dałam z tłuszczy - tym razem kombinowałam tak, aby przetłuszczenie było większe, 7% przynajmniej, a może nawet 9. Chyba zmieszałam olej kokosowy, gęsi smalec i oliwę z oliwek, pół na pół tłuszcze twarde z płynnymi. Do tego wlałam ług na mleku, wymieszałam blenderem na gęstniejący budyń, wylałam do formy i wstawiłam do lodówki, do pojemnika na dole. Klapę pojemnika zostawiłam otwartą, żeby temperatura się wyrównywała. Przestraszyłam się mrozu na dworze, że mógłby zaszkodzić masie mydlanej i coś złego zrobić z reakcją.


Miałam nadzieję, że mydło w chłodzie nie zżeluje i pozostanie jasne, ale nic z tego - żel się pojawił i mydełko zrobiło się beżowe od środka. Do rana ładnie zgęstniało i mogłam pokroić... Ha! I tu mi się przypomniał detal, który zdążył mi wylecieć z pamięci, kiedy pisałam poprzedni post o mydle Aleppo. Przecież ja je na zimno, nie na gorąco robiłam! I też mi zestaliło się do rana, ale kiedy do niego zajrzałam, cała powierzchnia była pokryta rosą: jedne kropelki tłuste, inne przezroczyste. Dotknęłam papierkiem lakmusowym - granatowy wyszedł...


I wtedy nie było rady: przerobiłam je na ciepło i basta.

A kiedy pokroiłam kozie mydełko, zobaczyłam, że od środka ma dziurki i całe ocieka tłuszczem. No i znowu problem. Papierek dla odmiany nic nie pokazywał, bo od razu łapał tłuszcz i nici z pomiaru. Wreszcie udało mi się kolejne kostki mydła pomierzyć, i mimo tych dziurek i upaćkania nigdzie nie stwierdziłam żrących miejsc. Koleżanki poradziły mi po prostu odsączyć je w papierowy ręcznik.


Oczywiście próbkę zaraz sobie wzięłam do testowania. Jeszcze kilka razy podchodziłam do tych mydeł z papierkiem, gdy już obeschły, i niezmiennie wychodziło mi całkiem przyzwoite pH, a mój kawałek mydła jest taki gładki i miły, pachnący czymś na kształt śmietanki. Mama mnie pyta, czy nie kozą. Dam jej do powąchania i spróbowania, i jestem bardzo ciekawa reakcji.

/Edit: mama zrobiła wielkie oczy i powiedziała, że nic kozą nie czuć. Zobaczymy, jak jej się spodoba w użyciu, ale pierwszy test zaliczony.

piątek, 27 stycznia 2017

Mydło Aleppo, czyli realizacja planów

Jak sobie przez pół roku poczytałam i nagadałam się z ludźmi na grupie mydlarskiej, to mi urosła sterta planów, czyli mydełek, które bardzo chcę własnoręcznie zrobić chociaż raz. Obecnie na tej liście na pewno jest:

  • savon noir,
  • mydło gospodarcze kokosowe,
  • jakieś mydło z wzorkami, swirlami czy coś,
  • mydełko różane (akurat tu nie planuję cudów - chciałabym uzyskać delikatny, słodki kolorek i przyjemny zapach),
  • ewentualnie w przyszłości mydło borowinowe,
  • i być może dziegciowe, choć to już sztuka dla sztuki, bo nie mam w rodzinie osób, które by go nagle potrzebowały. Czyli eksperyment dla eksperymentu.
  • A może spróbować od zera zrobić przezroczystą bazę glicerynową?

Wyprawiwszy dzieciaki do szkoły po przerwie świątecznej, zabrałam się za realizację dwóch punktów tego planu, mianowicie mydła oliwkowego z olejem laurowym, i drugiego, na kozim mleku.

Olej laurowy, całe 200g, czekał na mnie już chyba od miesiąca i nadawał aromat szafce w kuchni. No tak - liczyłam na to, że będzie gęsty, a tu chyba za ciepło mu się zrobiło, bo mi chlapnął, jak chciałam go otworzyć.  Zebrałam co mogłam, ale i tak coś tam spłynęło po pokrywce na półkę. Pachnie bardzo mocno ziołami. Niektórzy mówią, że zupą, ale to nie całkiem tak. W każdym razie w takim stężeniu go nie lubię.

Poczytałam sobie o mydłach Aleppo i zdecydowałam, że dam tego oleju do mydła 10%. Tyle wystarczy, jeśli nie ma się problemów dermatologicznych. W sumie mogłabym nawet dać do 20%, i kto wie, może tak zrobię z resztką tej porcji. Nie będzie wiele tego mydła, bo tam już raczej nie ma pełnych 100 g. Mam nadzieję, że mikser sobie poradzi z rozmieszaniem tak małej ilości masy, albo... albo zamiast dwulitrowego garnka użyję miarki z węższym dnem. O tak.

Nieszczęsne Aleppo, miasto-widmo, zrujnowane jak Warszawa w czterdziestym piątym... Piękne miasto, kochane przez ludzi, którzy tam mieszkali choć przez trochę... Zawsze o nim pamiętam, kiedy mydlarze biorą się za olej laurowy. Taki detal. Tradycje mydlarskie były tam od starożytności. Robiono mydła na oliwie, aż ktoś dodał olej z owocków lauru, gęsty, zielony i pachnący.

Tak to się robi dziś. Znalazłam odnośniki do tego filmu chyba na stronie firmy, która sprowadza laurowe mydło do Polski. W samym Aleppo to się urwało, ale mam nadzieję, że rzemieślnicy przetrwali i odbudują firmy gdzie indziej, a kto wie, może za jakiś czas wrócą, jak zapanuje tam spokój.


Samo zrobienie mydła trudne nie było. 900 g oliwy i 100 g oleju laurowego zmieszałam w garnku i tylko podgrzałam do 40 stopni, bo przecież oba są płynne i nie trzeba nic rozpuszczać. Obliczyłam ilość NaOH w Soapcalc, wody dałam w proporcji 2:1, podobnie jak przy mydle na czystej oliwie. Uwaga na tę wodę w Soapcalc - on domyślnie wpisuje 38%, czyli bardzo dużo; tę ilość można zastosować jeśli się robi skomplikowane wzorki, lecz przy mniej wymyślnych mydłach lepiej wziąć 25-30%, a czasem nawet mniej. Zrobiłam ług, wmieszałam do tłuszczy, zmiksowałam, wstawiłam w garnek z gorącą kąpielą i zrobiłam na ciepło, a jak miało dosyć, wlałam do formy. Na drugi dzień mogłam pokroić.



Teraz suszy się na półce, i będzie się suszyć jeszcze długo. O marsylskim powiadają, że można używać po dwóch miesiącach, ale dopiero po sześciu pokazuje, co potrafi. A potrafi dużo, już się przekonałam. Mydło Aleppo powinno leżakować dziewięć miesięcy! Przez ten czas wyschnie, straci trochę na objętości i zbrązowieje po wierzchu, ale w środku zachowa zieleń.

Moje nie jest bardzo zielone. Zdjęcia nieco przekłamały kolor, ale to prawda, że ta zieleń ledwie majaczy na beżu. Może 20-procentowe będzie mieć bardziej efektowny wygląd. Pachnie bardzo delikatnie. Okrawki po pracy zebrałam i zlepiłam w duże, jajowate mydełko, które teraz leży u mnie w kuchni. Na razie nie jest wystrzałowe. Ot, mydło. Mydli się i zmywa. Ale ile ono ma - cztery tygodnie dopiero? Smarkacz, nie mydło...


A tak wygląda w tej chwili zawartość moich mydelniczek!

czwartek, 26 stycznia 2017

No i przedobrzyłam.

Jak dla mnie, mydło może pachnieć po prostu czystym mydłem. Może nie mieć żadnych wzorków i kolorków. Za to niech ma w sobie dobre tłuszcze, a jak się jeszcze doda różne kosmetyczne smaczki, jak miód czy ekstra olejki, będzie super. Ewentualnie jakiś maceracik, wywar z ziół, piwo - no, do tego to już chyba będę na stałe dawać zapach iglaków, bo świetnie wychodzi. Część rodziny jednak lubi mydła pachnące czymś więcej. Spodobał im się zapach trawy cytrynowej, a że już się skończyła ostatnia kostka, musiałam dorobić.

Kombinuję ostatnio tak, żeby ograniczyć olej kokosowy, tymczasem jednak nie mam masła shea i tłuszcze twarde uzupełniam gęsim smalcem. Dołożyłam też trochę tłuszczu z rosołu, czyli "chicken fat" w Soapcalc. Jako tłuszcze płynne wykorzystałam oliwę pomace i olej rzepakowy. Nieco się przestraszyłam, że rzepak nie jest specjalnie trwały, więc tak jak poprzednio zrobiłam przepis z zerowym przetłuszczeniem.

Plan był taki: robię na gorąco bez przetłuszczenia, do budyniu dodam pulpę z marchewki dla koloru, bo do cytrusów pomarańcz będzie pasować. Po zmydleniu dodam tłuszcze na przetłuszczenie, i po staremu miód i olejek eteryczny. Popatrzyłam jednak na to, co wyliczył kalkulator, i zmartwiło mnie, że mydło mogło wyjść zbyt miękkie. Co z tym zrobić? Albo zmienić proporcje i liczyć jeszcze raz, albo dać coś na twardość. Ludzie dają sól albo alkohol cetylowy. Miałam jedno i drugie. Soli sypnęłam półtorej łyżeczki do ługu, alkoholu cetylowego dodałam do pulpy z marchewki, żeby wmieszać do budyniu jeszcze przed wstawieniem całości na gaz.

Najpierw miałam problem z rozpuszczeniem soli i wodorotlenku. Niby tej wody nie było bardzo mało, bo 30%, ale coś tam zostawało na dnie. Ani chybi drobiny soli, bo mam kamienną z Kłodawy i tam zawsze część się słabo rozpuszcza. Oby nie wodorotlenek... Jakoś to rozbełtałam i wlałam do tłuszczy. Blendowałam długo, bo nie chciało gęstnieć, jednak wreszcie coś się zaczęło dziać. Dodałam marchwi z tym cetylem, kolor jakiś słaby wyszedł. Liczyłam na więcej. W trakcie obróbki na ciepło dosypałam jeszcze słodkiej papryki, ale i tak masa została dość blada.

Budyń - ciągle dosyć rzadki
Faza żelowa, którą trudno było zauważyć
Długo trzymałam to mydło w wodnej kąpieli. Normalnie w kwadrans lub dwadzieścia minut jest po zabawie, a tu ono tak siedziało i siedziało, nie chciało żelować, potem żel był mało wyraźny, i gdy wreszcie zaczęło od spodu bieleć, może już było przetrzymane? Wlałam odłożone tłuszcze, a znowu poszalałam: oliwa, olej z pestek moreli, słodkie migdały, odrobina lauru, arganowy, łyżka miodu, i to całkiem spora... i już wylewałam do pierwszej foremki, kiedy przypomniałam sobie o olejku eterycznym. Cała zabawa by była na nic!

Nakładanie szło trudno, bo masa była gęsta, wysychała w locie na powierzchni i musiałam ją rozpaczliwie utrząsać i ugniatać w foremkach. Papierki pokazały, że pH jest już ładne, więc tylko poczekałam, aż mydło ostygnie i się zestali, i mogłam wyjąć do pokrojenia.



Tak to wygląda dziś. Kruszy się. Przypomina starą ciastolinę: niby lepkie, a trzeba uważać, aby się w rękach nie rozpadło. Żałuję, że zechciało mi się użyć soli i cetylu. A bo to mi źle wychodziły mydła na ciepło bez takich dodatków? Muszę powojować jeszcze raz z tym przepisem i sprawdzić, co uzyskam bez nich. Mogę dać napar z rzewienia i olejek różany. O, mam hydrolat, cudny, też do wykorzystania. Tymczasem myślę, że jak ten twór obeschnie, pójdzie do łazienki, i mimo wszystko będzie się mydlić całkiem przyzwoicie.

niedziela, 8 stycznia 2017

Czas na sesję zdjęciową

Ja to sobie czasem pstryknę zdjęcie tego czy owego detalu. Aparat mam stary, ale fajny, w miarę rozgryzłam podstawy, i jakoś to idzie: raz ładniej, raz brzydziej. Powiadają, że mam oko do zdjęć, ale brak mi cierpliwości do sprzętu i samozaparcia do nauki, a inaczej się nie da podnieść poziomu, jak ćwicząc. Dlatego czasem o wsparcie proszę męża. Kilka dni temu udało się nam skorzystać ze słońca, i mimo silnego mrozu wynieśliśmy ostatnią produkcję mydlaną na sesję zdjęciową przed dom. I oto mogę zaprezentować:

Mydło kokosowe
Jedno z najświeższych. Zrobiłam je już po Nowym Roku. Chciałam wypróbować przepis, o którym parę osób bardzo pochlebnie się wyrażało. Kokos ma w sumie właściwości wysuszające, ponieważ składa się głównie z kwasów nasyconych - tak mi powiedzieli - jednak przy dużym przetłuszczeniu, ok. 20%, mydło może być całkiem przyjemne i pielęgnujące. Mydło wyszło śliczne, z lekka przezroczyste, jak stearyna, prawie białe, i niemal bez zapachu. Z moją skórą jednak nie najlepiej się dogaduje, niespecjalnie je też lubię do mycia włosów. Chyba warszawska woda jest na to za twarda, nawet przy spłukiwaniu wodą z octem. Dam mu jeszcze szansę, a jeśli u mnie się nie będzie sprawdzało, nada się dla osób o mniej przesuszonej skórze. 

Mydło na zielonej herbacie
 Mydło na zielonej herbacie. Śliczne jest, i kolor wyszedł niespodziewany, taki mocno brązowy. Porównywalny z mydłem kawowym, mimo różnego naświetlenia na obu zdjęciach. Pomyśleć, że liczyłam na zielonkawy odcień i chciałam dać olejek lemongrass. W szale mieszania w garze zapomniałam o olejku, a ten intensywny brąz mocno mnie zaskoczył. Bardzo ładnie to wyszło, takie gładkie i lśniące. Lemongrass będzie innym razem, i tym razem zadbam o zielony kolor.

Mydło na kawie
Też fajnie to wyszło, takie bardzo ciemne. Pachnie dość słabo, lecz przyjemnie, pomarańczą i sosną, a do środka dałam zmieloną kawę dla peelingu, oprócz tradycyjnej porcji smaczków (miód, olejek arganowy, migdałowy i z pestek moreli - one chyba w komplecie występują we wszystkich tych mydłach prócz kokosowego).

Mydło rumiankowe
Chciałam zrobić mydło łagodne i odżywiające. Mam nadzieję, że mi wyszło. Ług był robiony na mocnym wywarze z rumianku, nawet trochę kwiatków dodałam do masy. Z olei mamy tu kokos, oliwę z wytłoczyn oliwkowych, olej ryżowy i gęsi smalec, a na koniec dodałam ten sam komplet olejków, co powyżej, wraz z miodem i rozdrobnionymi płatkami owsianymi. Zapachów nie dodawałam celowo. Wciąż czuć lekki zapach herbatki rumiankowej.

Mydło piwne
A z tego jestem bardzo zadowolona. Fajne jest, i wydaje mi się, że bardzo przyjemne dla skóry. Do tego ma zapach, który uwielbiam. Ług był na piwie, olej słonecznikowy, oliwa pomace, olej kokosowy i masło kakaowe, a po przereagowaniu doszła tradycyjna mieszanka smaczków, chlust piwa dla przypomnienia i olejek sosnowy i cedrowy. Suuuper.

wtorek, 3 stycznia 2017

Aniołek

Króciutki wpis, bo praca niewielka. Chciałam zrobić aniołka na wymiankę. Takiego niedużego, do powieszenia na choince. Nie mogłam się za niego zabrać, chodziłam i irytowałam się, aż wpadł mi w ręce prosty wzór, podpatrzony gdzieś w odmętach Fejsbuka.


Nawet nie ściągałam wykroju, choć był. Duże kółko odrysowałam od filiżanki, małe od monety, koronka dookoła, nawet złotą aureolkę zrobiłam, no i już poleciał na swoją choinkę.


Jedyne, co rzeczywiście musiałam dopracować, to rogi koronki. Takie rzeczy lepiej jest rozrysować sobie przed rozpoczęciem pracy. Wystarczy notesik, długopis i siedzące miejsce w autobusie. Potem już można brać się za igłę.


sobota, 31 grudnia 2016

O prezentach udanych i nie.

Ponieważ ostatnio zrobiłam się monotematyczna, i ciągle mi w głowie mydło i mydło, postanowiłam, że tym razem większość prezentów, jakie wylądują pod rodzinnymi choinkami, będzie mojej produkcji, ale niekoniecznie mydlana. Przejrzałam przepisy na blogach, i wybór padł na:
Po pierwsze musiałam wybrać odpowiednie słoiczki, przyjrzeć się objętościom i zdecydować, czego ile robię. Na pierwszy ogień poszła pianka do golenia. Wszystko przygotowałam, obliczyłam, rozpuściłam mydło, odpaliłam mikser, dolałam oliwy, i tu przeżyłam lekki szok, bo masa chyba trzykrotnie zwiększyła objętość. A może więcej? Sama nie wiem. Pododawałam wszystkie potrzebne składniki i zapachy, i tym co wyszło, zapełniłam przygotowane słoiczki i kilka nieprzygotowanych. Czyli po słoiczku pianki dla każdego, dobrej, bo na własnym mydle oliwkowym i z oliwą z oliwek, do tego jeszcze całkiem przyjemne zapachy; a na dodatek po mydełku piwnym i sosnowo-lawendowym. To chyba nieźle, prawda?

Teraz wzięłam się za scruby dla pań. To była słodka i pachnąca praca co się zowie! Każdy na cukrze, nie na soli - tak wybrałam. W sumie trochę się pomyliłam, bo do waniliowego chciałam dać brązowego cukru, a sypnęłam białego. No i postanowiłam nie dawać aromatów poza ziarenkami prawdziwej wanilii z dwóch lasek. Nie byłam przekonana, czy tego zapachu będzie dosyć, ale zaryzykowałam. Co do scrubu cytrusowego, był ze wszystkim co potrzebne: startą skórką z cytryn i pomarańczy, i z bardzo esencjonalnym olejkiem pomarańczowym (Eko-Mama), i z resztką nierafinowanego oleju kokosowego, która akurat wystarczyła na tę porcję. Nawet niedługo to się robiło, i bardzo, ale to bardzo przyjemnie. Popakowałam do słoiczków, a resztki z misek zachowałam dla siebie. Jest ich dość, żeby się nacieszyć.


Spędziliśmy Wigilię z liczną rodziną, dostaliśmy piękne prezenty i rozdaliśmy nasze (przepraszam, Święty Mikołaj przyniósł pod choinkę, a małoletnie aniołki wyciągały i roznosiły). Pośpiewaliśmy kolędy, poszliśmy na Pasterkę, i tak nam czas miło upływał, aż następnego wieczoru zachciało mi się spróbować, jak się zachowuje pianka do golenia. W końcu wyszła mi z blisko półlitrową nadwyżką...

Tego, co się po dwóch dobach zrobiło w słoiku, nie spodziewałam się ni w ząb. Kochani, to był jakiś koszmarny, ciągnący się glut! Glut zapychający na amen maszynkę do golenia (dobrze, że damską jednorazówkę), niedający się wyjąć ze słoika, zwisający z brzegu jak wąsy, i na dodatek zostawiający na skórze naprawdę nieszczególny zapach. Porażka na całego. Zaraz wysłałam SMS-a do obdarowanych, żeby nie bali się wyrzucić tego cuda. Ech. Dobrze, że choć mydełka uratowały mój honor.

Swoją porcję też wyrzuciłam; dobrze, że większość poszła do kosza. Potem domywałam słoiczki, bo porządne i szkoda mi ich było. Ta substancja przylepiała się do wszystkiego i nie na żarty bałam się, że zapcha mi odpływ w zlewie. Jeśli kiedyś coś takiego mi się jeszcze przytrafi, wytrę słoiki papierem toaletowym, a potem dopiero będę myć.

Natomiast scrubami jestem absolutnie zachwycona! Na pierwszy rzut poszedł cytrusowy. Zapach jest nie do opisania, przewspaniały. Cukier szoruje jak szczoteczka, a że całość jest zalana bardzo przyjemnymi olejami, po kąpieli nie trzeba balsamu do ciała.  Byle tylko nie zapomnieć domyć wanny, bo śliska się robi.


Scrub waniliowy wyszedł w porównaniu z poprzednim dość niepozorny, szarawy, z drobniutkimi kropeczkami nasionek wanilii i cętkami posiekanych strąków. Podobno używa się tylko nasionek, ale mnie się te strączki tak podobają, że im nie darowałam. Bałam się, że bez dodatku olejków eterycznych zapach będzie taki sobie; pewnie równie niepozorny, jak wygląd. Myliłam się. Teraz po tygodniu ta wanilia daje z siebie wszystko. W dodatku tłuszczu poszło tam dużo, cukier tonie pod jego warstwą, i teraz chodzę cała szczęśliwa, bo co mi dłonie przeschną, biorę sobie parę kropli oliwy z tego scrubu, nacieram ręce po łokcie, i nie mogę się nacieszyć i nawdychać. A jaka skóra jest gładziutka!


Pomyśleć, że tyle lat przeżyłam i mogłam się bez nich obyć. Jak ja to robiłam?

piątek, 30 grudnia 2016

Mydło na piwie

Gdy obrobiłam się z poprzednimi mydełkami, postanowiłam, że przyszła wreszcie pora na coś dla facetów. Materiały miałam przygotowane od dosyć dawna. Mianowicie, kiedy jeszcze można było uskubać w okolicy niezbrązowiałe szyszki chmielu, zebrałam ich garść i ususzyłam, a później dokupiłam w sklepie zielarskim całą paczuszkę, bo na macerat jednak było ich za mało. Zalałam olejem, spojrzałam na etykietę, i ups - to nie był olej rzepakowy, a słonecznikowy. Głupia sprawa, słonecznikowy źle wpływa na trwałość mydła. Rzepakowy, jak się okazuje, też, ale o tym wiem od niedawna. Zastanowiłam się, co z tym robić, obmyśliłam plan i wstawiłam słoik z zalanym chmielem do piecyka, niech się grzeje i maceruje. Pogrzałam go kilka godzin jednego dnia, drugiego, trzeciego, potem co jakiś czas odpalałam grzanie choć na trochę, a na mydlenie wciąż mi się nie zbierało.

Piwo nawet kupiłam. Dobre, na miodzie gryczanym. Odlałam porcję do odgazowania, reszta piwa pomału znikła z butelki, wreszcie zdążyłam zapomnieć, gdzie mam kubek z odlanym piwem, a potem go znaleźć i zdecydować, że jednak stało za długo i potrzebuję świeżego.

Kopniak energii przyszedł gdzieś tak półtora tygodnia przed Bożym Narodzeniem, bo coś przecież na prezenty muszę wykombinować. Kupiłam drugą butelkę piwa, podgrzałam i odgazowałam tyle, żeby wystarczyło na ług, i umyśliłam sobie recepturę: olej kokosowy, gęsi smalec, oliwę i macerat na słoneczniku. Obliczyłam składniki tak, żeby mieć zerowe przetłuszczenie. Wiedziałam, że będę robić na gorąco. Osobno odłożyłam porcję tłuszczy do dodania pod koniec pracy, jako nadwyżkę. Tym razem nie lałam na oko, lecz odważyłam porcję oliwy z oliwek, masła shea i nierafinowanego kokosa, bo musiałam wiedzieć, ile tego będzie, żeby mydło nie wyszło za suche.

Ług na piwie pienił się mocno, szumiał, i w ogóle sypałam granulki bardzo powoli, żeby mi całość nie zawrzała. Miarkę z miksturą trzymałam w miseczce z wodą i kostkami lodu. Oczywiście uważałam na opary. Rodzina narzekała, że piwo śmierdzi, bo rzeczywiście zapach się rozchodził, i to jakiś zmieniony. W sumie to czekam na koniec przerwy świątecznej, bo mam w planach mydło na kozim mleku, które ponoć jedzie amoniakiem. Niech oni pójdą do szkoły.

Wreszcie wszystko mi się ładnie rozpuściło (łącznie z kostkami lodu w miseczce) i mogłam wlać ług do tłuszczy. Wstawiłam na kuchenkę do kąpieli wodnej, przemieszałam blenderem, po czym całość stwardniała na plastelinę. Podziabałam ją łyżką, patrzę, a tu mi masa puchnie w garnku! Ajaj, jeszcze wylezie to żrące draństwo i jak ja je będę łapać? Złapałam za blender, zakręciłam krótko raz i drugi, po czym pomyślałam, że mogę mieć jeszcze brzydszą niespodziankę, jeśli masa zawrze od spodu i zrobi się wulkanik. Dlatego już bardzo ostrożnie zanurzałam blender tu i tam, włączając go na kilka sekund, dokąd budyń nie osiadł na powrót w garnku. Dopiero wtedy porobiły się grudki, a po krótkim mieszaniu żel.

Dalej obyło się już bez niespodzianek. Po kilkunastu minutach żel zaczął bieleć od spodu, wreszcie papierki lakmusowe pokazały, że zasadowość spadła do przyzwoitego poziomu, i mogłam domieszać przygotowane tłuszcze. Potem już po staremu dodałam "po uważaniu" olejku arganowego, migdałowego i z pestek moreli, łychę miodu, a na to jeszcze polałam piwa, żeby było przyjemniej. Po czym zastanowiłam się, powęszyłam (a zapach był wciąż dosyć duszący), i zdecydowałam, że przydadzą się tu jakieś iglaki. Padło na olejek sosnowy i cedrowy.



Wyszło z tego bardzo przyjemne mydło. Pachnie fajnie: ni to piwem, ni żywicą, i ma w sobie tyle różnych dobroci! Lubię je.