niedziela, 8 stycznia 2017

Czas na sesję zdjęciową

Ja to sobie czasem pstryknę zdjęcie tego czy owego detalu. Aparat mam stary, ale fajny, w miarę rozgryzłam podstawy, i jakoś to idzie: raz ładniej, raz brzydziej. Powiadają, że mam oko do zdjęć, ale brak mi cierpliwości do sprzętu i samozaparcia do nauki, a inaczej się nie da podnieść poziomu, jak ćwicząc. Dlatego czasem o wsparcie proszę męża. Kilka dni temu udało się nam skorzystać ze słońca, i mimo silnego mrozu wynieśliśmy ostatnią produkcję mydlaną na sesję zdjęciową przed dom. I oto mogę zaprezentować:

Mydło kokosowe
Jedno z najświeższych. Zrobiłam je już po Nowym Roku. Chciałam wypróbować przepis, o którym parę osób bardzo pochlebnie się wyrażało. Kokos ma w sumie właściwości wysuszające, ponieważ składa się głównie z kwasów nasyconych - tak mi powiedzieli - jednak przy dużym przetłuszczeniu, ok. 20%, mydło może być całkiem przyjemne i pielęgnujące. Mydło wyszło śliczne, z lekka przezroczyste, jak stearyna, prawie białe, i niemal bez zapachu. Z moją skórą jednak nie najlepiej się dogaduje, niespecjalnie je też lubię do mycia włosów. Chyba warszawska woda jest na to za twarda, nawet przy spłukiwaniu wodą z octem. Dam mu jeszcze szansę, a jeśli u mnie się nie będzie sprawdzało, nada się dla osób o mniej przesuszonej skórze. 

Mydło na zielonej herbacie
 Mydło na zielonej herbacie. Śliczne jest, i kolor wyszedł niespodziewany, taki mocno brązowy. Porównywalny z mydłem kawowym, mimo różnego naświetlenia na obu zdjęciach. Pomyśleć, że liczyłam na zielonkawy odcień i chciałam dać olejek lemongrass. W szale mieszania w garze zapomniałam o olejku, a ten intensywny brąz mocno mnie zaskoczył. Bardzo ładnie to wyszło, takie gładkie i lśniące. Lemongrass będzie innym razem, i tym razem zadbam o zielony kolor.

Mydło na kawie
Też fajnie to wyszło, takie bardzo ciemne. Pachnie dość słabo, lecz przyjemnie, pomarańczą i sosną, a do środka dałam zmieloną kawę dla peelingu, oprócz tradycyjnej porcji smaczków (miód, olejek arganowy, migdałowy i z pestek moreli - one chyba w komplecie występują we wszystkich tych mydłach prócz kokosowego).

Mydło rumiankowe
Chciałam zrobić mydło łagodne i odżywiające. Mam nadzieję, że mi wyszło. Ług był robiony na mocnym wywarze z rumianku, nawet trochę kwiatków dodałam do masy. Z olei mamy tu kokos, oliwę z wytłoczyn oliwkowych, olej ryżowy i gęsi smalec, a na koniec dodałam ten sam komplet olejków, co powyżej, wraz z miodem i rozdrobnionymi płatkami owsianymi. Zapachów nie dodawałam celowo. Wciąż czuć lekki zapach herbatki rumiankowej.

Mydło piwne
A z tego jestem bardzo zadowolona. Fajne jest, i wydaje mi się, że bardzo przyjemne dla skóry. Do tego ma zapach, który uwielbiam. Ług był na piwie, olej słonecznikowy, oliwa pomace, olej kokosowy i masło kakaowe, a po przereagowaniu doszła tradycyjna mieszanka smaczków, chlust piwa dla przypomnienia i olejek sosnowy i cedrowy. Suuuper.

wtorek, 3 stycznia 2017

Aniołek

Króciutki wpis, bo praca niewielka. Chciałam zrobić aniołka na wymiankę. Takiego niedużego, do powieszenia na choince. Nie mogłam się za niego zabrać, chodziłam i irytowałam się, aż wpadł mi w ręce prosty wzór, podpatrzony gdzieś w odmętach Fejsbuka.


Nawet nie ściągałam wykroju, choć był. Duże kółko odrysowałam od filiżanki, małe od monety, koronka dookoła, nawet złotą aureolkę zrobiłam, no i już poleciał na swoją choinkę.


Jedyne, co rzeczywiście musiałam dopracować, to rogi koronki. Takie rzeczy lepiej jest rozrysować sobie przed rozpoczęciem pracy. Wystarczy notesik, długopis i siedzące miejsce w autobusie. Potem już można brać się za igłę.


sobota, 31 grudnia 2016

O prezentach udanych i nie.

Ponieważ ostatnio zrobiłam się monotematyczna, i ciągle mi w głowie mydło i mydło, postanowiłam, że tym razem większość prezentów, jakie wylądują pod rodzinnymi choinkami, będzie mojej produkcji, ale niekoniecznie mydlana. Przejrzałam przepisy na blogach, i wybór padł na:
Po pierwsze musiałam wybrać odpowiednie słoiczki, przyjrzeć się objętościom i zdecydować, czego ile robię. Na pierwszy ogień poszła pianka do golenia. Wszystko przygotowałam, obliczyłam, rozpuściłam mydło, odpaliłam mikser, dolałam oliwy, i tu przeżyłam lekki szok, bo masa chyba trzykrotnie zwiększyła objętość. A może więcej? Sama nie wiem. Pododawałam wszystkie potrzebne składniki i zapachy, i tym co wyszło, zapełniłam przygotowane słoiczki i kilka nieprzygotowanych. Czyli po słoiczku pianki dla każdego, dobrej, bo na własnym mydle oliwkowym i z oliwą z oliwek, do tego jeszcze całkiem przyjemne zapachy; a na dodatek po mydełku piwnym i sosnowo-lawendowym. To chyba nieźle, prawda?

Teraz wzięłam się za scruby dla pań. To była słodka i pachnąca praca co się zowie! Każdy na cukrze, nie na soli - tak wybrałam. W sumie trochę się pomyliłam, bo do waniliowego chciałam dać brązowego cukru, a sypnęłam białego. No i postanowiłam nie dawać aromatów poza ziarenkami prawdziwej wanilii z dwóch lasek. Nie byłam przekonana, czy tego zapachu będzie dosyć, ale zaryzykowałam. Co do scrubu cytrusowego, był ze wszystkim co potrzebne: startą skórką z cytryn i pomarańczy, i z bardzo esencjonalnym olejkiem pomarańczowym (Eko-Mama), i z resztką nierafinowanego oleju kokosowego, która akurat wystarczyła na tę porcję. Nawet niedługo to się robiło, i bardzo, ale to bardzo przyjemnie. Popakowałam do słoiczków, a resztki z misek zachowałam dla siebie. Jest ich dość, żeby się nacieszyć.


Spędziliśmy Wigilię z liczną rodziną, dostaliśmy piękne prezenty i rozdaliśmy nasze (przepraszam, Święty Mikołaj przyniósł pod choinkę, a małoletnie aniołki wyciągały i roznosiły). Pośpiewaliśmy kolędy, poszliśmy na Pasterkę, i tak nam czas miło upływał, aż następnego wieczoru zachciało mi się spróbować, jak się zachowuje pianka do golenia. W końcu wyszła mi z blisko półlitrową nadwyżką...

Tego, co się po dwóch dobach zrobiło w słoiku, nie spodziewałam się ni w ząb. Kochani, to był jakiś koszmarny, ciągnący się glut! Glut zapychający na amen maszynkę do golenia (dobrze, że damską jednorazówkę), niedający się wyjąć ze słoika, zwisający z brzegu jak wąsy, i na dodatek zostawiający na skórze naprawdę nieszczególny zapach. Porażka na całego. Zaraz wysłałam SMS-a do obdarowanych, żeby nie bali się wyrzucić tego cuda. Ech. Dobrze, że choć mydełka uratowały mój honor.

Swoją porcję też wyrzuciłam; dobrze, że większość poszła do kosza. Potem domywałam słoiczki, bo porządne i szkoda mi ich było. Ta substancja przylepiała się do wszystkiego i nie na żarty bałam się, że zapcha mi odpływ w zlewie. Jeśli kiedyś coś takiego mi się jeszcze przytrafi, wytrę słoiki papierem toaletowym, a potem dopiero będę myć.

Natomiast scrubami jestem absolutnie zachwycona! Na pierwszy rzut poszedł cytrusowy. Zapach jest nie do opisania, przewspaniały. Cukier szoruje jak szczoteczka, a że całość jest zalana bardzo przyjemnymi olejami, po kąpieli nie trzeba balsamu do ciała.  Byle tylko nie zapomnieć domyć wanny, bo śliska się robi.


Scrub waniliowy wyszedł w porównaniu z poprzednim dość niepozorny, szarawy, z drobniutkimi kropeczkami nasionek wanilii i cętkami posiekanych strąków. Podobno używa się tylko nasionek, ale mnie się te strączki tak podobają, że im nie darowałam. Bałam się, że bez dodatku olejków eterycznych zapach będzie taki sobie; pewnie równie niepozorny, jak wygląd. Myliłam się. Teraz po tygodniu ta wanilia daje z siebie wszystko. W dodatku tłuszczu poszło tam dużo, cukier tonie pod jego warstwą, i teraz chodzę cała szczęśliwa, bo co mi dłonie przeschną, biorę sobie parę kropli oliwy z tego scrubu, nacieram ręce po łokcie, i nie mogę się nacieszyć i nawdychać. A jaka skóra jest gładziutka!


Pomyśleć, że tyle lat przeżyłam i mogłam się bez nich obyć. Jak ja to robiłam?

piątek, 30 grudnia 2016

Mydło na piwie

Gdy obrobiłam się z poprzednimi mydełkami, postanowiłam, że przyszła wreszcie pora na coś dla facetów. Materiały miałam przygotowane od dosyć dawna. Mianowicie, kiedy jeszcze można było uskubać w okolicy niezbrązowiałe szyszki chmielu, zebrałam ich garść i ususzyłam, a później dokupiłam w sklepie zielarskim całą paczuszkę, bo na macerat jednak było ich za mało. Zalałam olejem, spojrzałam na etykietę, i ups - to nie był olej rzepakowy, a słonecznikowy. Głupia sprawa, słonecznikowy źle wpływa na trwałość mydła. Rzepakowy, jak się okazuje, też, ale o tym wiem od niedawna. Zastanowiłam się, co z tym robić, obmyśliłam plan i wstawiłam słoik z zalanym chmielem do piecyka, niech się grzeje i maceruje. Pogrzałam go kilka godzin jednego dnia, drugiego, trzeciego, potem co jakiś czas odpalałam grzanie choć na trochę, a na mydlenie wciąż mi się nie zbierało.

Piwo nawet kupiłam. Dobre, na miodzie gryczanym. Odlałam porcję do odgazowania, reszta piwa pomału znikła z butelki, wreszcie zdążyłam zapomnieć, gdzie mam kubek z odlanym piwem, a potem go znaleźć i zdecydować, że jednak stało za długo i potrzebuję świeżego.

Kopniak energii przyszedł gdzieś tak półtora tygodnia przed Bożym Narodzeniem, bo coś przecież na prezenty muszę wykombinować. Kupiłam drugą butelkę piwa, podgrzałam i odgazowałam tyle, żeby wystarczyło na ług, i umyśliłam sobie recepturę: olej kokosowy, gęsi smalec, oliwę i macerat na słoneczniku. Obliczyłam składniki tak, żeby mieć zerowe przetłuszczenie. Wiedziałam, że będę robić na gorąco. Osobno odłożyłam porcję tłuszczy do dodania pod koniec pracy, jako nadwyżkę. Tym razem nie lałam na oko, lecz odważyłam porcję oliwy z oliwek, masła shea i nierafinowanego kokosa, bo musiałam wiedzieć, ile tego będzie, żeby mydło nie wyszło za suche.

Ług na piwie pienił się mocno, szumiał, i w ogóle sypałam granulki bardzo powoli, żeby mi całość nie zawrzała. Miarkę z miksturą trzymałam w miseczce z wodą i kostkami lodu. Oczywiście uważałam na opary. Rodzina narzekała, że piwo śmierdzi, bo rzeczywiście zapach się rozchodził, i to jakiś zmieniony. W sumie to czekam na koniec przerwy świątecznej, bo mam w planach mydło na kozim mleku, które ponoć jedzie amoniakiem. Niech oni pójdą do szkoły.

Wreszcie wszystko mi się ładnie rozpuściło (łącznie z kostkami lodu w miseczce) i mogłam wlać ług do tłuszczy. Wstawiłam na kuchenkę do kąpieli wodnej, przemieszałam blenderem, po czym całość stwardniała na plastelinę. Podziabałam ją łyżką, patrzę, a tu mi masa puchnie w garnku! Ajaj, jeszcze wylezie to żrące draństwo i jak ja je będę łapać? Złapałam za blender, zakręciłam krótko raz i drugi, po czym pomyślałam, że mogę mieć jeszcze brzydszą niespodziankę, jeśli masa zawrze od spodu i zrobi się wulkanik. Dlatego już bardzo ostrożnie zanurzałam blender tu i tam, włączając go na kilka sekund, dokąd budyń nie osiadł na powrót w garnku. Dopiero wtedy porobiły się grudki, a po krótkim mieszaniu żel.

Dalej obyło się już bez niespodzianek. Po kilkunastu minutach żel zaczął bieleć od spodu, wreszcie papierki lakmusowe pokazały, że zasadowość spadła do przyzwoitego poziomu, i mogłam domieszać przygotowane tłuszcze. Potem już po staremu dodałam "po uważaniu" olejku arganowego, migdałowego i z pestek moreli, łychę miodu, a na to jeszcze polałam piwa, żeby było przyjemniej. Po czym zastanowiłam się, powęszyłam (a zapach był wciąż dosyć duszący), i zdecydowałam, że przydadzą się tu jakieś iglaki. Padło na olejek sosnowy i cedrowy.



Wyszło z tego bardzo przyjemne mydło. Pachnie fajnie: ni to piwem, ni żywicą, i ma w sobie tyle różnych dobroci! Lubię je.

czwartek, 29 grudnia 2016

Pierwsze mydło potasowe

Gdzieś pomiędzy poszczególnymi partiami mydeł na gorąco zabrałam się za mydło potasowe. Konkretnie za to na rzepaku. Pamiętam, że to była niedziela, ale która? Otworzyłam sobie bloga Całkiem Lubię Chwasty, znalazłam przepis na mydło gospodarcze rzepakowe*, wydobyłam jak się patrzy całą wielką butlę oleju, wodorotlenek i cały ekwipunek potrzebny do pracy, i ruszyłam z robotą.


* Blog Całkiem Lubię Chwasty właśnie przeprowadził się do nowej domeny. Widzę, że przepis ze starego bloga został udoskonalony, i tej wersji nie testowałam. Wygląda na kozacką. Zmniejszona ilość wody, wlewanie wody do płatków, podgrzewanie ługu, wlewanie oleju do ługu... Nie wiem, czy mam odwagę. Na dodatek mam w tej chwili naprawdę dużą porcję mydła rzepakowego z pierwszej produkcji, które nie wiem, kiedy zużyję - albo kiedy rodzina mi je wybierze. Jak zobaczę dno w słoikach, zacznę myśleć o powtórce.

Rozmieszałam wodorotlenek. KOH rzeczywiście jest w formie płatków, nie granulek, co widziałam po raz pierwszy, bo do tej pory nie otwierałam tamtej butelki. Widoczna była różnica w reakcji z wodą: odbywała się znacznie gwałtowniej, całość burzyła się, a przy mieszaniu słychać było ciche trzaskanie - pewnie tworzyły się albo pękały bąbelki. Szczególnie mocno uważałam, żeby opary nie zaleciały mi w twarz.

Potem wlałam ług do garnka z olejem i dość długo blendowałam, wreszcie wstawiłam całość do piekarnika nastawionego na 60-70 stopni. Tam się to grzało, a ja co jakiś czas podchodziłam i mieszałam. W sumie odbywało się to spokojnie, bez wielkiego rozwarstwiania się i prób kipienia. Trwało dłużej, niż zakładałam, choć i tak nie osiem godzin, a trzy i pół. W końcu po coś wlałam tę setkę wódki do masy.


Wyszło mi z tego ładne mydło, jak złotawy kisiel albo bardzo gęsty krochmal. To duża porcja, wystarczyła na dobrych kilka słoiczków i pudełek. Jest wydajne: wystarczy delikatny, lśniący ślad na kuchennym zmywaczku, aby wymyć do czysta cały zlew. Pomogło mi też dotrzeć osad z herbaty na różnych szklankach i kubkach, choć nie do końca je lubię w tej kwestii, bo mam wrażenie, że samo zostawia warstewkę osadu i trzeba je solidnie domyć. Do spraw kuchennych zamierzam zrobić mydło potasowe z oleju kokosowego. Jestem go bardzo ciekawa.

Jak widać na zdjęciu, kolor ma bursztynowy, dość jasny. Podobno innym wychodziło ciemniejsze. Powierzchnia jest taka lśniąca i jedwabista. Pachnie bardzo delikatnie, czystym mydełkiem. Lubię ten zapach. Ktoś narzekał, że rzepakowe śmierdzi. Nie wiem, widać tak niektórzy mogą to odbierać. Może użyli oleju innej produkcji, a może są szczególnie wrażliwi? Do mycia rąk i ciała jest za ostre, bo proporcje dobrane zostały tak, aby wyszło zerowe przetłuszczenie, albo prawie zerowe, skoro skład oleju rzepakowego może się zmieniać w zależności od miejsca pochodzenia, gleby i innych czynników. Czyli zedrze tłuszcz i brud, ale nic nie zostawi w zamian. Zdarzało mi się jednak coś tam nim czyścić, zostało mi na rękach, zmyłam - i żyję. Nie mam gorzej wyługowanych, niż po latach stosowania płynu do naczyń.


Oczywiście musiałam wypróbować przepis na płyn do prania z Całkiem Lubię Chwasty**. Nie robiłam jednak sześciolitrowej porcji, a poprzestałam na dwóch litrach. Znowu zgodnie z instrukcją rozmieszałam mydło w wodzie, używając blendera, bo rzeczywiście rozpuszcza się dosyć trudno i długo. Domieszałam boraksu i sody kalcynowanej i zostawiłam całość na dzień albo dwa w garnku. Na początku mieszanina była po prostu wodnista i przejrzysta, ale po odstaniu zagęściła się do konsystencji niezbyt mocnego krochmalu. Przelałam ją do dwóch pojemników. Do jednego dałam odrobinę zapachu lawendowego, w drugim zrobiłam odważniejszą mieszankę, choć olejków nie było wiele. Zdaje się, że znalazła się tam lawenda, róża i petitgrain. Tego właśnie płynu używam teraz do prania, na przemian z proszkiem z Zielonego Zagonka, który chcę wykończyć, i sklepowym płynem na usunięcie osadu po zagonkowym proszku. Wydaje mi się, że pierze nie gorzej od tego sklepowego. Pewne miejsca muszę i tak zaprać ręcznie, lecz Persil też by ich nie doprał bez pomocy.

** Ten przepis na płyn najwyraźniej zniknął ze strony, albo ja go teraz nie umiem odnaleźć. Pojawiła się za to pasta do prania, podobno szybsza do zrobienia i inaczej dozowana do pralki. Czemu nie, wypróbuję i ją, jak mi się płyn skończy.

środa, 28 grudnia 2016

Więcej, szybciej, lepiej!

Nie wiem, czy każdy tego doświadczył, że jeśli wda się w nową dziedzinę wiedzy, to z zapałem robi i robi, czyta i czyta, gmera i szpera, a w głowie puchnie wiedza i buzują coraz to nowe pomysły. O mydłach można długo. Jest mydło robione na zimno i gorąco. Można przerobić takie, które nam się nie podobają. Można zrobić sodowe i potasowe, a to są zupełnie różne rodzaje mydeł. Można barwić i robić wzorki, a co do zapachów, to w ogóle jest skomplikowana sprawa. No i tłuszcze - każdy ma swoją specyfikę, niektóre są podstawowe, czyli można zrobić mydło w 100% na jednym rodzaju oleju, a inne nadają się tylko na kilkuprocentowy dodatek.

I tak gdzieś na początku grudnia zorientowałam się, że mi się znowu przerzedzają zapasy zgromadzone, a mam coś z pięć do dziesięciu pomysłów, jak by tu uzupełnić moją suszarnię. Chciałam zrobić wreszcie mydło z wzorkami, na zimno. Chciałam lawendowe i różane. Chciałam jakieś cytrusowe, na przykład z trawą cytrynową. Mogłoby być zabarwione kurkumą, albo może lepiej paćką z dyni, na żółto, albo młodym jęczmieniem na zielono. Chciałam mydło, które nie musiałoby leżeć dwóch miesięcy, bo Boże Narodzenie idzie, a ja potrzebuję na prezenty. Czyli musiałam pogodzić się z mydłem na gorąco. Czemu nie, ono ma swoje duże plusy, bo mogę do niego dodać różnych odżywczych składników i ług mi ich nie zeżre. A jeszcze takie kawowe z peelingiem. I więcej lawendowego z sosną. I nagietkowo-rumiankowe, a może tym razem sam rumianek. I jeszcze choćby raz spróbować użyć smalcu i zobaczyć, jak to się sprawdza. O, i mydło piwne, do którego surowce miałam przygotowane, a piwa musiałam dokupić drugą butelkę, bo pierwsza mi się, ten tego, rozeszła - ale naprawdę długo czekała. Dużo tego. O, i koniecznie mydło gospodarcze, tu przepisy są dwa, rzepakowe i kokosowe. I savon noir dla damskiej części rodziny. A tu już miałam lekkiego pietra, bo przy tym mydle trzeba siedzieć kilka godzin, od dwóch do ośmiu, to zależy. To są mydła potasowe, a KOH reaguje znacznie wolniej od NaOH.

 
Na pierwszy ogień poszły dwa pomysły: mydło oliwkowe z lawendą, i z zapachem trawy cytrynowej na gorąco. Nie odważyłam się wybielić oliwy dwutlenkiem tytanu, dodałam tylko fioletowej ultramaryny. Jak się okazuje, za mało, bo kolor wyszedł szary zamiast fioletowego. Skądinąd całkiem ładny, ale nie o taki mi chodziło. To jest mydełko, które musi poczekać dosyć długo na swoją kolej.

W mydle z trawą cytrynową z kolei znalazła się cała masa dobrych rzeczy. Trudno mi teraz odnaleźć notatki, lecz zdaje się, że z tłuszczy poszło tam masło shea, kokos i oliwa, natomiast po przereagowaniu domieszałam olejek arganowy, migdałowy i z pestek moreli. Chyba też dodałam łyżkę miodu do masy. Zapach po kilku tygodniach już nie jest tak intensywny, lecz nadal ładny. A że zostało zrobione na gorąco, można go używać po niedługim czasie, byle przeschło.


Gdy odetchnęłam po tej robocie, wkrótce zechciało mi się powalczyć z mydłem rzepakowym potasowym, lecz o tym chyba będzie osobno. Nawet nie była to tak długa robota, jak się obawiałam. Na savon noir zamierzałam się, zamierzałam... i wciąż czegoś mi brakowało: a to impulsu (że teraz-już), a to gliceryny, a to po prostu kilku godzin czasu, gdy nie będę nigdzie wychodzić z domu. Nie zrobiłam go do tej pory.

Za to któregoś wieczoru zawzięłam się i ukręciłam trzy porcje mydła na gorąco: z kawą, zieloną herbatą i naparem z rumianku. To był szał mydlarski!

Mydło kawowe: ług na kawie espresso z tego włoskiego czajniczka stawianego na gazie, masło shea, kokos, oliwa i olej ryżowy. Do tego peeling z fusów kawowych i zapach pomarańczy i iglaków. Po zżelowaniu dodałam to co poprzednio: miód i te dobre olejki.


Mydło herbaciane: miało być zielone, wyszło ciemnobrązowe, właściwie ciemniejsze od tej kawy. Do tego znowu dodałam fusów od kawy dla peelingu, oraz miodu i olejków. Zapachu nie dodałam, bo mi się zapomniało. Może to i dobrze? Lemongrass będzie, jak zrobię ślicznie zielone mydełko.


Przed pokrojeniem wyglądało jak bochny razowca z formy.
 Mydło rumiankowe: użyłam gęsiego smalcu, kokosa, oliwy i ryżu, jeśli dobrze pamiętam. Ług był na mocnym naparze z rumianku, a do masy dodałam trochę kwiatków z naparu. Zapachu nie dodawałam, tym razem celowo, ale olejki i miód - tak.


Wyszła tego duża, naprawdę duża porcja. To była przyjemność, patrzeć jak całe to dobro zastyga sobie w formach, a potem kroić takie świeże mydełko.


Więcej, szybciej, lepiej? Tak, było dużo. Z szybkością już bym nie przesadzała: między poszczególnymi pracami były spore odstępy. Lepiej? Savon noir do tej pory pozostaje w sferze planów, gospodarcze kokosowe również. Ponieważ przyszło mi chwytać kilka srok za ogon, rozlazła mi się praca na wymiankę na forum, bo nie idą mi koronki. A mydło herbaciane miało być inne i pachnące. A w dodatku miałam w planach jeszcze parę rzeczy na prezenty, które udały mi się połowicznie. O tym pewnie jeszcze będzie. Czyli stare hasełko z produkcyjniaków znowu się nie sprawdza. Ono sobie, życie sobie.

wtorek, 27 grudnia 2016

Jakby mało było wpadek...

O ile wspólna praca z koleżanką powiodła się nad podziw, mydełka wyszły śliczne i pięknie pachnące, a my zadowolone, to już kilka dni później tak dobrze nie było. Zaszyłam się w domu, żeby wypróbować nową formę do mydeł. Wpis z Fejsa mówi sam za siebie...
Ludzieeee, ale mi się wtopa trafiła 😁 Chciałam porobić wzorki. Zrobiłam sobie wywar z korzenia rzewienia, i drugi z galasów. Bo jak ostatnio zobaczyłam pod dębem mnóstwo galasów jak mirabelki, od razu sobie przypomniałam, że z tego drzewiej atrament robili. Ciekawa byłam, jaki to da kolor. Spodziewałam się bardzo ciemnego, wyszedł dość intensywnie żółty. Odrobina była jednego i drugiego wywaru, tak z 40-50 ml. No i teraz zamieszałam mydło:
300 g kokosa
200 g shea
200 g ryżu
300 g rzepaku
i odpowiednio NaOH wg soapcalc.
Otóż tak: ryż dał sam z siebie żółty kolor. Trudno, myślę sobie, to już dodam ten żółty kolorek z galasów, odleję część i jeszcze dodam rzewień. Przygotowałam formę z przegródkami, bo mi się marzył jakiś swirl albo cokolwiek takiego. Leję żółtą masę, a tu choroba, łyżką muszę wygarniać. Domieszałam rzewienia. Trudno było, bo się masa zaczęła kawalić. Jak ją zamiąchałam blenderem, to już w ogóle musiałam tą łyżką wpychać. A potem wyjąć przegródki - ni w ząb, bo się rękawice ślizgają! Rodzina wspomogła mnie solidnym zwitkiem papieru toaletowego, i jakoś pomagając sobie nożem z jednej strony wyciągnęłam te przegródki. Razem z nimi zaczęło wyłazić z formy mydło, bo się do nich po prostu na amen przylepiło. Upchnęłam je jeszcze na siłę, patrzę przy tym upychaniu, a tam już żel się robi na całego!
Siedzi teraz to cudo w piekarniku (wychłodzonym - ale koty przynajmniej nie wlezą). Nie okrywam, skoro tak mu dobrze idzie. Oj, boję się jakiegoś rekordu. Jeszcze trwa listopad, konkurs się nie skończył.

Było co podziwiać. Jedni pocieszali, że całkiem ładne, inni radzili wysyłać na konkurs szkaradków (nie wysłałam koniec końców). Jednej koleżance nawet skojarzyło się z zajęciami w prosektorium: to czerwone wyglądało jak mięśnie, żółtawe jak tłuszcz. Widać do dużej doszłam wprawy! Całość miała jedną przyjemną cechę: zapach. Dolałam tam całą fiolkę olejku may-chang, zbliżonego, jak na mój niezbyt czuły nos, do zapachu trawy cytrynowej. Następnego dnia wydobyłam mięsne mydło z formy, pokroiłam w kostki, a że okazało się bardzo miękkie, nawet zachciało mi się wyrzeźbić w nim kwiatek.


Wróciłam do niego przed Bożym Narodzeniem, skoro wypadało myśleć o prezentach. Skroiłam z kostek nierówny wierzch. Przez czas leżakowania mydło stwardniało i już się nie paćka tak jak na początku. Zapach ładnie się utrzymuje. Muszę przyznać, że mimo tych przygód jest bardzo przyjemne w użyciu.

Wnioski: z galasami dam sobie spokój. Marny ten kolor. Natomiast rzewienia nie dałam dużo, a następnym razem postaram się jeszcze mniej, bo jest mocny. A ponadto ostatnio stwierdziłam, że 5% przetłuszczenia to za mało jak na moją suchą skórę. Ludzie tak robią, chwalą sobie i polecają, ja mam jednak dłonie od dawna tak przesuszone, że muszę spróbować dawać więcej tłuszczu. Mam nadzieję, że wreszcie trafię na proporcje, które mi na to pomogą.

/Dopisek: aby nie było, że te galasy nie mają wartości zielarskiej czy kosmetycznej, a tylko dają nieco kolorku, oto co nieco o nich z punktu widzenia szkoły przetrwania, i jeszcze trochę, oraz nieco ogólnych wiadomości o dębie.