piątek, 24 czerwca 2016

Mydło numer jeden

Pomysł, żeby popróbować sił w robieniu mydła, dojrzewał we mnie już od dawna. Czytało się to i owo, teorię się przyswoiło. Nie ma zmiłuj: krem można ukręcić byle jak i w byle czym, ryzykuje się najwyżej stratę kilku deka produktów, jeśli zapaskudzona mieszanina spleśnieje, skwaśnieje i w ogóle będzie do wyrzucenia.

Przy mydle lepiej tego nie próbować. To jest praca z substancją paskudnie żrącą, czyli z ługiem sodowym albo potasowym. A więc czytać, doczytywać, zgromadzić wszystko czego trzeba, i dopiero brać się za eksperymenty.

Po długim tentegowaniu w głowie zaopatrzyłam się w co następuje:

  • rękawice z oznaczeniem, że są odporne na odczynniki;
  • gogle na oczy, bo wzrok mi jeszcze miły;
  • fartuchy całkiem solidne mam w domu dwa, starą flanelową bluzę też znalazłam, i jeśli się trafi jedna czy druga dziura, nie będę płakać;
  • garnek emaliowany okazał się zdecydowanie tańszy od garnka ze stali nierdzewnej. Uwaga - aluminiowe odpadają zdecydowanie, zostaną przeżarte;
  • najtańszy blender w Auchan kosztował 35 zł, pracuje jak traktor;
  • silikonowa szpatułka do mieszania,
  • dwie foremki silikonowe z Allegro.

Co do zasady sodowej i potasowej, najpierw kupiłam wodorotlenek sodu w sklepie chemicznym, po czym doczytałam sobie, że powinien być jakości cz.d.a (czysty do analiz), tymczasem na opakowaniu nie było takiego oznaczenia. Cóż, będzie do odtykania rur, albo czy ja wiem... Nie było rady, rozejrzałam się po sieci i tym razem kupiłam oba wodorotlenki takie jak powinny być.

Oleje - tu wybrałam jeden z najprostszych przepisów, wystarczył do tego olej rzepakowy i kokosowy. Jeden i drugi wzięłam z lokalnego spożywczaka.

Ostatnio miałam w domu bardzo gorący okres, nerwy i gonitwę, i nie było łatwo znaleźć spokojną chwilę na tę pracę. Wreszcie jednak...

... odgarnęłam z kuchennego blatu wszystko co mi zawadzało,

... dokładnie opróżniłam i osuszyłam zlew z okolicami,

... obłożyłam to wszystko szmatkami, bo szkoda by było powypalać dziury,

... odważyłam co do grama po kolei tłuszcze, wodorotlenek i wodę,

i zaczęłam zabawę.

Opancerzyłam się jak żołnierz w narzutkę pe-chem. Długi rękaw (oooj, gorąco!), gogle, nawet twarz czymś osłoniłam, bo mi własna facjata droga, choć niepiękna. Tenisówki na nogi, bo normalnie w tych warunkach biegam po domu na bosaka. Rękawice. No i wzięłam się za mieszanie.

Wodę miałam w dużym słoiku. Do tego pomalutku wsypałam wodorotlenek. Mieszałam szpatułką. Dziwne wrażenie, kiedy coś wygląda jak woda sodowa, a ty wiesz, że może ci rękę wypalić do kości. Oparzenia od zasad są wredne, bo głębokie, a z początku nie widzi się, że coś się stało. Tak mi mówili. Słoik mocno się nagrzał, na szczęście nie pękł. Trzymałam go w zlewie na wszelki wypadek.

PAMIĘTAJ, MYDLARZU MŁODY, SYP ZAWSZE SODĘ DO WODY (© by Inez Herbiness)

Na kuchence w garnku rozpuściłam tłuszcze, bardzo dokładnie wygarnąwszy je szpatułką z naczynia, w którym były ważone. Wystarczyło chyba jakieś 40-50 stopni, aby oba ładnie się połączyły. Wtedy pozostało odczekać, aż słoik z ługiem wystygnie. Nie mam do tej pory termometru, sprawdzałam na dotyk - przez rękawicę - czy nadal jest gorący, czy wreszcie taki jak trzeba, po prostu dobrze ciepły. W międzyczasie musiałam nawet podgrzać odrobinę tłuszcz, bo się zrobił chłodny.

Wreszcie mogłam wstawić garnek z tłuszczami do drugiej komory zlewu, cieniutkim strumieniem wlać ług i zacząć powoli mieszać całość wyłączonym blenderem.

PAMIĘTAJ, MYDŁODZIEJU, LEJ ZAWSZE ŁUG DO OLEJU (© też by Inez Herbiness)

Tłuszcze ze złotawych i przezroczystych zaczęły się robić mętne. Wtedy z niejaką tremą odpaliłam blender, modląc się, aby nie okazał się świnią i nie ochlapał zdradziecko mnie i całej kuchni. Chodzi toto jak traktor Ursus, ale udało się utrzymać go w łapie tak, że wszystkie wyloty znalazły się pod poziomem cieczy. I tak sobie ten blender bzyczał i ryczał, substancja w garnku mieszała się intensywnie, aż po paru minutach tej zabawy zobaczyłam, że gęstnieje. Nie odpuściłam i nie wyłączyłam blendera, aż pokazał się ślad mydlany. Jeszcze nawet kilka razy włączyłam potwora na chwilę, żeby się upewnić, że naprawdę na powierzchni utrzymują się wzorki po jego przejściu, jak na budyniu.

Budyń wlałam do mniejszej foremki, po czym zobaczyłam, że jest go tak jakby za dużo, przestraszyłam się nieco i część masy przełożyłam do dwóch plastikowych miseczek po deserkach. Całość ustawiłam na tacy, przykryłam folią do żywności i szmatkami, i ustawiłam na lodówce z wywieszką, że MYDŁO - ŻRĄCE.


Następnego dnia miałam od rana gonitwę po mieście, i drugą w planach na późniejsze popołudnie, lecz między jedną gonitwą a drugą zdjęłam tacę z mydłem z lodówki, i opancerzona w rękawice wyjęłam z foremek zawartość. Kubeczki po deserkach po prostu rozcięłam, bo nie żal. Silikonowa forma zdjęła się prawie sama. Jest giętka jak ślimak. Mydło było już zestalone, i jeśli widać było fazę żelową, to miałam do niej pecha, bo pewnie to było w nocy i nic nie udało mi się podpatrzeć. Pokroiłam nożem ceramicznym bez większych trudności. 



Dowiedziałam się potem, że w sumie te rękawice nie są na tym etapie bardzo potrzebne, bo zasadowość znacznie spada. Mnie papierek lakmusowy pokazał około 10. To nadal za dużo, aby się tym myć, ale w dłoni dziury nie wypali. Inni jednak robią to w rękawicach. Co kto woli.

No i mydło sobie leżakuje. Jest jasne, pachnie bardzo słabiutko, takim łagodnym, czystym mydłem. Kolor ma jak widać, taki jasnośmietankowy. Rodzina już się do niego uśmiecha. Ciąg dalszy zapewne nastąpi.

1 komentarz:

  1. Uwielbiam czytać wpisy o mydle, po prostu uwielbiam :-) Nie ma się z czego śmiać. Moje pierwsze nie nadaje się do niczego, bo za ostre, z wrażenia nie zauważyłam, czy mi się wtedy ług zagrzał, czy nie. Pewnie tak :-) Masz fajne mydło!

    OdpowiedzUsuń