wtorek, 8 listopada 2016

Twórcze Inspiracje nr 6/2016

Nowe "Twórcze Inspiracje" trafiły do mnie w momencie, gdy próbowałam uporządkować zaległą stertę zaczętych robótek, przygotować się do zjazdu w Ustroniu, a na dodatek głowę miałam zajętą eksperymentami mydlarskimi. To nie jest dobry moment na rozpoczynanie nowej pracy, a nawet na myślenie o takiej. Tak czy inaczej, gazetka jest i kusi, mocno kusi!


1) Sutaszowa choinka - śliczna, wesoła, bardzo kształtna ozdóbka choinkowa. A może ktoś będzie chciał taki świąteczny naszyjnik, albo z mniejszych koralików - kolczyki?  Rzecz jest o tyle zachęcająca, że nie jest trudno samemu wymyślić kolory, albo i nową formę. Sutasz pozwala na dużą dowolność, ogranicza nas tylko wyobraźnia.

2) Powertex - bombka z portretem. To może być śliczna pamiątka dla kogoś drogiego. Tak samo można ozdobić inne przedmioty, a efekt znowu zależy od naszej własnej wyobraźni, doboru detali, kolorów itd.

3) Szydełkowa sówka - prościutka w wykonaniu, chyba całkiem szybka, zwłaszcza z grubszej włóczki, i znów pozwala na dużą dowolność. I czy mi się zdaje, czy z tego samego wzoru wyjdzie czapeczka?

4) Poduszka z koronką - tu mamy wdzięczny wzór z szydełkowych motywów,  do wykorzystania jako serwetka, bieżnik, bądź właśnie do naszycia na poduszkę.

5) Szydełkowe bransoletki z okrągłym kamieniem pośrodku, ozdobione tak, że mi Spiderman przychodzi do głowy. Fajny pomysł z tą lśniącą, haftowaną pajęczyną.

6) Twinowe bransoletki - czyli robótki z koralików, z wykorzystaniem przede wszystkim koralików twin. I to jest pierwsza rzecz, dla której byłabym niemal gotowa zacząć kolejną pracę i dorzucić szpargałów do mojej nieśmiertelnej, rozrastającej się sterty na stoliku. Są takie śliczne. Kurcze, Ustroń tuż-tuż! Zaopatrzenie! I jest tych wzorów kilka do zrobienia: bransoletki z grubych, okrągłych sznurów na kształt sznura tureckiego, właśnie z tych koralików, bransoletki płaskie jak szeroka wstążeczka, można szaleć! Duży plus.

7) Barokowa bombka: oklejamy bombkę aksamitem, najlepiej po królewsku, bordowym, a potem przewiązujemy na krzyż koronką z koralików. Znowu wzór do wykorzystania tyleż na bombkę, która nas pozachwyca przez Święta, co na biżuterię, przydatną przez cały rok. Śliczny wzór, taki bardziej kwiatowy, z kilku rodzajów koralików; w dwóch wersjach, węższej i szerszej.

8) Znowu szydełko - prościutkie gwiazdeczki na choinkę i stroiki. Wyglądają na szybkie do zrobienia. Potem tylko usztywnić porządnie krochmalem, i mamy wesołą zimę w domu.

9) Świąteczne podusie: bierzemy puchatą włóczkę w soczystych odcieniach zieleni i robimy z niej proste trójkątne poduchy, które potem ozdabiamy szydełkowymi łańcuszkami i bombkami z pomponów. Zresztą co kto wymyśli - na tej drugiej widzę i serduszka z szydełkowego konturu, wypełnione chyba igłą. Bardzo przytulne i niekłujące iglaczki.

10) Coś o naturalnych kosmetykach - jesienny plan pielęgnacji. O to, to. Właśnie czekam na masło shea i olej migdałowy, bo mi brakuje kremu do twarzy. Macerat z rumianku i nagietka na oliwie z oliwek jest gotów. Drugi jest lawendowy, i zastanawiam się, czy ta lawenda będzie tylko do mydła marsylskiego, czy może też ujmę nieco i przerobię na krem. Fajne są te porady. Od pół roku uważam, że nie ma to jak jadalne składniki do kremów. To jest coś, co się wchłonie i odżywi cerę, a nie tylko oblepi ją od zewnątrz. Masło shea do smarowania ust jest genialne, ale tu w artykule jest jeszcze kilka dobrych pomysłów.

11) Kolorowe pompony: miła i ładna dekoracja z taśmy tiulowej. A zrobić jest prosto, jak to pompony: okrągły szablon wycięty z tektury - mało to wyrzucamy opakowań codziennie? - wstążeczka do przewiązania, nożyczki do przystrzyżenia, i parę minut cierpliwości.

12) Bombka "barwna łąka" - na to akurat popatrywała moja córka, bo to takie radosne, kolorowe szaleństwo. Nawycinać kwiatków z barwnego filcu, wysypać na stół pstrokatych guziczków, do tego muliny, którymi można na grubo powyszywać wzorki na kwiatkach. I jeszcze duża styropianowa bombka, do której to wszystko poprzypinamy szpilkami. Najlepiej, jeśli mają spore, ozdobne łepki. Proste? Proste. A jaka radocha!

13) Bombka z koronką rumuńską - no, tu już jest inna rozmowa. Tak jeszcze bombek nie ozdabiałam. Przezroczyste bombki, jak bańki mydlane, oplecione koronką, i to mało popularnym u nas rodzajem. Jak się okazuje - wszystko jest do zrobienia. Piękna rzecz!

14 i 15) Bombki ze śnieżynkami - tym razem haft koralikowy na kolorowej aidzie, a do tego wzory śnieżynek na troszkę większe obrazki. Można użyć krzyżyków albo koralików, zastosować różne kolory, i wykorzystać do ozdobienia różności. Oprawić w ramki, wszyć w poduszkę, ozdobić torbę? Co kto wybierze.

16) Garść niedużych wzorów na kartki świąteczne: proste, dwukolorowe wzory. Powinny być szybkie i wdzięczne w wykonaniu. Będzie dużo karteczek.

17) Skrzaciki - ja nie jestem "targetem", ale całkiem mi się pyszczki tych skrzatów podobają. Są słodkie, ale nie landrynkowe.  Mogą być wdzięcznym prezentem dla przedszkolaka. Choć może nie tylko?

18) Kartka z poinsecją - no, tu jest "na bogato"! W jednym obrazku mamy haftowane krzyżykami listki, koralikowe kwiatki, i największy kwiat do wykonania haftem wstążeczkowym. Taka kartka, jeśli ktoś dostąpi zaszczytu i taką dostanie, powinna całe święta stać na honorowym miejscu!

19) I jeszcze szydełkowy kwiatek poinsecji jako bombka na choinkę.

20) A gdyby komu było mało, jest i coś do uszycia: wielki worek z uszami na dziecięce zabawki, z dużymi kieszeniami, do wywracania na lewą albo prawą stronę. Podobno po odpowiednim wywinięciu może nawet służyć jako siedzisko dla malucha!

Dwadzieścia pomysłów w jednym czasopiśmie. Szał! Kto pierwszy pochwali się pracą?

sobota, 22 października 2016

...Piąta chusta, szósta chusta

Finiszuję właśnie z zakupionymi motkami moherku Alize Kid Mohair Missisipi. Przerobiłam wszystkie dostępne kolorki, tak mi się te prążki spodobały. A i wzór na chustę się sprawdził, bo z jednego motka wychodzi akurat taka miła chusta, nie duża, nie mała, w sam raz.

To po kolei: pierwszy motek, za jaki złapałam przed rokiem po powrocie z Ustronia, był w kolorach różu i, beżu i lekko zielonkawego błękitu:
 
Moherek i kotek, to się nieźle komponuje. Topcio potwierdza.

Młoda od razu zażyczyła sobie drugą taką, i wybrała kolory:


Porównanie :)
A następna była dla siostry na imieniny. Bardzo mi się dobrze robiło ten zestaw. Za oknem bura zima, a na drutach wiosenne fiołki:



Dalej były takie dwie, które robiłam niemal jednocześnie. To znaczy zaczęłam od tej w bardzo żywych kolorach, ale przemyślałam sprawę, przełożyłam ją na zapasowe druty, a zamiast niej zrobiłam spokojniejszą, jak mglista jesień. Ta była dla mamy:


Okazuje się, że nie zrobiłam zdjęcia gotowej chusty. No, cóż.
Wreszcie przywróciłam do łask tę poprzednią, jak dyniowy warzywnik jesienny, i babrałam się z nią długo, długo, odkładając co i rusz, przede wszystkim ze względu na zaaferowanie mydleniem. Po niekończącym się dłubaniu po ćwierć rządka, krzywieniu się, że taka pstrokacizna, kojarząca mi się z nielubianą porą roku, marudzeniu, że mi pewnie nie starczy i będę musiała pruć ostatnie rzędy (owszem, tak się stało), ukończyłam - i zakochałam się! Nie oddam!


A teraz na drutach siedzi ostatni już, szósty motek. Kolory dość odważnie zestawione, i pewnie właśnie dlatego ta chusta będzie znowu dla mojej córeczki, która już się cieszy. Zdjęcie mam tylko robocze, z dzisiejszego, bardzo pochmurnego ranka. W słońcu wyjdą prawdziwe kolory, nie tak przeniebieszczone. Mam nadzieję na poprawę pogody, jak wreszcie ją skończę, a zostało mi już niewiele rzędów.


środa, 19 października 2016

Mydła po przejściach


Mydło oliwkowe z dodatkami, które w lipcowym wpisie pokazałam, jak zastyga w kubełkach po jogurcie, musiałam niestety przerobić na ciepło. Przyczyna była prosta: nie chciało wyjść z fazy żelowej. Tak sobie siedziało i siedziało w tych kubeczkach. Dałam mu czas. Mydlarz musi być cierpliwy, bo mydło ma swoje humory i narowy. Jednak kiedy minął tydzień, a ono zamiast ślicznie mi zbieleć i stwardnieć, nadal było takie brązowe i półpłynne, przestałam czekać i wsadziłam je do wodnej kąpieli, żeby przerobić na ciepło.

To było moje pierwsze przetapianie mydła, i niestety za długo trzymałam je na ogniu. Wyszło twarde, i nie jestem z niego zadowolona, bo mi wysusza ręce. Nie wiem, czego tam brak albo jest za dużo. pH niby w porządku. Przetłuszczenie za małe? Chyba resztki skroję w kostkę i zaleję nową masą mydlaną przy jakiejś pracy z kolorami. A szkoda, bo w każdym kubełku był inny kolor, zapach i dodatki.
Od lewej: z miętą, czyste, z nagietkiem, z kawą i olejkiem petitgrain
Następne podejście to już był własny przepis. Bodziec był prozaiczny: w lodówce zalegały mi buteleczki z olejami, których nie umiałam sensownie zużyć w kuchni. Konkretnie lniany i orientalny z prażonego sezamu. Teraz wiem, że można dostać również z surowego ziarna, i taki pewnie jest bardziej odpowiedni, a na pewno nie będzie miał takiego intensywnego zapachu. Wzięłam się za kalkulator Soapcalc i namieszałam: 300 g oleju kokosowego, 72 g sezamowego, 100g lnianego, 28 g rycynowego, i to uzupełniłam rzepakowym do 1000 g. Wyliczyłam sobie co trzeba w kalkulatorze, i pomyślałam o dodatkach: zamarzył mi się śliczny żółtopomarańczowy kolor z marchewki. Rozgotowałam marchew, zrobiłam pulpę, wzięłam 50 g, które odjęłam od wyliczonej wody, a na dodatek przygotowałam łychę dobrego miodu i jakieś olejki zapachowe. Bałam się o ten sezamowy zapach, bo olej miałam po jakichś kuchennych, niezbyt udanych eksperymentach. Wolałam go czymś zamaskować.

Zrobiłam jak należy ług z odmierzonego NaOH (133 g) i wody (300 g), zmiksowałam z mieszanką olei, gdy masa zgęstniała na budyń dorzuciłam miód i marchewkę, wlałam olejki, i całość rozlałam do forem, wysypanych suszonymi kwiatkami nagietka.


 
Nie powiem, kolor całkiem mi się podobał. Zapach był nadal sezamowy, choć nie tak silny jak na początku. Wkrótce mogłam sobie popatrzeć, jak tworzy się faza żelowa. Ciemna plama pojawiła się pośrodku i rosła, aż zajęła praktycznie całą masę.




Ten stan zastałam rano, co mnie odrobinę zaniepokoiło, bo liczyłam na śliczne, żółciutkie mydło do krojenia. Dałam mu jeszcze czas do popołudnia, ale nie zamierzałam znowu czekać tydzień, czy się jednak zestali, czy też nie. A że się nie zestaliło, wszystko jak leci wygarnęłam, razem z tymi nagietkowymi płatkami, i wrzuciłam do garnka.


Wkrótce dopytywałam kolegów na Fejsie, po czym poznać, że mydło nadaje się do wyjęcia, skoro poprzednie przesuszyłam. Papierek lakmusowy od początku wskazywał pH 8,5. Pokazałam im zdjęcia, powiedzieli mi, że już! No to na chybcika wpsikałam tam porcyjkę olejku arganowego, zamieszałam łopatką, i upchnęłam masę do foremek.

Następnego dnia, w sierpniowym słoneczku, odbyło się krojenie:
 


To było najfajniejsze mydło, jakie do tej pory zrobiłam. Mówię: było, bo została mi ostatnia kostka. Jedwabiste, delikatne, i ślicznie pachnące ni to orzechami, ni karmelem? Miodem? Nie wiem. Na pewno nie prażonym sezamem. Ten zapach znikł, podobnie jak olejki zapachowe. Co ja tam wlewałam - cytrynę i rozmaryn chyba.

Niedawno powtórzyłam ten przepis, oczywiście z modyfikacją, ale o tym innym razem.

wtorek, 18 października 2016

Koronkowe poduszeczki

Tak sobie pomyślałam, że skoro część moich drobiazgów koronkowych rozeszła się, powinnam podorabiać nowe. Zaczęłam od poduszeczek na igły. Lubię je. Są malutkie, nietrudne, a przydatne w pracy. Swoje dawne serduszko obrębiane powinnam swoją drogą obrębić jeszcze raz, albo odesłać na zasłużoną emeryturę i zrobić sobie nowe, bo ta koroneczka coraz mniej koronkę przypomina.

Trochę tych maleństw porobiłam przy okazji zjazdu w Krasnymstawie, a teraz mi się przypomniały. Po drodze do Łodzi powstała kolejna:


Ta niebieska na dole pośrodku. I już mam wycięte kółeczka na następną. Część poduszeczek będzie trzeba delikatnie przeprasować, bo w robótkach buszował mi kot, i akurat w pudełku z pętelkami musiał się rozgościć, rozbójnik jeden.

poniedziałek, 17 października 2016

To lubię, czyli zwiedzanie łódzkiej Ariadny

W lipcu dotarła do mnie wiadomość, że jedna z grup krawieckich z Fejsbuka organizuje wycieczkę na zwiedzanie fabryki Ariadny w Łodzi. A że mam wielkie pudło ich mulin i dwa kordonków, używam ich od paru lat i chwalę sobie, a na dodatek firma co roku wspomaga oba zjazdy robótkowe i w ogóle jest z nimi kontakt, natychmiast zapisałam się i postanowiłam, że pojadę, choćby nie wiem co. I udało się. W zimny piątkowy ranek znalazłam bus na parkingu przy Placu Bankowym i pojechaliśmy.

Grupa nie była liczna, spodziewałam się, że będzie nas więcej. Sporo osób jednak wybrało dojazd własnym samochodem i spotkaliśmy się już u celu. W busie siedziała nas chyba szóstka i nie brakowało miejsca, aby rozlokować palta i bagaże. Trafił nam się pogodny, słoneczny dzień, prawdziwa ulga po ostatnich deszczach.


Czasem człowiek chciałby popatrzeć na świat, a tu ekrany. 


Tam jednak, gdzie ich nie było, mogłyśmy pooglądać widoki. Nawet trafiły mi się dwie sarenki. Szkoda, że najmłodsza, pięcioletnia uczestniczka wycieczki akurat spała na kolanach mamy i nie można ich było jej pokazać.

Zajechaliśmy  na miejsce nawet szybciej, niż myślałam. Nie bez pewnego trudu odnaleźliśmy właściwy wjazd. Pan kierowca nakręcił się, bo Niciarniana jest w remoncie i w ogóle trudno jest się dostać na parking zakładu. Wszystko było rozkopane. Nasza grupa odnalazła budynek zarządu i salę konferencyjną. Pomału podojeżdżali pozostali uczestnicy wycieczki. Oczywiście przeważały panie, ale i panów było, zdaje się, dwóch, i to dobrze zorientowanych w temacie.


Nasza część grupy zaczęła od wykładu o historii fabryki. Zaczęła się pod koniec XIX wieku; w lipcu przypadnie 120-ta rocznica założenia firmy. Koleje były różne: rozkwit, wkrótce potem kłopoty i zależność od Coats, która mimo wszystko okazała się zbawienna. Ciężkie straty w czasie I Wojny Światowej, odbudowa w 20-leciu międzywojennym, pewien dołek w czasie wielkiego kryzysu, potem rozkwit aż do roku 1939. W czasie wojny, mimo trudności, jakoś to szło. Później były lata powojenne, siermiężny socjalizm, liczne zmiany nazwy - dobrze jest wiedzieć takie rzeczy, bo na starych etykietach można natknąć się na różne wersje: Łódzka Fabryka Nici (to jeszcze nazwa przedwojenna), ŁFN, Fabryka Nici im. Hanki Sawickiej (och, było kilka wariantów, ale Hanka Sawicka pokutowała długo, choć z Łodzią nie miała nic wspólnego), wreszcie chyba w latach 70-tych czy 80-tych w nazwie pojawiła się Ariadna. Jak tam pracownicy się podśmiewali - fabryka im. Ariadny Sawickiej? Jakoś tak chyba.

Była w Rypinie taka uliczka, od zawsze nazywała się Lipowa. Za Bieruta czy Gomułki przemianowano ją bodajże na Bojowników Ludowych. Ojciec, pisząc list do swojej cioci, zaadresował go - oczywiście naumyślnie - na Bojowników Lipowych. Doszło.


Pan prowadzący prelekcję, długoletni pracownik fabryki, rozłożył na stole mnóstwo fantastycznych rzeczy: stare plany - no, ja akurat zacięcia architektonicznego nie mam, ale parę osób oglądało je z niekłamaną ciekawością - i stare nici! Niektóre jeszcze z okresu międzywojennego. Dawne, bardzo dawne etykiety. Jedna po arabsku, gdyż, jak się okazuje, w tamtych czasach fabryka, korzystając ze związku z brytyjskim Coatsem, eksportowała towar także do krajów arabskich.



Te drewniane szpulki, te moteczki jedwabiu (bawełnianego, jak się zdaje, ale ślicznego)!

Był nawet epizod, zaraz po wojnie, kiedy to w murach fabryki przez pół roku produkowano pierwsze polskie telefony. Potem przeniesiono je do Warszawy, a w Łodzi zostały tylko - i aż - nici. Długo były wyłącznie bawełniane, potem pomału weszły poliestry i nowa jakość, a w tej chwili produkuje się i z jednego, i z drugiego surowca. Od lat 90-tych firma bardzo się unowocześniła. Ma świetne maszyny, jest skomputeryzowana, ma własne laboratorium, i nici mogą śmiało konkurować z zachodnimi.

Na korytarzu przed salą konferencyjną można było zobaczyć zdemontowane części starych maszyn, takie małe miejscowe muzeum. Szkoda, że światło było marne, a ja na dodatek mam awersję do flesza. Teraz trochę żałuję.



Wreszcie wykład się skończył, do sali dotarła druga część grupy, która się z nami wymieniła, a my powędrowaliśmy na zwiedzanie fabryki. Niektóre budynki pamiętają jeszcze XIX wiek, a tu gdzie dziś jest garaż, dawniej była zakładowa straż pożarna i trzymano konie.



Chodziliśmy po tych wielkich pomieszczeniach biegusiem chyba przez bite półtorej godziny. A może więcej? Zaczęliśmy od pikowania tkanin na wielkich maszynach. Taka pikowana bela miała kilka metrów szerokości. Spokojnie można czymś takim obić wielką kanapę i nic a nic nie sztukować po bokach. Nici z kilkudziesięciu szpul idą górą, nad głowami ludzi, do wielkiego automatu z mnóstwem igieł do szycia. Czad.

Potem tkanie tasiemek: my, świeżaki, musieliśmy gęsiego wędrować za panią Moniką jak za panią matką, żeby nie naruszyć wielkich pajęczyn z kilkudziesięciu nici, które składały się na osnowę do taśm. Ta osnowa wędrowała na krosna, gdzie znowu z jednej maszyny wychodziło wiele tasiemek naraz, a każde innego rodzaju: gumki, taśmy do toreb, delikatne tasiemki do firanek.

No i niciarnia. Całe pęki bawełny w luźnych nawojach, potem na wielkich maszynach skręcane, każda w inny kordonek. Co tam było na tapecie akurat? Maja chyba? Widzieliśmy farbowanie w większych i mniejszych kotłach, skomputeryzowanych, suszenie w wielkiej maszynie, i nawijanie nici z wielkich szpul na mniejsze szpulki i motki, jakie znamy ze sklepów. Jeeej, mnóstwo kordoneczków jadących taśmą! I nawijanie mulinek na motki! Trafiłyśmy na dwa słoneczne, żółte odcienie.

Widzieliśmy, jak w laboratorium automatycznie dobiera się farby, jak bada się odcień wyprodukowanych nici, czy zgadza się ze wzorcem, i jak się mierzy wytrzymałość nici, albo jakkolwiek się ten parametr nazywa - w każdym razie, pod jakim obciążeniem nić zostaje zerwana.

A kiedy zwiedzanie się skończyło, byłam absolutnie przekonana, że można by na nie poświęcić i trzy razy więcej czasu, i jeszcze byśmy biegali truchcikiem po tych halach, bo tyle tam można zobaczyć.

Takie zwiedzanie zakładu gdzie się kończy? No jak to gdzie. W zakładowym sklepiku, oczywiście! Do tej pory łapki zacieram: nasza część grupy była tam szybciej. Reszta, która miała najpierw zwiedzanie, a potem prelekcję, dotarła chyba kwadrans po nas. Napadliśmy na lokal jak banda Hunów, ot co. Większość dziewczyn intensywnie szyje, niektóre prowadzą pasmanterie, więc panie za ladą miały pełne ręce roboty, a do kasy ustawiła się kolejka. Mnie pozostało przyglądanie się, bo miałam apetyt na dwa motki kordonka, a tu bym musiała od razu kupić całe pudło. Chomika robótkowego nauczyłam się w miarę możności poskramiać.

Chomik popiskiwał i intensywnie się ślinił. Nie są mu obce hurtownie pasmanteryjne, gdzie takie same pudła z kordonkami niejeden raz już widział, natomiast w drżączkę wprawiły go tzw. paczki  pracownicze. Były to worki foliowe zawierające po pół kilo nici do szycia (za 12,30 zł) albo muliny (za 44 zł, jeśli chomika pamięć nie myli). Tak się robi z wadliwym towarem: nić dobrej jakości, ale kolor nietrafiony, wyszczerbiona szpuleczka albo za mały nawój. Muliny nawet nie zawsze były owinięte w banderolki. Ojjj, chomiczek szczękościsku dostał. Szyjąca część grupy nie próbowała swoich chomików poskramiać. Wybrały wszystkie paczki z nićmi i już.

Wreszcie trzeba było zapakować się w bus i wracać. Do tej pory się cieszę, gdy sobie ten wyjazd przypomnę. Do zobaczenia w Ustroniu, to już niedługo!

środa, 7 września 2016

Twórcze Inspiracje Nr 4-5/2016

Nowy numer czasopisma już od jakiegoś czasu jest w kioskach, a w nim pomysły na jesienne robótki. Zresztą nie tylko jesienne.

Może mało spostrzegawcza jestem, ale po raz pierwszy widzę w piśmie motyw przewodni inny, niż pory roku i nadchodzące święta. Większość pomysłów, artykułów i kursów jest związana z recyklingiem, czyli ponownym wykorzystaniem materiałów, które mamy pod ręką.

Na początek - artykuł pani psycholog o korzyściach z rękodzieła. Tworząc, sami tworzymy siebie i odblokowujemy nowe możliwości. Radzimy sobie ze stresem. I to ostatnie potwierdzam sama, bo pierwsze kroki w tej dziedzinie postawiłam po kilku latach intensywnego życia zawodowego, gdy rozpaczliwie potrzebowałam oderwać się od klepania w komputer i mieć coś własnego, tylko mojego, koniecznie bez klawiatury i ekranu.

Upcykling nr 1: Krzesełko jak nowe - mały kurs tapicerki. Trochę szycia, trochę zabawy specjalnym zszywaczem i obcęgami, i mebelek zmienia się nie do poznania. Punkt!

Upcykling nr 2: kudłata poduszka z wykorzystaniem kilku zalegających na dnie szafy T-shirtów. Bardzo sympatyczne wrażenie to robi. Zresztą w dużej mierze to zasługa użytych kolorów: ja lubię taką ciepłą gamę, od jasnych żółci, poprzez pomarańcz i ceglastą czerwień, do brązów. Ciekawe, jak się na tym siedzi. Pewnie mięciutko!

Upcykling nr 3: zwykły papierowy chustecznik na papierowe chusteczki można zamienić na ciasto z bitą śmietaną i truskawkami. Serio, serio! Trochę filcu, trochę machania igiełką i nitką, i mniam-mniam, aż ślinka leci.

Upcykling nr 4: plecak ze starych dżinsów. Żeby nie było nudno, jedne w kolorze niebieskim, drugie jakieś takie szarobrązowe. Do tego kawałek materiału w morskie stworki. Gdybym tylko miała maszynę, córka żyć by mi nie dała. I stare dżinsy tak do mnie błagalnie popiskują spod łóżka...

Kocyk w jodełkę - a tu już zmieniamy temat. Bierzemy dobrą, cieplutką włóczkę, grube druty, i możemy zrobić na przykład kocyk dla malucha ściegiem, który sama dotąd tylko widziałam na Youtubie. Po angielsku herringbone, po naszemu jodełka. Musi być bardzo ciepły i miękki! Swoją drogą ten wzór przypomina mi ściegi naalbinding, i jak wyrzut sumienia wyziera do mnie z pudełka cudowna wełenka, którą już kiedyś zrobiłam bardzo zachęcającą próbkę. Moje dzieciaki są za duże na takie kocyki, ale czapka igłą, to by było coś.

Wzory na gobeliny: coś do wykorzystania na tysiąc pięćset sposobów. Na obrazku mamy poduszkę szydełkową, wykonaną podobną techniką, jak plecaczki Wayuu, czyli kilkoma kolorami nici, półsłupkami, gdzie w środek półsłupka wrabia się nici w akurat nieużywanych kolorach. Na sąsiedniej stronie - cała garść wzorów, jakie można wykorzystać. A gdyby przypadkiem nie interesowało nas szydełko, możemy je wyhaftować krzyżykami, koralikami, wetkać w koralikowe bransoletki, ułożyć mozaikę, i nie wiem co jeszcze.

Haft wstążeczkowy - pachnąca lawenda. Nietrudny obrazek kilkoma ściegami. Oprócz tego, co widzimy po prawej stronie roboty, są objaśnione takie detale, jak prawidłowe rozpoczynanie nowej wstążki i zabezpieczanie końca, oraz kończenie wstążek na odwrocie haftu. Ważna jest ta "kuchnia", bez niej pewne rzeczy robi się na ślepo, a efekt końcowy bywa inny od zamierzonego.

Prezentacja prac konkursowych - gratulacje dla wyróżnionych! Można obejrzeć całą galerię toreb, torebek, plecaczków i etui, wykonanych przeróżnymi technikami. Co zdjęcie, to inny pomysł, od malowniczych przeróbek dżinsowych spodni czy skórzanych kurtek, przez szydełko, haft czy filcowanie (te maki, ach, te maki!), aż po koronkę klockową. Cudowności.

Kolorowe szaleństwo - ściegi hafciarskie. Powiedziałabym, że upcykling nr 5: bierzemy taką sobie zwykłą koszulkę czy bluzkę. Poleżała sobie w szafie, bo się znudziła - oby tylko rozmiar był dobry! I z pomocą kolorowej muliny robimy z niej cudo. Możemy wziąć do ręki artykuł i gotowy wzór, albo dowolny podręcznik ściegów hafciarskich, a wzór narysować sobie z głowy i wypełniać go czym tam zechcemy. Takiej bluzki nie będzie mieć nikt inny na świecie - zwariowanej, kolorowej! I owszem, pełna zgoda z autorką: warto nauczyć tego dzieci.

Upcykling nr 6: bransoletki dżinsowe. No bomba, tyle pomysłów do wyboru! Wycinanie, strzępienie, przeszywanie, zaplatanie, naszywanie różności, nabijanie napów! I to też nie jest trudne, do zrobienia przez co pojętniejsze dzieci z późnej podstawówki, jeśli tylko będzie im się chciało.

Upcykling nr 7: bursztyny. Może być stary bursztynowy naszyjnik, taki, co to kiedyś pękł, ktoś go pozbierał i wsadził do pudełka "bo to się kiedyś naprawi". Albo bursztynki z plaży, o ile ktoś miał tyle szczęścia, że jakieś znalazł (no, ja ostatnio nie miałam). Albo drobnica z woreczka na nalewkę bursztynową. Do tego coś do oszlifowania, mikrowiertarka do nawiercenia otworków, a czasem po prostu odpowiedni klej. I koniecznie wyobraźnia, jak najwięcej wyobraźni. Muszę przyznać, że kolekcja biżuterii z okładkowego zdjęcia robi wrażenie. To wszystko da się zrobić, wystarczy głowa do myślenia i ręce do pracy!

Bransoletki z drobnych koralików i rureczek - ładny pomysł, warto wiedzieć, jak coś takiego zrobić. Do tego haftowany kaboszonek. To się da wykorzystać na wiele sposobów, w zależności od wyobraźni, humoru, zapasu posiadanych koralików, albo koloru sukienki, do której akurat potrzebujemy błyskotek na najbliższą imprezę. A na sąsiednich stronach znowu dużo wzorów do wykorzystania na najróżniejsze sposoby, przede wszystkim do wyszycia krzyżykami takiego kaboszonka. Ale i czegokolwiek innego: zakładki, wzoru na bluzce czy ręczniku, bransoletki, co nam w duszy zagra. Dużo ich!

"Na straganie" - kolekcja wzorów z warzywami i owocami do ozdobienia słoiczków, albo do wyhaftowania obrazków. Dziesięć do wyboru!

I kolejna seria wzorków hafciarskich - kwiatki, motylki i inne ślimaczki w pastelowych kolorach na dziecięce ubranka i śliniaczki, do tego metryczka. Pewnie przydadzą się niejednej mamie czy babci.

Fajny numer. Może nie wszystko trafia w moje potrzeby, ale spora część pomysłów na przeróbki różnych staroci aż się prosi o bardzo poważne potraktowanie. Tak że polecam!

wtorek, 26 lipca 2016

Mydło drugie i trzecie

Trochę mam pietra przed tym mydleniem: żeby jaka granulka wodorotlenku mi nie umknęła, żeby jej koty nie znalazły, żeby nic mi się nie wychlapało, żeby... No, jak to przy zabawie z taką substancją. Wykombinowałam sobie, jak mogę zapobiec takim wypadkom, i na razie to działa - oby tak dalej. Bo korci mnie mydło, i już zrobiłam dwa kolejne podejścia.

Na razie nie porwałam się na własną recepturę. Pierwsze podejście to było mydło z oliwy pomace, według przepisu z któregoś z blogów (no i masz ci los, dobrze wiedziałam, ale zapomniałam, którego; wrzucę link, jak odnajdę /Edit - odnalazłam, przepis był stąd - klik). 1000 g oliwy z wytłoków, 127 g NaOH, 380 ml wody. Zamieszałam, zrobił mi się ładny budyń, a że z tego przepisu wychodzi go dużo, rozdzieliłam na cztery porcje i do każdej dodałam czego innego. Pierwsza jest czysta, druga - zielona glinka, pokruszone listki mięty i zapach miętowy. Trzecia - płatki nagietka i olej pomarańczowy. Czwarta - kawa i zapach neroli. Nalałam tego do kubełków po różnych lodach i jogurtach, i tak sobie czekało...

Po pięciu godzinach w przezroczystym kubku pięknie było widać, że jest w fazie żelowej. 

I czekało...
Po dziesięciu godzinach żel nieco zmętniał, ale tylko nieco...
I nadal czeka, żel jak był tak nadal jest, tylko zmętniały. Wciąż nie mogę wyjąć go z formy. Trudno, niech tak siedzi. Ja się nie śpieszę, kiedyś dojdzie.

Tymczasem mydło numer jeden, choć powinno leżakować przynajmniej do połowy lipca, a najlepiej do sierpnia, zostało napoczęte po dwóch czy trzech tygodniach, gdy tylko przekonałam się, że pH jest w miarę sensowne. Mydliło się całkiem przyjemnie, szybko rozmiękało w wodzie - dobrze, że mam mydelniczkę z drutu, czyli wietrzenie od dołu, inaczej zamieniłoby się w meduzę. Kilka kawałków zużyła rodzina, coś tam jeszcze poszło na prezent, i nagle zrobiło się pusto. Nie było rady, ukręciłam mydło numer trzy.

Żeby nie nadziać się na taką niespodziankę, jak przy mydle oliwkowym, powtórzyłam pierwszy przepis, ten sprawdzony, tylko w podwójnej ilości. Wyszły z tego dwa półlitrowe kubki czystego mydła i kilka małych foremek, w których już poszalałam z dodatkami. Co mi się tam nawinęło: kakao z goździkami, i kurkuma z pomarańczą i neroli. Może ja za bardzo neroli lubię? Dosyć duszna jest.



Tym razem mieszanie masy trwało nieco dłużej, aż bałam się o blender, ale wytrzymał. I chyba za długo w końcu mieszałam, mogłam zostawić bardziej płynny budyń. Zastanawiam się też, czy ja aby nie przesadziłam z ilością dodatków. Na razie poruszam się w tym wszystkim dosyć niezdarnie. Masa kakaowa jest jak gorzka czekolada, kurkumowa ma kolor dość ciemnego karmelu. Nie wiem, czy i nie za wiele zapachów wlałam, bo nie miałam jak odmierzyć. Ponakładałam tego do takiej płaskiej foremki i do kilku owalnych po jakiejś Activii, i wstawiłam na noc do piekarnika. Nie żeby grzać, ale żeby koty się nie dostały. Zajrzałam po pół godzinie - ależ to pracowało! Czuło się, że piekarnik jest cały ciepły! Fazy żelowej jeszcze nie było widać, pewnie to było w środku nocy. Rano wszystko było ładnie zastygnięte, foremki chłodne. Poczekałam do popołudnia, i na początek wydłubałam z kubeczka małe mydełko czekoladowe:


Okazało się dosyć miękkie, trochę plastelinowe, a że wyszło dosyć nierówne, pobawiłam się w rzeźbienie w nim kwiatków łyżeczką.

Potem wyjęłam resztę, i okazało się to wcale nie takie łatwe. Nie do końca pomogło nawet mrożenie w zamrażalniku. Kubeczki porozcinałam i porozrywałam, dopiero wtedy się udało. I teraz mam stertę suszącego się mydła z tej jednej roboty:


Będzie czekać do końca sierpnia, a przynajmniej powinno. Im dłużej, tym lepiej.

Morał pierwszy z tej zabawy: dla mydła oliwkowego 38% wody to za dużo, przy 30 byłoby pewnie OK. Trzeba będzie do tego wrócić.
Morał drugi: plastikowe pudełka po byle czym są jednak kłopotliwe. Nie pomaga ani nasmarowanie tłuszczem, ani mrożenie. Będę musiała pomału rozejrzeć się za jakimiś silikonowymi, chciałabym jednak takie w postaci tacki z wgłębieniami, a nie pojedynczych foremek. Będą mniej wywrotne.
Morał trzeci: muszę zdobyć jakąś cienką pipetę czy strzykaweczkę do odmierzania zapachów.

Ale następne mydełko to już chyba sama wykombinuję, bo mam różne oleje do zmydlenia: lniany, sezamowy, rycynowy, masło kakaowe, shea, nie mówiąc o takich spożywczych zwyklakach, jak oliwa, rzepak, słonecznik czy kokos.